Czytając o tym boliwijskim mieście na forach podróżniczych, można dowiedzieć się przede wszystkim, że jest bardzo niebezpieczne i raczej średnio ciekawe. Te opinie są bardzo krzywdzące.

La Paz, stolica Boliwii, jest metropolią, w której mieszka około miliona ludzi, czyli znacznie mniej niż Warszawie, Berlinie czy Paryżu. Jednak powierzchnia miasta jest wielka. Usytuowane w dolinie i na otaczających ją wzgórzach rozrasta się kaskadowo i zdaje się nie mieć końca. Wśród turystów La Paz cieszy się  jednak złą sławą. Czytając o tym mieście na forach podróżniczych, można dowiedzieć się przede wszystkim, że jest bardzo niebezpieczne i raczej średnio ciekawe. Te opinie są bardzo krzywdzące, bo La Paz jest miastem, w którym - jak nigdzie indziej w Ameryce Południowej - można nasycić się tą kulturową różnorodnością, a magiczne rytuały są odprawiane za każdym rogiem.

 

Imprezy w więzieniu i kokaina w pieluszkach

Punktem, od którego zaczynam, jest plac San Pedro, a to z powodu znajdującego się obok więzienia, którego formuła jest absolutnie wyjątkowa. Otóż jest to więzienie – poczekalnia dla więźniów, którzy czekają na wyrok. W Boliwii to nie przelewki, bo na wyrok (nawet za drobne przestępstwa, na przykład kradzież bochenka chleba) czeka się nawet sześć–siedem lat. Oczywiście po tym okresie może okazać się, że jednak oskarżony był niewinny, ale zanim ktoś to zweryfikuje, mija wiele czasu. Krótko mówiąc, wyjątkowo nie opłaca się łamać prawa. Co ciekawe, w tym więzieniu razem z oskarżonymi mogą mieszkać ich rodziny – żony i dzieci. Więźniowie nie mogą opuszczać murów placówki, ale ich żony i dzieci jak najbardziej, prowadzą „normalne” życie. Kobiety w ciągu dnia chodzą do pracy, a dzieci do pobliskiej szkoły. Na noc wracają do „domu”, czyli do więzienia.

Miejsce jest słynne jeszcze z innego powodu. Przez ostatnich kilka lat była to największa imprezownia w mieście. Legalnie organizowano tam wejścia dla turystów, którzy odwiedzali oskarżonych, grali z nimi w piłkę i karty, a potem pili i imprezowali do rana. Oczywiście przy obecności morza alkoholu i narkotyków, głównie kokainy, która wpływała i wypływała do więzienia dzięki swobodnemu poruszaniu się rodzin więźniów. Ot, zwykłe więzienne życie.

Najciekawszy pomysł na szmuglowanie kokainy? Zawijanie jej w pieluchy dla dzieci i wyrzucanie przez okna więzienia wprost na ulicę. Wiadomo było, że nikt niewtajemniczony i nieznający zawartości nie podniesie z chodnika zwiniętej pieluchy. Zauważali ją tylko ci, którzy mieli to zrobić. Kreatywność na wysokim poziomie.

À propos turystów i niebezpieczeństwa, czyli tematu rzeki na forach podróżniczych. Ostatnimi czasy głośna była historia Brytyjczyka, który koniecznie chciał wbić się na imprezę w tym więzieniu. Wszedł oczywiście z „przewodnikiem”, bo inaczej zrobić się tego nie dało. Przez kilka godzin imprezował na całego z więźniami, oczywiście wspomagając się wszelkimi dostępnymi używkami. Gdy jednak stwierdził, że czas już się zmywać, okazało się, że jego przewodnik zrobił to znacznie wcześniej, zostawiając go samego w środku. Kiedy Brytyjczyk poszedł do strażnika, chcąc wyjść, ten tylko roześmiał się, twierdząc, że tu każdy chce wyjść, więc to żaden argument i skoro jest w więzieniu, to znaczy że ma tu zostać. No i się zaczęło. Ponad tydzień zajęło mu wyjście, oczywiście z pomocą ambasady. (I powiedzcie mi, że to nie turyści sami pchają się w niebezpieczne sytuacje przez swoją ignorancję? A potem powstają historie, jaka to Boliwia niebezpieczna).

Po tym incydencie rząd interweniował i kategorycznie zabronił jakichkolwiek wycieczek do więzienia (nie żeby wcześniej do tego zachęcał). Wciąż jednak trafiają się naciągacze, którzy oferują rozrywkowe wyprawy. Naiwni turyści płacą, ale oczywiście do wycieczek nigdy nie dochodzi, więc tylko tracą pieniądze. Ku przestrodze.