Ketut, balijski szaman znany z Jedz, módl się kochaj, swoim śmiesznym angielskim mówił nam o mającym się urodzić naszym synu Mateuszu. Czytał z napiętego ciążowego brzucha Asi jego przyszłość. Potem popatrzył na nas i powiedział: „Wy tu wrócicie”. Osiem lat później w poszukiwaniu nowego domu wylądowałem na Bali. Bo z szamanem się nie dyskutuje - pisze Edi Pyrek.

Temat: szkoła

W Ubud skomasowane powietrze przesączone wilgocią i upałem wpychało mi się w płuca. Przez okno widziałem ścianę deszczu. Marta Komasa, Polka mieszkająca tu już kilka lat, tłumaczyła mi, przekrzykując monsun, że są tutaj trzy główne społeczności obcokrajowców mieszkających na stałe. Jedna grupa jest związana z Green School Johna Hardy’ego, druga to ludzie nastawieni na kontakt z tutejszą naturą, a trzecia jest zainteresowana duchowością. Zastanawiając się nad zamieszkaniem na Bali, chciałem sprawdzić wszystkie możliwe atrakcje, jakie oferuje ta wyspa, i poznać ludzi, którzy mogliby być moimi sąsiadami w przyszłości. Postanowiłem więc skoncentrować się na edukacji, duchowości i na naturze.

Johna Hardy’ego poznałem parę miesięcy wcześniej na festiwalu Burning Man w USA. Ten kanadyjski milioner i dawny hipis dorobił się majątku, budując na Bali potężną firmę produkującą biżuterię. Kiedy ją sprzedał, postanowił się zająć edukacją i bambusem. Ten drugi miał zapewnić ludziom dach nad głową, a ta pierwsza – zmienić świat. Tak więc prawie pośrodku pełnej duchów i bóstw Bali John stworzył bambusową zieloną szkołę. John tłumaczył mi długo, że powinienem wysłać Mateusza do jego szkoły. Podobno dziecko po serii wykładów prof. Zimbardo czy znanej z miłości do szympansów dr. Jane Goodall nie będzie już takie samo.

Pojechałem więc zobaczyć tę bambusową szkołę. John wierzył, że bambus może pomóc ludziom. Da się z niego szybko i tanio postawić dom. Można z niego zrobić meble, naczynia, narzędzia, a nawet niektóre części garderoby. Dla Hardy’ego to roślina doskonała. Dlatego sercem Green School jest bambusowa katedra. Jedna z największych na świecie budowli drewnianych. Przypominająca potężną skręconą muszlę. W roku 2010 była nominowana do architektonicznego Nobla – Aga Khan Award for Architecture. Obok katedry leżą inne bambusowe budynki. Sale wykładowe, do ćwiczeń, zagrody, warsztaty, kuchnia, a nawet bajoro, w którym dzieci uczą się zapasów w błocie. Jest też most przez rzekę dzielący teren szkoły na dwie części. Przypomina bardziej projekty Leonarda da Vinci niż kładkę dzielącą rzekę. A za bambusem przyszedł pomysł na to, że trzeba zmienić dzieci. Bo to dzisiejsze dzieci będą rządzić jutrzejszym światem. Będą go wymyślać, budować i nim zarządzać. – Ta szkoła mogła powstać tylko na Bali, bo jest kwintesencją balijskiej wizji świata – tłumaczy mi jedna z nauczycielek. – Balijczycy wierzą, że świat jest polem wiecznej walki dobra ze złem. Ale nie chodzi o to, aby jedna z tych sił zwyciężyła. Chodzi o utrzymanie harmonii. O balans.

Dzieci w Green School uczą się dbania o świat. Hodują własne jedzenie, tworzą ekologiczne rozwiązania, poznają subtelne połączenia pomiędzy tym, co widzialne, a tym, co niewidzialne. Świat traktują jako wspólne dobro. Wydają się plemieniem przyszłości – ludźmi będącymi obywatelami świata. Nieczujących związku z żadną konkretną flagą czy hymnem, ale z ludzkością.

Minęła nas jedna z kucharek, która położyła przed wejściem do szkolnej stołówki niewielkie zawiniątko ofiarne. Pomachała dłonią, aby dym z kadzidełek rozniósł się po okolicy. – Te kobiety – nauczycielka uśmiechnęła się do kucharki – poświęcają jedną trzecią dnia na odprawianie rytuałów i ofiar. Karmią dobre i złe duchy. Dbają o harmonię. Nie pozwalają, aby równowaga kosmosu została zachwiana. Jeśli tak się zadzieje, na ziemi zapanuje chaos. Dlatego w tej szkole wychowujemy dzieci, które mają zadbać o tą równowagę. Mają rozumieć istotę zarówno chaosu, jak i porządku.

 

Temat: duchowość

Na Bali żyje ok. 4 mln ludzi i ponad 330 mln bóstw. Wszyscy razem kłębią się na 5780 km². Na każdego statystycznego Balijczyka przypada więc 8,25 boga. A na każdy metr kwadratowy ponad 57 bogów. Większość z nich zamieszkuje jedną z 6 tys. świątyń na Bali (nie licząc małych domowych świątyń oraz porozrzucanych po lasach i polach kapliczek).

Rzeki, lasy, góry, drzewa i kamienie. To wszystko może być miejscem zamieszkałym przez bóstwa. Dlatego też duża część codziennej aktywności Balijczyków skupia się na dbaniu o dobre samopoczucie bóstw i duchów, a prawie wszystko, co się tu dzieje, osadzone jest w duchowej tradycji wyspiarzy. Religia wpływa tu na wszystko, choćby na architekturę – wioski i domy zbudowane są w nawiązaniu do sakralnego krajobrazu. Wszystko, co jest bliżej środka wyspy i najwyższej góry Gunung Agun, jest dobre. A to, co jest bliżej morza (zamieszkałego przez demony), jest złe, gorsze. To bóstwa wpływają na wychowanie dzieci, na sposób uprawy ryżu i na czas, kiedy należy ścinać włosy, oraz na to, jak należy się ubierać. Nie ma więc tu niczego, co w ten lub inny sposób nie byłoby zamocowane w religii i duchowości. Terminy ślubów ustalane są przez kapłanów i astrologów, pogrzeby są symbolicznym przedstawieniem ludzkiej wędrówki i relacji z bogami. Nawet tradycyjne tańce odprawiane dla turystów są traktowane przez Balijczyków jako święte ceremonie.

Ulicą Kuty idzie kondukt pogrzebowy. Najpierw mężczyźni dźwigają na ramionach potężną lektykę z zawiniętym w białe płótno ciałem, potem muzycy i długi rząd kobiet niosących ofiarne tace i kosze z piramidami owoców i jedzenia. Za nimi ciągnie się dusząca woń kadzideł. Henry jest Amerykaninem. Mieszka tu od kilku lat. Idąc za żałobnikami, skręca papierosa. Potem zaciąga się łapczywie. – Balijczycy wierzą, że świat jest podzielony na sekala i niskala. Sekala to to, co widzimy. Sztuka, rytuały. Ofiary. Stroje. Niskala to to, co jest niewidzialne. To, co jest pod tymi wszystkim rytuałami i ceremoniami. Więc niskala to praprzyczyna. To duch. To początek – Henry strzepnął papierosa. – Bo drzewa ruszają się z powodu wiatru, a nie dlatego, że są drzewami. A wiatr to niskala.

Doszliśmy do morza. Stanęliśmy koło rozpalonego na plaży gazowego grilla. Żałobnicy położyli na nim zmarłego, przykryli go blachą dachową i zapalili palnik. Zmarły zaczął się palić. Spod blachy wystawały nogi, które ginęły w czarnym duszącym dymie. – Wiesz, o co chodzi z tą muzyką? – Henry wskazał na muzyków. Siedząc na plaży, grali gamelan. Ta muzyka nie ma końca i początku, bo to opowieść, przypomnienie o tym, że życie to ciągle powtarzające się koło reinkarnacji. Ciągłe śmierci i narodziny. I raz, i dwa, i raz, i dwa. I znowu. Bez końca. Bo tu, na Bali, życie i śmierć są koło siebie. Jedno się kończy, a zaczyna drugie. Bez przerwy.
Jeden z kapłanów wygarnął z grilla resztki spalonego ciała. Ułożył z tego niewielkiego szarego „człowieczka”, a potem wsadził do pustego kokosa. Rodzina, trzymając go w rękach, weszła do wody. Jeden z mężczyzn delikatnie położył kokosa na falach. Po chwili prochy rozlały się po morzu...

 

Temat: natura

– Balijczycy wierzą, że morze zamieszkują demony – Kathy, moja instruktorka freedivingu w rybackiej wiosce Tulamben, zapięła mi na plecach piankę do nurkowania. Ze szkoły poszliśmy w kierunku plaży. Była kamienista. Piasek brudny i ciemny. Wszędzie leżały plastikowe torebki, rozbite butelki i śmieci. Weszliśmy do wody. Szare morze przewalało się po nas. Podpłynęliśmy do boi. Gruba lina niknęła w szarości i ciemności dna. Prawie 30 m liny. To nie był Wielki Błękit, o którym marzyłem. To była Wielka Ciemność.

Rzucany przez fale na boję wyciszałem oddech. Powolny głęboki wdech i wydech. I jeszcze raz. Słyszałem tylko głos Kathy tłumaczący mi, że na samym początku Balijczycy patrzyli na nurków i surferów jak na szaleńców. Byli oni przecież tymi, którzy dobrowolnie wchodzili do świata Zła. I wtedy biorę ostatni głęboki wdech. Płuca pełne powietrza. Zanurzam się pod boję. Pod powierzchnią milknie głos Kathy. Zanurza się zaraz po mnie. Potem zawieszona przy linie patrzy mi w oczy i palcem pokazuje w kierunku dna. Łapię linę i z głową do dołu zaczynam schodzić w ciemność.

 

Warto wiedzieć

■ Kiedy lecieć? Najlepszy czas to pora sucha: od maja do października. Należy pamiętać, że im bliżej pory deszczowej (październik) tym cieplej. Najgorszy pod względem pogody czas to grudzień––marzec. Może być naprawdę mokro.

■ Wiza, waluta. Do Indonezji nie potrzebna jest wiza turystyczna, jeśli pobyt nie przekroczy 30 dni. Jeśli chcecie zostać dłużej, to warto wyrobić wizę On Arrival – ta podlega przedłużeniu. Walutą jest rupia indonezyjska; 3320 IDR = 1 zł.

■ Dojazd. Z Polski najszybciej bezpośrednim czarterem biura podróży. Lot do Denpasar z Warszawy można znaleźć w promocji tuż przed wylotem za ok. 1900 zł w dwie strony; r.pl. Dobre ceny biletów w promocji mają też linie lotnicze Qatar Airways – od 2100 zł.

■Transport. Na Bali jedzie się wszędzie długo. Dlatego najlepiej wynająć auto z kierowcą albo taksówkę – te znajdziecie na każdym rogu – ceny są negocjowane. Często wychodzi to taniej niż wynajęcie samego auta. Jednym z najtańszych środków transportu jest skuter. Koszt wynajęcia to ok. 10 zł za dzień.

Bali ma dobrą sieć minibusów. Największa firma to Perama. Warto zachować przy sobie dowód zakupu – pokazując użyty bilet przy zakupie nowego, możecie dostać zniżkę. Minibusami Peramy możecie na jednym bilecie wysiąść w dowolnym miejscu na trasie i następnego dnia kontynuować dalszą jazdę – warto ustalić to wcześniej w biurze lub u kierowcy.

■ Nocleg. Noclegi najlepiej rezerwować na miejscu. Są zwykle tańsze niż te rezerwowane przez internet. Cena pokoju dwuosobowego poza sezonem to 28–60 zł (droższy to hotel z basenem). W sezonie od 40 do 80 zł.

■ Jedzenie. Polecam lokalne knajpki – tzw. warungi. Zjecie tutaj bardzo dobrze i tanio. Obiad w warungu można zjeść już za 4 zł. Przykładowe ceny: duży talerz cap cai (smażony makaron z jarzynami i mięsem) – 2–4 zł. Obiad z deserem (np. curry z rybą, kurczak z ryżem, smoothie z owocami i herbata) to 20 zł.

Będąc w Ubud, warto wydać trochę więcej i poszaleć kulinarnie – chyba najlepsze i najbardziej zróżnicowane jedzenie znajdziecie właśnie tu. Szczególnie warta grzechu jest ulica Gautama koło Main Market. Można tam znaleźć dania wegetariańskie, włoskie i francuskie.

Warto także odwiedzić kino wegańskie połączone z organiczną knajpą – Earth Café and Market na ul. Gautama.

Autor: Edi Pyrek