Podróż pirogą przenosi nas 90 km w górę rzeki i kilka wieków w czasie.

BRZEG JEST WYSOKI, URWISTY. 

Pod nami największa rzeka Indochin, Mekong, i motorowe pirogi, o trzy lub czteroosobowych załogach. Przycumowane są linami do nadbrzeżnych drzew albo wymytych przez wodę wielkich głazów. Trwa krzątanina przy załadunku. Wejście i zejście,  z brzegu na statek i z powrotem. Po wąskiej, chwiejącej się desce, przerzuconej z burty na mulisty brzeg, ludzie wnoszą ciężkie worki, beczki i kanistry z płynami. Podobają się nam te łodzie. Już wiemy, że do nich wsiądziemy.

Mekong mierzy ok. 4500 km. W Luang Prabang, w połowie swej długości, ma szerokość pięciokrotnie większą od Wisły pod Warszawą. Osiąga głębokość kilkunastu metrów, a jej bystry nurt tworzy liczne wiry. To nadal górska rzeka.

Następnego dnia wynajmujemy motorową pirogę, zastrzegając u szypra, że będziemy chcieli zatrzymać się w wioskach nadrzecznych. Naszym celem jest oddalony o sześć godzin szybkiej jazdy (około 90 km) kompleks świętych jaskiń Tham Ting (Groty Stalaktytowe). Początkowa cena za rejs: 250 dola¬rów po półgodzinnych negocjacjach spada do 180. W tej cenie jedzie nas osiem osób: nasza dwójka, dwoje spotkanych Polaków i czworo Francuzów. Godzimy się, że właściciele zabiorą na łódź towary do wiosek leżących po drodze. Pobudka o czwartej rano. Przed hotelem czeka zamówiony tuk-tuk, trójkołowy mikrobusik. Jedziemy pod świątynię Vatxiengthongratsavoravoravihanh (żadnej spacji, to najdłuższa w Laosie nazwa geograficzna). Po drodze mijamy dziesiątki buddyjskich mnichów. W pomarańczowych szatach, boso, z glinianymi miskami. Wyruszają w miasto, żebrząc o jedzenie na jedyny w ciągu doby posiłek.

Kształt naszej pirogi ustaliło wiele lat tradycji.  Pierwotnie takie łodzie wykonywane były z wielkich pni. Dziś tak okazałych drzew już nie ma, ale łodzie są nadal długie, wąskie i płaskodenne. Dawniej napędzane były siłami nawet kilkudziesięciu wioślarzy, pracujących krótkimi łopatkowatymi wiosłami. Teraz wystarczy jeden japoński silnik spalinowy. Łodzie prują z szybkością 10–20 węzłów, czyli ok. 20–40 km/godz. Na po¬kładzie są pomieszczenia na towary, postawiono też kilka ławek dla pasażerów. Wszystko zadaszone dla ochrony przed ostrym słońcem i deszczem. O piątej wypływamy.
Rozjaśnia się błyskawicznie. Ruch na rzece nie jest duży. Od czasu do czasu mijamy podobne do naszej łodzie albo znacz¬nie mniejsze, kilkuosobowe pirogi, przypominające kajaki. Są tak obładowane, że woda przelewa się przez burtę, a pasaże¬rowie bez przerwy pracują czerpakami. Płyną blisko brzegu. W ten sposób unikają dużych fal i oszczędzają paliwo, tam nurt jest słabszy. Bliskość brzegu jest jednak niebezpieczna. Na naszych oczach osuwają się do wody nawisy mułu, walą się drzewa. I tylko cudem nikomu nic się nie dzieje.

Kłody, gałęzie, skały... A także wzdęty brzuch martwego wołu. Co chwila na naszej trasie pojawiają się przeszkody. My spostrzegamy je na ogół dopiero przy wymijaniu. Nagle nasza łódź robi ostry skręt. O mało nie staranowaliśmy malutkiej pirogi, która wypłynęła nie wiadomo skąd. Na szcz꬜cie naszemu sternikowi towarzyszy zawodowy obserwator. Ma sokoli wzrok i doskonale zna rzekę. Tym razem ostrzegł w porę. Obaj siedzą na dziobie, tam też jest ster. A dokładnie – stara kierownica od samochodu.

 

FETOR RYŻOWEGO BIMBRU CZUĆ Z DALEKA.

Po pięciu godzinach rejsu dobijamy do przystani na prawym brzegu rzeki, do wioski słynnej w całej okolicy. Tuż przy przystani mężczyźni płuczą w Mekongu ryż na zacier. Produkowany tu alkohol ma od 30 aż do 70 proc. Na zakupy przypływają tu nawet kupcy z Luang Prabang.

Z balkonu najbardziej okazałego domu dobiega nas bełkotliwy baryton. To miejscowy wójt ogłasza „wielką promocję” na wszelki alkohol. I to po francusku! Choć mocno łamanym. Wójt jest kompletnie pijany. I z pewnością bogaty jak na tutejsze warunki. Takie domy – z kamienną podmurówką, ścianami z drewna tekowego i dachem pokrytym blachą falistą – widzieliśmy tylko w Luang Prabang.

Mekong wygląda spokojnie. Tak naprawdę jest jednak górską rzeką, bardzo groźną dla małych łodzi.

W samej wiosce wre praca. Dymi i bulgocze kilka destylarni. Drożdże hoduje się na śmietniskach. Warzenie zacieru odbywa się w blaszanych bekach po ropie naftowej. Do przyspieszenia fermentacji używa się karbidu lub niegaszonego wapna. Aparatura chłodnicza to sploty gumowych i plastikowych węży połatanych plastrami, sznurkami, plastikową folią. Bimber sprzedaje się w dwóch postaciach: „czysty” lub rozcieńczony wodą z bambusowego wodociągu z dżungli. Podchodzimy do jednej z destylarni. Kobieta nadzorująca cały proces co chwila próbuje skapującego do wiadra destylatu. Ma problemy z utrzymaniem równowagi. Obok małe dwu, trzyletnie dzieci bawią się w szarej brei ryżowych wytłoków. Widząc nas, próbują wstać. Na zbyt chwiejnych nóżkach zmierzają w naszą stronę, prosząc: „bon bon”. Zresztą w stanie „wskazującym na spożycie” jest tu większość mieszkańców. W Luang Prabang ostrzegano nas, żeby nie próbować tego alkoholu. Był przyczyną ostrych zatruć, prowadzących do ślepoty, a nawet śmierci. Nie trzeba nam tego dwa razy powtarzać. Nasza załoga jest jednak innego zdania. Kupuje bimbru na kilkanaście plastikowych beczek po oleju napędowym. Ustawione w piramidkę na brzegu będą czekać na zabranie w drodze powrotnej. W zamian wyładowanych zostaje kilka worków ryżu.
Handel wymienny na Mekongu kwitnie. W naszej pirodze przewozimy kilka lamp naftowych, worki z solą, kanistry z paliwem i naftą, parę worków cementu, zwoje drutu, gwoździe, jakieś maczety, sierpy i motyki. Łódź ma swoich stałych kontrahentów. Czasem ktoś czeka na ścieżce schodzącej do rzeki, czasem zostawiamy zamówiony towar na brzegu. Niewielkie ryzyko kradzieży wliczone jest w koszt. Wracając, zabierzemy ryż, olej palmowy, żaby zapakowane w plecionki, żywe ryby w garnkach, liście bananowca, owoce. Kipami, czyli laotańską walutą, płaci się tylko za różnicę towarów. Wreszcie je widzimy. Jaskinie Tham Ting znajdują się w stromej skalnej ścianie. Wykonujemy kilka dość ryzykownych manewrów, by przytulić się łodzią do kamiennej półki. W świętych Grotach Stalaktytowych czczono Buddę już w VII w. Te jaskinie pochodzą z XVI w. W dolnej wierni ustawili setki posążków Buddy i jego uczniów. W górnej znajduje się alegoria przemijania, czyli kamienna miarka z zębatą podziałką. Po ząbkach przesuwa się figurka kaczora, zbliżając się do figurki węża.

Gdy wąż pożre kaczora, ma nastąpić koniec świata. Odległość między figurkami jest co roku pieczołowicie badana przez komitet mnichów.

Cel osiągnięty, wracamy do Luang Prabang. Po drodze zrobiliśmy się solidnie głodni, więc prosimy załogę o przygotowanie posiłku. Obiad dla dwóch osób kosztuje nas trzy dolary. Cumujemy łódź do dużego drzewa. Na palenisku: warstwa piasku i płaski kamień, załoga ustawia benzynowy prymus. Szyper wyciąga wielką rybę z Mekongu, którą kupił w mijanej wiosce. To rodzaj wielkiego okonia o nazwie nie do wymówienia, z kolczastymi skrzelami i płetwami. Mechanik zamienia się w kucharza i podaje wielkie dzwonka uduszone w warzywno- owocowym sosie z brązowym ryżem. Talerzy brak, jemy na liściach bananowca palcami, płucząc je wodą z rzeki. Okazuje się, że na łódce jest kilka butelek „beer lao”, doskonałego lekkiego piwa. Humory mamy wspaniałe!

 

WYPATRUJEMY JAKIEJŚ WIOSKI, ALE WIDAĆ TYLKO ŚCIANĘ ZIELENI.

Żadnego przesmyku, żadnej smużki dymu. Po dwóch godzinach, jest! Widać zejście do rzeki, a w dali dachy z liści palmowych. Pierwsze witają nas dwu-, trzyletnie dzieciaki. To one prowadzą nas do wioski. Ze szkolnej chaty wysypuje się gromada uczniów. Nasze przybycie jest prawdziwym wydarzeniem. Jeszcze nigdy w wiosce nie zatrzymała się łódź z białymi, tu nazywanymi „długonosymi”. Nauczyciel zarządza przerwę w lekcjach i od tej chwili mali przewodnicy z zapałem oprowadzają nas po wiosce Houai Kor. Liczy około 150 mieszkańców, czyli jest duża. I dość zamożna. Ma czteroklasową szkołę, w której uczą się dzieci w wieku 6–9 lat. Ryż zbiera się co 4–6 miesięcy. Starszyzna wiejska reguluje co roku zasady korzystania z systemu nawadniania pól odziedziczonego po przodkach. Mieszkańcy handlują drewnem z dżungli, rybami, żabami, wyplatanymi koszami. Domy budowane są na palach. Konstrukcję mają drewnianą, ściany są z plecionki z liści palm lub bananowców. Tak samo plecione są podłogi i łóżka na niskich ramach. Sypialnie są na górze, życie dzienne toczy się na ubitej ziemi między palami. Tuż obok w zagrodzie z bambusowych prętów żyją czarne świnie. Wioska Houai Kor jest zamożna, czysta i gościnna. Tak nam się podoba, że we dwoje postanawiamy zostać w niej do jutra. Szyper zabierze nas stąd następnego dnia.

Buddyjscy mnisi alkoholu nie biorą do ust. Czego nie można powiedzieć o mieszkańcach laotańskich wsi.

Żegnamy towarzyszy z łodzi. A przy okazji jesteśmy świadkiem zderzenia kultur. Widząc uwiązanego żółwia, koleżanka z Polski w dobroci serca uwalnia go i wrzuca do rzeki. To powoduje wybuch rozpaczy miejscowego chłopca, dla którego żółw był przyjacielem, jak u nas kot czy pies. Cała ludność wioski przyłącza się do rozpaczy i protestów. Wahamy się, czy w tej sytuacji tutaj pozostać. Dopiero spora porcja polskich krówek dla dzieci, płócienna czapka oraz dolar dla właściciela żółwia łagodzą gafę.
Jest szósta po południu. Błyskawicznie robi się ciemno. W chatach, a właściwie pod nimi, zapalają się lampy naftowe. Mieszkamy u wójta. Jego żona gotuje fee, czyli ryżowe kluski z kiełkami soi, kawałkami kurczaka i czymś, co przypomina pasztetową. Tofu? Wszystko w rosole z jarzynami. Pyszne! W drugim woku pieką się niewielkie udka kurczaka. Też doskonałe. Tyle że po kolacji wójt oznajmia, że były to udka miejscowych żab. Takie ogromne? Mężczyzna pokazuje surową żabę. – Teraz wierzycie? – pyta. Tu też za talerze służą li¬ście bananowca. Po użyciu będzie z nich opał lub kompost. Do tak wystawnego posiłku dodajemy po kieliszku polskiej wód¬ki, co wprawia w zachwyt gospodarzy. W końcu idziemy spać. Sen mamy twardy – jak maty, na których śpimy.

DZIECI SZYKUJĄ SIĘ DO SZKOŁY.

Budowniczowie łodzi już popłynęli na targ. Gospodynie suszą na matach ryż, pieprz i papryczki. Nasz sąsiad z młodego bambusa wyplata więcierz, czyli pułapkę na ryby. Toczy się normalne codzienne życie. W wioskowej łaźni kobiety piorą ubrania. Woda jest tu doprowadzona metalowymi rurami ze źródła spod skały. Za tarę służą płaskie kamienie, za proszek do prania popiół drzewny i tylko do delikatnych tkanin używa się białego proszku ze sklepu. Toaleta z bambusowych żer¬dek nie wydziela zapachu fiołków, ale jest czysta, ma zasłonę i kamienną podłogę. Pod jednym z domów gospodarz rozdrabnia w drewnianym pojemniku ryż na kaszę. Fachowo narzędzie nazywa się stępor. W Europie podobne są tylko w muzeach. Nie możemy oderwać o niego wzroku, jesteśmy etnografami. Przyglądamy się też dzieciom. Już cztero-, pięciolatki opiekują się młodszym rodzeństwem. Ale mają też swoje ulubione zwierzaki. Chłopcy oprócz żółwi bawią się żukami rohatyńcami. Dziewczynki wolą małe małpki wełniaki, o sierści przypominającą futerko owieczki. Niestety, czas naszego pobytu tutaj dobiega końca. Przypływa szyper. Gospodarze nie chcą przyjąć żadnej zapłaty. W końcu pan domu przyjmuje męską koszulę, a jego żona damską piżamę. Choć o wiele za duże, budzą ogromną radość. 

Po trzygodzinnym rejsie brunatną rzeką witają nas wielkie, dwumetrowe kamienne koty, strzegące bram świątyni Vatxiengthongratsavoravoravihanh i królewskie mia¬sto Luang Prabang, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wspaniałe, ze stupami, świątyniami i pałacem królewskim, nie mówiąc o restauracjach i sklepach. Tak, o nim też moglibyśmy sporo napisać. A jednak  przygoda na pirodze wydała nam się o wiele bardziej fascynująca. Wartka i płynna. Jak Mekong.

Teresa i Andrzej Lewińscy