Al-Maghrib po arabsku oznacza Maroko, ale również ziemie leżące na zachodzie. Tutaj kończy się świat, w którym życie odmierzają kolejne wezwania do modlitwy. Z geograficznego punktu widzenia to orientalny Zachód.

Królestwo na orientalnym zachodzie

Pod rozgwieżdżonym niebem głośniki zastępujące dziś muezzinów na minaretach wołają As-salatu chejrun min an-naum – modlitwa lepsza jest od snu. Potem mury śpiących miast niosą echo pobożnych kroków. Kto nie modli się w meczecie, wysuwa spod łóżka mały dywanik z wizerunkiem świętego miejsca. Rozwinięta na podłodze, tkana jedwabiem Mekka przyjmuje kolejne pokłony, modlitwę oddaloną od niej o cały arabski świat. Ostatni na zachodzie meczet tego świata zacumowany jest jak potężny okręt u skalistych brzegów Atlantyku. Bryza znad oceanu wdziera się pod ozdobne łuki dziedzińca, ruchomy dach potrafi otworzyć się i do ciemnych, wyłożonych purpurowymi dywanami sal wpuścić błękit nieba. 85 tys. wiernych może zebrać się tu na modlitwie.
Leniwe południe. W wąskim cieniu kolumn kobiety czytają książki, wyjmują ciastka z miodem, panowie przesuwają w palcach koraliki muzułmańskiego różańca, misbahu. Dzieci w zręcznym ślizgu po gładkim, białym marmurze migają przed ich oczami. Chłodny marmur, na którym tak słodko jest drzemać w upalne południe i 50 ogromnych, szklanych żyrandoli to jedyne elementy wystroju meczetu, które nie pochodzą z Maroka. Budowę zlecono francuskiej firmie Bouygues, która doświadczenie we wznoszeniu wielkich obiektów sakralnych nabyła podczas budowy bazyliki Jamusukro na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Meczet w Casablance kosztował 800 mln dolarów, a Hassan II, ojciec obecnego króla Maroka, dał mu swoje imię. Ludzie kochali starego, rządzącego przez 38 lat władcę. Teraz kolejne pokolenia modlące się pod najwyższym minaretem świata będą wspominały jego imię. Pamięć, żeby trwała, musi mieć wymiar materialny, a meczet Hassana II jest imponującą pamiątką. Za kilka lat ucichną protesty przeciwników budowy meczetu, którzy mówią o biedzie, analfabetyzmie, despotyzmie, a światło lasera z minaretu wciąż przeszywać będzie niebo nad Casablanką.
Casablankę wznieśli Francuzi. W zniszczonym trzęsieniem ziemi, tym samym, które pożarło Lizbonę, nadatlantyckim porcie, nigdyś siedzibie piratów anfackich, wybudowali szerokie aleje, które kolonialnym zwyczajem obrębili łańcuszkiem palm, wznieśli piękne kamienice w opracowanym na potrzeby Casablanki stylu, który nazwano „arabissance”, a który art deco idealnie połączył z wpływami architektury arabskiej.
Dziś Casablanka to prawdziwa metropolia, jedyna w Maroku, która gwarantuje anonimowość. Tylko tutaj na ulicy spotkać można prostytutki w pełnej krasie swego zawodu. W lustrzanych szybach nowych biurowców przeglądają się dziewczyny w obcisłych dżinsach i krótkich bluzkach, studentki z Lyonu, Marsylii, Paryża i wyperfumowani chłopcy w wypolerowanych butach. Casablanka jest bananowym chłopcem, a Rabat urzędnikiem domatorem – mówią Marokańczycy.

Ale wokół bananowego, lubiącego zabawę młodzieńca zaczynają kręcić się nędzarze. Dobrobyt żywi nadzieją biedę, która usadawia się na rogatkach i tu z odpadów metropolii buduje żałosną karykaturę nowoczesnych osiedli – slumsy. Ich struktura oparta jest na podstawowym prawie fizyki – prawie najmniejszego działania. Przytulone do siebie budki wspierają swe konstrukcje, do ich przykrycia wystarczy jedna cerata. Ściśle zapleciony wianuszek biedadomków chętnie słucha brodatych emisariuszy szkolonych w Algierii. Tylko fundamentaliści mają dla slumsów jakąkolwiek propozycję. Dla nich niezbędnymi elementami szczęśliwego życia byłoby zamknięcie lokali, w których sprzedaje się alkohol, podzielenie szerokich, ciągnących się kilometrami plaż na damskie i męskie oraz wprowadzenie jedynego sprawiedliwego prawa: szariatu.
Nie chcemy drugiego Iranu – krzyczą Marokańczycy, a jednym z ważniejszych posunięć ich postępowego, młodego króla Mohameda VI było wprowadzenie nowego kodeksu rodzinnego. Dzięki niemu kobiety zyskały prawo do samodzielnej decyzji o swoim losie, małżeństwie, a sprawy rozwodu oddano w gestię sądu. Panowie stracili tym samym odwieczne prawo talaq, dzięki któremu po trzykrotnym wypowiedzeniu tego słowa mężczyzna stawał się rozwodnikiem, a jego żona zmuszona była opuścić dom. Fundamentaliści zagrzmieli, ale król jako Amir al-m’uminin, czyli książę wiernych, którego władza usankcjonowana jest też pochodzeniem w prostej linii od Proroka i nie zna rozdziału na to, co boskie i cesarskie, otworzył przed nimi świętą księgę Koranu, wskazał właściwe wersety i zamknął usta oponentom. Dynastia Alawitów rządzi od 1640 roku i jest jedną z najdłużej panujących dynastii świata. Dziś nawet fundamentaliści zgadzają się, że Maroko potrzebuje monarchii. „Niech żyje król Mohamed VI” – wiwatuje rząd białych kamieni starannie ułożony w monstrualny napis na rdzawym zboczu góry. To propaganda, ale i wiara w moc słowa. Dawniej była ona tak wielka, że ludzie schylali głowy, by ominęło ich przekleństwo. Popularne in sza’ Allah – czyli: jak Bóg pozwoli – mówi się właśnie z wiarą w sprawczą siłę słów. Słowo jest talizmanem, który nosi się na szyi jak złoty krzyżyk, słowo jest tym, czym dla nas obrazy Boga i świętych. Siła szatana ujawnia się tam, gdzie ktoś patrzy złym okiem. Obroną jest eufemistycznie nazywana ręką Fatimy chamsa, czyli piątka. „Pięć palców w twoje oko” – mówią dłonie odciśnięte nad wejściem w glinianych ścianach kazby lub stemple z henny zostawione nad kamienną futryną drzwi. Dlatego złe oko nie popatrzy przez próg. Także zasłona na twarz – europejski symbol upodlenia muzułmańskich kobiet – miała bronić je właśnie przed złym, zawistnym okiem. Dziś na ulicach Fezu, Marrakeszu i innych miast właśnie po zasłonie łatwo rozszyfrować arabskie korzenie jej właścicielki. Berberyjki – odważne kobiety rodem z gór, mieszkanki małych wiosek, nigdy nie zasłaniają twarzy. Przed złym okiem i ifritami – duchami – bronią się brzękiem bransolet i tatuażami, które podobnie jak biżuteria – określają też przynależność plemienną i miejsce kobiety w społeczności.
Mężatka tatuuje czoło. Gdy opuści męża, doda znak na brodzie. W ten sposób Berberyjki na swoich twarzach, piersiach, brzuchach, plecach, wokół nadgarstków i kostek jak w księgach piszą historię swego plemienia, rodziny i własnego życia, zapisują pragnienia znakami, które przynieść mają potomstwo i dobrobyt, malują troski. Tak jak ich prababki. Kiedy traciły mężów, zabijanych lub wcielanych w szeregi arabskich wojsk, na ich twarzy wyrastały sine, grube kreski, które jak zarost oka-lały brodę. Wspomnienie ukochanego? A może samotne, piękne Berberyjki chciały się jedynie oszpecić?

Za najbardziej niezłomnych, zawziętych Berberów uważa się tych mieszkających w górach Rif. „Kto wgryza się w Rif, łamie sobie zęby” – mówi przysłowie. O zielonych górach mówi się dziś republika kifu. Kif to proszek, który otrzymuje się z konopi indyjskich, pali w długich fajeczkach, siedząc na wełnianym dywanie rozłożonym w cieniu pomarańczowego drzewa i kontempluje leniwe popołudnie. Tylko kif, przywieziony tu przez Arabów w VIII wieku, był w stanie skolonizować Rif. Dziś 80 proc. ziemi obsiewa się konopiami. Raz na jakiś czas któryś z wieśniaków ląduje na kilka lat w więzieniu, a potem wraca do uprawy słonecznych terasów. Z kifu łatwo zrobić brunatny, smolisty haszysz, który z brzegów Maroka, pod osłoną nocy, płynie do Hiszpanii. 12 mld dolarów zarabia światowa mafia na handlu marokańskim haszyszem, z czego tutejsi chłopi dostają trochę ponad 100 mln. – Kif nie zabija, a głód tak – powiedział mer regionu na spotkaniu z dziennikarzami. Wszyscy wiedzą, że tylko uprawa kifu trzyma tu ludzi na wsi. – To marokańska ropa naftowa, żywi się tylko słońcem – uśmiecha się sklepikarz w bajecznym, wtulonym w góry Szafszawan.
To narkotykowe miasteczko swoim urokiem i powolnym rytmem życia wciąga jak narkotyk. Przyjemnie jest sączyć miętową herbatę na placu. Mężczyźni w burnusach godzinami rozprawiają przed meczetem, dzieci w błękicie zaułków grają w szklane kulki, z dachów pieją koguty, a kobiety wspinają się po stromych uliczkach. Czy ten sam spokój docenili Żydzi, którzy uciekali tu z ogarniętej konkwistą Andaluzji? W swoich domach muzułmańsko zielone okiennice i drzwi malowali niebieską farbą. Muzułmańskie i żydowskie kobiety bieliły ściany wspólnie. Dziś można tu kupić każdą zakazaną substancję, a mimo to tylko śpiew muezzina przerywa prowincjonalny letarg.
Największymi palaczami kifu byli w Maroku farbiarze skór. Ich praca, polegająca m.in. na brodzeniu w kadziach wypełnionych wapnem lub fermentującym guanem, ugniataniu bosymi stopami świeżo zerwanych ze zwierząt skór, fizycznym kontakcie ze śmiercią w nieprawdopodobnym odorze, wymaga odrealnienia potwornej rzeczywistości. I ma swój aspekt magiczny. Oto farbiarze martwym szczątkom zwierząt nadają nowe życie. Mówią, że skóry w procesie wyprawiania jedzą, piją, że trzeba tchnąć w nie dusze. Znane są też ich kontakty z duchami, czyli dżinnami, a to wymaga fajeczki kifu.
Dżinny – Inni – Acharin pojawiają się tam, gdzie jest wilgotno, ciemno, ciepło. Wyłażą nocą z kątów albo rur kanalizacji. Dlatego tylko ludzie lekkomyślni decydują się na kąpiel w pustym hammamie – łaęni tureckiej. Zwykle panuje tu przyjemny szmer rozmowy, jakby wytłumiony przez parę i półmrok, które powodują, że mimowolnie ścisza się głos. Kobiety polewają wodą marmurową podłogę, na której sadowią swe stożkowate kształty. Kruczoczarne włosy oblepiają ich blade ciała, nietknięte przez słońce. Ręce bezwstydnie podrzucają obfite biusty, rozsmarowując brązowy sabun, maę o zapachu oliwki. Chadidża jest szczupłą, ładną Berberyjką. W chińskich klapkach sunie od jednego rozleniwionego, rozgrzanego ciała ku drugiemu, które z wdzięcznością przyjmie jej dotyk. Chadidża masuje plecy, nakłada na włosy ghassul, glinkę, która spływa po podłodze czarnymi strużkami, aż do miejsca, z którego nocą wypełzną Inni. Ale zanim to nastąpi, Chadidża zdejmie chustkę, która wisząc na drzwiach hammamu, niepiśmiennym oznajmiała godziny otwarcia dla kobiet, owinie swoje gładkie, tak dobrze znane mieszkankom dzielnicy, ciało w suknie, kaftany, spodnie i zniknie w ciemnej uliczce starego Fezu.
Każda dzielnica tego średniowiecznego miasta ma swój hammam, własną fontannę, meczet i piekarnię. Jeśli nie znasz czyjegoś adresu, idę do piekarza. Przygotowane w domach ciasta i potrawy trafiające do jego pieca powierzają mu tajemnice dzielnicy. Jeśli czujesz pragnienie, pij żródlaną wodę z fontanny.

Fez zawdzięcza swoje istnienie błękitnej wodzie, a tutejsze hammamy mają najlepszą renomę w kraju. Marrakesz jest czerwony od krwi swoich budowniczych, Meknes zielony od dachówek pałaców, a Fez niebieski jak woda. Od tysiąca lat, ciągle średniowieczny Fez żyje tym samym rytmem wybijanym dłutami w pracowniach snycerzy, kopytami osłów i mułów, które z trudem przeciskają się przez potok ludzi, uderzeniami drewnianego kostura ślepego recytatora Koranu i dźwiękiem drewnianych krosien, które w zakurzonym półmroku tkają lśniące narzuty. Z tutejszych farbiarni przez ciemne bramy, w których żywią się koty, wycieka tysiącletni smród. Rzemiosło to zajęcie 90 proc. mieszkańców Fezu. Naukę rozpoczynają wcześnie. Kilkuletnie dzieci nawijają wełnę na kołowrotek, arabeskami ozdabiają metalowe tace, które kiedyś nosić będą ramadanowe, polane miodem ciastka. Ich praca jest jedną z tajemnic labiryntu fezkich ulic. O Fezie, założonym przez arabską dynastię Idrysydów, mówi się, że jest jak surowy imam. To duchowa stolica kraju. Tutejsze medresy, niegdyś najsłynniejsze uczelnie muzułmańskiego świata, na przełomie X i XI wieku wykształciły papieża Sylwestra III, który powrócił do Europy ze znajomością arabskich cyfr, potem żydowskiego filozofa Majmonidesa, słynnego mistyka Ibn Arabiego. W surowych celach, wyposażonych tylko w półkę na księgi, studenci uczyli się na pamięć całych wywodów filozoficznych zgodnie z zasadą, że bramą do wiedzy jest zrozumienie i pamięć. Potem dyskutowali z profesorami na dziedzińcach medres, w chłodzie podcieni. Dziedziniec medresy Bou Inania, wybudowanej przez sułtana pięknego jak sama budowla i mądrego jak księgi tu składowane, jest popisem arabskiej ornamentyki. Majolikowe mozaiki zwane zellidż, którymi wyłożone są ściany, nie służą jednak tylko uciesze oka. Kontemplacja rozwijającego się na całym dziedzińcu jednego elementu jest drogą do poznania prawdy o nieskończoności Boga. Dziś w medresach Fezu nie toczą się już dysputy na temat matematyki, astronomii, socjologii i medycyny, dziś za imamem recytuje się w nich Koran. Marrakesz jest dla turystów symbolem Maroka. Miasto otwarte jest na wpływy. Wieje tu gorący wiatr szerokiej pustyni i chłodne podmuchy schodzące z ośnieżonych gór Atlas. Podczas gdy Fez przypomina zamknięty, hermetyczny, mieszczański Kraków, to Marrakesz ma w sobie coś z otwartej na wpływy Warszawy. Ale Marrakesz od kilku lat pełni również rolę Saint Tropez i Beverly Hills. Wille w tutejszych palmeriach, rijady, czyli stare domy z ogrodami w sercu mediny, kuszą prawdziwą egzotyką, oddaloną od europejskich stolic o dwie godziny lotu. Yves Saint Laurent, Alain Delon, Naomi Campbell, Madonna – to tylko niektóre nazwiska rezydentów Marrakeszu. Miasto koloru ochry przyciąga też masy biedaków, których z rodzinnych wiosek wygnała panująca od kilku lat susza. Giną palmy, a ludzie, czekając, aż król zarządzi salat istisqat, czyli powszechną modlitwę o deszcz, ruszają do dużych miast po małe pieniądze. Dżem’a al-Fna – Stowarzyszenie Umarłych taką nazwę nosi główny plac Marrakeszu, najsłynniejszy plac Afryki. Ţebracy, kuglarze, oszuści, artyści, magowie, znachorzy, wróże, treserzy zwierząt, zaklinacze węży, bezdomne, odurzone klejem dzieci i turyści zaczarowani magią Marrakeszu, jego egzotyką, zapachami Wschodu i transową muzyką gnaoua, spotykają się na Placu Umarłych. Jedni zarabiają, drudzy wydają. Między nimi krążą tzw. hennajat, które za kilka dirhamów rudą henną namalują kwieciste wzory na rękach turystek. Sztuka, magia i tradycja henny, która wymaga skupienia, która jest świętem towarzyszącym najważniejszym wydarzeniom z życia kobiet, tutaj ginie w tandetnych albumikach, jakie prezentują hennajat cudzoziemskim klientkom. Ale henna to obyczaj, który uczy godzić się z przemijaniem, uczy, że nic nie będzie takie, jak było. Wzory na dłoniach i stopach powoli bledną, tracą ostrość. W końcu są już tylko żółtawym cieniem radosnego, świątecznego dnia, który zniknie z dłoni. Ale wtedy hennaja znów pochyli się w skupieniu nad dłońmi i brązową papką nałożoną na ozdobny szpikulec wymyśli inne wzory. Być może z okazji końca ramadanu albo zakończenia okresu panieństwa, albo by uczcić szczęśliwy koniec podróży.