Zamieszkałam na pierwszym w Polsce glampingu, wytarzałam się w lawendzie, oddałam masażom nad jeziorem. I już wiem: luksus nie musi oznaczać przepychu

Słoneczny poranek. Wychodzę z namiotu. W piżamie, choć mogłabym i bez niej. Dookoła żadnych ludzi, żadnych domostw, tylko przestrzeń i przyroda. Czuję się trochę jak w Afryce, tyle że zamiast sawanny są łąki, a zamiast ryku lwów słychać rżenie koni; w dali pasą się klacze ze źrebakami. Za nimi jezioro. Nie zamierzam się nigdzie spieszyć. W końcu jest sobota, a ja jestem na Mazurach. Dokładnie na ich granicy z Warmią i Pojezierzem Iławskim, koło Morąga, w pobliżu miejscowości Ględy, w Glendorii, czyli na pierwszym w Polsce glampingu. Yyy…? Spokojnie, też nie wiedziałam, co to ostatnie znaczy. W końcu my, prawdziwi globtroterzy, niestrudzeni wędrowcy, wieczni włóczykije, brzydzimy się luksusem w podróży. A glamping to kemping w wersji glamour, czyli luksusowy biwak. Przed wyjazdem zrobiłam reaserch na temat nowego zjawiska. Popularny zwłaszcza w Afryce i Ameryce Północnej. Zamożni turyści pragną być jak najbliżej natury, nie chcą rezygnować jednak z dizajnerskich mebli, miśnieńskiej porcelany i prywatnej łazienki. Dla mnie „luksusowy kemping” to oksymoron, jak „zimne ognie” czy „ciepłe lody”. Zresztą zaraz okaże się, czy ta cała Glendoria to rzeczywiście fajerwerki, czy raczej bezkształtny ulepek. Do Ględ dotarłam dopiero w środku nocy. Wszystko dlatego, że nieopatrznie po drodze wstąpiłam na kolację do Starej Szkoły. To pensjonat w okolicach Wzgórz Dylewskich, urządzony w dawnej pruskiej szkole z 1890 r., kultowe miejsce dla wszystkich smakoszy i innych znawców kulinariów. Do tej pory myślałam, że się do nich nie zaliczam (zbyt wiele rzeczy mi smakuje!). A jednak skręciłam do Wysokiej Wsi i poszukałam budynku z czerwonej cegły. Wszystko przez koleżankę prowadzącą portal o jedzeniu. Nie mogła się nachwalić – że produkty eko i regionalne, a kuchnia na światowym poziomie (córka właścicieli skończyła jedną z najlepszych szkół we Francji). Przykład? Sushi z mazurskich ryb – lina, okonia, sielawy, pstrąga. Tarta z liśćmi buraka z ogrodu. Menu każdego dnia inne. Potwierdzam, że jedzenie pyszne, właściciele gościnni i – co ważne – umiejący o kuchni opowiadać z pasją. Nic dziwnego, że odwiedzają ich zarówno celebryci, jak i wybitni naukowcy. Na przykład za godzinę ma tu przyjechać profesor piszący o etykiecie przy stole… Chyba nie jestem gotowa na takie spotkanie, zwłaszcza w pruskiej szkole. Nie w piątek wieczorem, nie na Mazurach. Teraz chcę się wyluzować. Ziołowa kąpiel na pobliskim glampingu w Ględach. (Fot. Filip Klimaszewski) Śniadanie w stodole W namiocie w Glendorii czekało na mnie wielkie łóżko z moskitierą rozciągnięte na dwóch brzozowych balach. A także sekretarzyk do pisania listów (antyk jak nic!), stolik z dwoma rzeźbionymi krzesłami, lampy z afrykańskimi motywami, lodówka, a także łazienka z bieżącą wodą (dopiero następnego dnia odkryłam, że także ciepłą. Ech, te przyzwyczajenia z trekkingów w Kirgistanie…). Stała też koza i skrzynka porąbanego już drewna. Noc była dość chłodna, więc postanowiłam rozpalić sobie takie bezpieczne, ujarzmione ognisko tuż przy łóżku. Bo nie ma jak posiedzieć przy ogniu przed zaśnięciem! Dość trudno ogrzać tak dużą przestrzeń. Teraz o poranku próbuję jeszcze raz ocenić wielkość pomieszczenia. Spokojnie zmieściłby się tu pułk żołnierzy! No może mniej, ale rzeczywiście został kupiony od armii, dokładnie Bundeswehry. Nie przecieka, a dzięki brzozowemu rusztowaniu (zresztą bardzo stylowemu) jest stabilny i odporny na wichury. Mój jest dla trzech osób (oprócz dużego łóżka jest jeszcze jedno) i liczy z kilkanaście metrów kwadratowych. Szczerze? Te namioty to rewelacja! Dawna stodoła pełni w Glendorii funkcję i restauracji, i świetlicy (Fot. Filip Klimaszewski)


Pora na śniadanie. Przebieram się z piżamy i idę przez łąki do stodoły, centralnego punktu Glendorii. Wysoki na kilka, jeśli nie kilkanaście metrów drewniany budynek, w którym zachowano dawne stropy i belki, dodano antresolę z biblioteczką, piec, bar, fotele, klimatyczne lampy. To coś między klubem, czytelnią i restauracją. Na talerzu naleśniki z truskawkami, przez otwarte wrota widać łąkę, las, miejsce na ognisko, basen. Jednym słowem sielanka. No i jakby tego było mało, z głośników sączy się mój ukochany Jaromir Nohavica! – Dzięki tej stodole jesteśmy pogodoodporni – śmieje się właścicielka i pomysłodawczyni Krystyna Lipska. Z wykształcenia jest psychologiem (czy stąd wie o najskrytszych potrzebach gości?), do niedawna była w zarządzie jednej z największych sieci handlowych w Polsce. Przyznaje, że Glendorię stworzyła, żeby samej się wyciszyć i wyleczyć z pracoholizmu, którego nabawiła się w Warszawie. Nie wiem jak jej, ale mnie udaje się to dość szybko. Co prawda mam jeszcze zryw, żeby w ramach obowiązków służbowych (tj. wyszukiwania ciekawych miejsc, by je potem opisać) zajrzeć do Morąga.  A tam wypić kawę w odratowanym, a raczej wciąż odratowywanym zamku krzyżackim, przyjrzeć się armatom z wojny prusko-francuskiej z 1870 r., które stoją przed gotyckim ratuszem, oraz obejrzeć pałac Dohnów z XVI w. z barokowym zegarem słonecznym… Ale to tyle. Teraz czas na ciąg dalszy czystej przyjemności. Antyki i rusztowanie z brzóz. Wnętrze glampingowego namiotu. (Fot. Filip Klimaszewski) Lawendynki Mój następny cel to Lawendowe Pole koło Nowego Kawkowa. Gospodarstwo agroturystyczne, a dokładnie manufaktura zielarska, prowadzona jest – tak samo i Stara Szkoła, i Glendoria – przez uciekinierkę z wielkiego miasta. Joanna Posoch mówi, że zakorzenia się przez pracę, dlatego wymagająca doglądania, częstego pielenia i dużej cierpliwości lawenda była idealna. Widok fioletowej łąki sprawia, że od razu chwytam za aparat. Podchodzę bliżej, siadam na ławeczce między grządkami. Przypomina mi się Prowansja. Pole liczy pół hektara, ale i tak jest ponoć największą plantacją lawendy w Polsce. Wkrótce zbiory. Potrwają 10 dni (następne w sierpniu), uczestniczyć w nich będą także znajomi i wolontariusze. Każdy kwiatek ucina się nożyczkami wraz z pierwszymi listkami. Potem przez chwilę chłodzi w lodówce, by następnie wyciągnąć z roślin to co najlepsze. Choćby zapach. Joanna Posoch ze swojej lawendy robi olejki eteryczne, kremy, balsamy. Te umiejętności można zresztą nabyć na organizowanych tu regularnie warsztatach. Ale najpierw są lawendynki, czyli balanga kończąca lawendobranie. Oprócz klasycznych atrybutów każdej imprezy tu dochodzi możliwość wytarzania się w lawendzie (rama jednego z łóżek jest wypełniona po brzegi kwiatami) czy stąpania po dywanach z roślin w sieni drewnianego domu. Tu mieszka się bowiem nie w ceglanym domu czy dizajnerskich namiotach, ale w chacie z lat 30. przeniesionej bal po balu z Beskidu Niskiego. Joanna piecze na śniadanie orkiszowe bułeczki, które mogę zjeść z pomarańczową konfiturą lub polać różanym syropem. Jestem na diecie? W takim razie płatki owsiane z orzechami i cynamonem, słodzone hodowaną w gospodarstwie stewią. To roślinny słodzik – uwaga – zupełnie pozbawiony kalorii. Czy znalazłam się w raju? I gdy już wydaje mi się, że nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba, dowiaduję się o mobilnym spa Madame la Mode.  Prowadzi je Natalia Żyro, mieszkanka Nowego Kawkowa w drugim pokoleniu, profesjonalna masażystka i kosmetolożka. Ze specjalnym łóżkiem i potrzebnymi olejkami (a także czekoladą, miodem czy ziołami) przyjeżdża w wybrane miejsce od Olsztyna po Ostródę. Współpracuje także z Glendorią (dopiero teraz przypominam sobie, że jeden z namiotów miał na ganku dwie stylowe wanny, zaś w środku łóżko do masażu i nastrojowe tkaniny i lampki). W ofercie m.in. ajurwedyjskie rytuały, ziołowe kąpiele („poczuj miętę przez rumianek” dla dwojga), peelingi rozmarynowe, owocami dzikiej róży czy czarnuszką. – Nie ma jak zabieg na świeżym powietrzu, w naturze, nad jeziorem – zapewnia mnie Natalia. Zabiera na drewniany pomost, gdzie czeka już łóżko do masażu. Kładę się przykryta wyłącznie ręcznikiem i oddaję w ręce Natalii. Dookoła żadnych domostw, tylko przestrzeń i przyroda. Słoneczne popołudnie. Luksus. Lawendowe pole w okolicach Nowego Kawkowa i jego właścicielka Joanna Posoch. Zaraz lawendynki! (Fot. Filip Klimaszewski) Warto wiedzieć:
  • Lawenda służy nie tylko do robienia eterycznych olejków, ale także jako przyprawa np. do pieczonej ryby czy twarożku
No to w drogę:
  • Glendoria - Ględy 45, 14-105 Łukta. www.glendoria.pl Cena trzyosobowego namiotu na tydzień – 1610 zł. Można też wybrać pokój pod dachem.
  • Stara Szkoła - Wysoka Wieś 27, 14-100 Ostróda, www.dylewskie.pl Cena posiłku bez alkoholu 100 zł. Cena pokoju dwuoosobowego  240 zł.
  • Lawendowe Pole - Nowe Kawkowo 11A, 11-042 Jonkowo. www.lawendowepole.pl Cena noclegu 50 zł
  • Mobilne Spa - tel. 48 512 261 212, fb/MadameLaMode (także przez Glendorię). Cena masażu całego ciała 120 zł, masaż ajurwedyjski proszkami ziołowymi 200 zł.
Położenie wybranych miejscowości.