Przez huk rzeki przebijają się wrzaski komend: lewa!, prawa! Woda zalewa nam twarze, a silne podmuchy wiatru przy każdym oddechu wtłaczają w otwarte usta chmary owadów.

Lewa! Prawa! Napieramy na wiosła, zmagamy się z prądem. Od kata natarcia na fale zależy powodzenie całej akcji. Jeden błąd i będzie po nas. Nikt nam nie pomoże na tym pustkowiu. Gorzej, nikt nas tu nie znajdzie. Płyniemy rzeka Sidą wzdłuż trudno dostępnych gór Putorana na północy Syberii. Ten wyjątkowy pod każdym względem bazaltowy płaskowyż tworzą masywy podzielone głębokimi i szerokimi kanionami. Dopiero z lotu ptaka widać charakterystycznie spłaszczone szczyty i siec rzek toczących wodę we wszystkich kierunkach. W języku Ewenków, rdzennych mieszkańców tych terenów, Putorana oznacza „jezioro o stromych brzegach”. Rzeczywiście jezior jest tu blisko 20 tys.! Przemierzamy jeden z najciekawszych zakątków planety, nietknięty przez człowieka. Na tej szerokości geograficznej dominuje skarłowaciała modrzewiowa tajga, która miejscami przechodzi w tundrę. Porosty i mchy miękkim dywanem pokrywają ziemie. W każdej chwili możemy się natknąć na wilki i putorańskie owce śnieżne. W tutejszych wodach żyje tajmien,  tajwiększy ze wszystkich łososiowatych. Ta rzadka ryba trafiła do Czerwonej Księgi gatunków  zagrożonych wyginięciem. To najprawdziwsza dzika ziemia. Rezerwat przyrody Putorana dwa lata temu został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Kiedy się patrzy na te dziewicze tereny, trudno uwierzyć, że w pobliżu zachodniego skraju płaskowyżu leży Norylsk – ogromny ośrodek przemysłowy, który w raporcie Blacksmith Institute znalazł się w pierwszej dziesiątce najbardziej zanieczyszczonych miejsc na świecie.

 

Bez ziemniaczków ani rusz

Najpierw były tylko żarty, później pomysł ekspedycji na płaskowyż Putorana pojawiał się w naszych rozmowach coraz częściej i juz na poważnie. Zaczęliśmy załatwiać pozwolenia i mapy.  Kompletowaliśmy sprzęt. Przeszliśmy szkolenie z prostej chirurgii. Żeby zdobyć dodatkowe doświadczenie w spływaniu syberyjskimi rzekami, wyruszyliśmy na wymagające tunguskie dopływy Jeniseju. Po roku przygotowań pozostało kupienie biletów, rezerwacja śmigłowców i ostatnia wizyta u fryzjera. Byliśmy gotowi do odlotu – każdego odlotu. W Moskwie do naszej czwórki dołączyło dwóch rosyjskich globtroterów – Igor i Jan. Bez strat w sprzęcie dotarliśmy na północ Syberii. Jeszcze tylko odebraliśmy zamówiony wcześniej prowiant, znaleźliśmy nasze ukochane, a trudne tam do zdobycia ziemniaki i zapakowany po brzegi Mi-8 wzniósł się w powietrze. Po kilku godzinach ukazały się zakola rzeki Sida – silnie meandrującego dopływu rzeki Kotuj. To miejsce wybraliśmy do lądowania. W ciągu kilku godzin przenieśliśmy się w inna rzeczywistość. Mieliśmy świadomość, że przez ponad 700 km spływu będziemy zdani tylko na siebie. Że musimy zaufać doświadczeniu, jakie zdobyliśmy podczas wcześniejszych wypraw, oraz intuicji i sobie nawzajem.

Płyniemy na katamaranach! Może to zbyt szumna nazwa dla zbudowanych przez nas jednostek, ale taką właśnie mają konstrukcje. Dwa napompowane pływaki połączyliśmy kratownicą z wątłych modrzewiowych żerdek i na niej rozpięliśmy siatkę. Wszystko związaliśmy linkami. Całość ma być lekka i elastyczna. Na pokładzie leży góra sprzętu – nazywanego przez Rosjan barachłem – zapakowanego w wodoszczelne torby. Żywność, paliwo i załoga wypełniają nasze katamarany. Oba są wyposażone w 2,5-konne silniczki spalinowe, bardzo pomocne przy pokonywaniu powolnych odcinków rzeki. Niesie nas coraz większa woda. W obroty biorą miliony owadów. Oczy  przyzwyczajają się do obrazu oglądanego wyłącznie przez moskitierę. Stojący spokojnie na skarpie wilk odprowadza nas wzrokiem. Dociera do nas, że nie ma odwrotu. Jedyna możliwość kontaktowania się ze światem dają nam telefony satelitarne. Niemal codziennie wysyłamy kropkę (toczkę), jak umownie nazywamy informacje z koordynatami naszego położenia. Nanoszone na mapę pozwalają innym śledzić nasze poczynania.

 

Naprawdę wielka fala

Rozbijamy obóz na wysokim brzegu rzeki Kotuj. Nocą do namiotów wdziera się woda. W ciągu kilku godzin poziom rzeki podniósł się ponad 5 m! Niemal wszędzie w tym rejonie panuje wieczna zmarzlina, która po opadach deszczu nie przyjmuje wilgoci. W przedsionkach wszystko pływa. Czy to już koniec ekspedycji? Na szczęście jest lepiej, niż początkowo sądziliśmy. Cały sprzęt przywiązaliśmy lub powiesiliśmy na drzewach przed pójściem spać. Nie ponieśliśmy dotkliwych strat, wielka fala nie zdołała zgarnąć nic istotnego z naszego wyposażenia. Kiedy niebo się przeciera, poprawiają się nastroje. Jesteśmy uratowani. Optymistycznie patrząc na tęczę, płyniemy dalej w nieznane. Wkraczamy w strefę znajdującą się poza zasięgiem helikoptera. Musimy działać rozważnie i nie możemy sobie pozwolić na opóźnienia. Mamy trzy tygodnie na dotarcie do punktu, z którego zabierze nas śmigłowiec lub poduszkowiec. Rzeka meandrując pośród bagien, leniwie toczy wielką wodę. Suniemy tym kawowym szlakiem wraz z setkami drzew, pni, gałęzi i piany. Nawet chwilami nie leje i wychodzi słonce. Równomierny warkot silnika rozleniwia i wprawia w senny błogostan. Jak zgodnie stwierdzamy – klimaty „kak w Soczi”. Od ukąszeń komarów, meszek i bardzo zajadłego lokalnego mokrca puchniemy coraz bardziej. Nie narzekamy jednak. W zależności od nastroju traktujemy owady albo jako wyjątkowe okoliczności przyrody, albo repelentami. Szybko ustala się rytm dnia. Składamy obozowisko, płyniemy, znajdujemy miejsce na nocleg, przygotowujemy posiłki. Jemy dwa razy dziennie. Przed śniadaniem obowiązkowa kawa. Po niej albo owsianka z klarowanym masłem, albo zupka błyskawiczna i kisiel. Głównym posiłkiem, z „frykasami”, jest kolacja. Po wyjściu na brzeg i symbolicznym, a mającym zdrowotne znaczenie „metalowym kubeczku” za szczęśliwy spływ przystępujemy do wielkiego gotowania. Czasem są ziemniaczki z cebula i boczkiem, częściej kasza z tuszonką. Do tego obowiązkowo sałatki, których skład systematycznie ubożeje. Niektóre produkty niestety pleśnieją. Codzienny rytuał rozpalania ognia i osmolone kociołki traktujemy jako pewnego rodzaju hołd składany podróżniczej tradycji.

 

W labiryncie skał

Woda w rzece Kotuj opada bardzo powoli. Nadal nie jest klarowna, ale ostro przyspiesza swój bieg i wreszcie wpływamy w kaniony. Widoki są urzekające. Kilkudziesięciometrowej wysokości skały wyrastają wprost z nurtu rzeki. Ich budowa i forma przypominają opuszczone, pełne tajemnic zamczyska. Chwilami czujemy się, jakbyśmy przemierzali ich korytarze. Są ich tysiące! Ten bezmiar czasami nawet przytłacza. Ale wrażenia estetyczne to tylko jedna strona medalu. Druga

stanowią niebezpieczne progi i wodospady, które jesteśmy zmuszeni pokonywać. Nasza taktyka polega na wcześniejszym wyznaczeniu trasy pomiędzy skałami, głazami i wirami. Często musimy wchodzić na wzniesienia, by sprawdzić, którędy będzie najbezpieczniej. Później dokładnie wiążemy taśmami sprzęt na katamaranach, zakładamy kamizelki asekuracyjne, chwytamy wiosła i daaawaj, do przodu. Któregoś dnia mija nas, dzielnie walcząc z prądem, kilkanaście reniferów. Po chwili pojawia się następne stado. Potem kolejne. Renifery podpatrujemy przez kilka dni. Są ich tysiące. Odbywają tradycyjna wędrówkę, a w górach Putorana znajduje się ich największe skupisko na świecie. W oddali na stokach gór widać niewielkie lodowce. Zbliżamy się do celu naszej podróży. W szaleńczym tempie i trochę brawurowo mijamy ujście Nalee. W miejscu połączenia rzek sterczy ostra skała przypominająca grzebień dinozaura. Tam trafiamy na niebywałe znalezisko –  kilkanaście pełnych, zapieczętowanych butelek wódki. Szkło obrobione przez piasek i kamienie musi mieć jakąś historię. Będzie nam dane poznać ją kilka dni później w miejscu oddalonym o tysiące kilometrów od ujścia Nalee.

 

Mamy szczęście

Na szerokim kamienisku poniżej ujścia rzeki Kotujkan zakładamy ostatnie obozowisko. Wsłuchujemy się w trzaski płonących polan i odprowadzamy wzrokiem gasnące iskry. Szkoda, że to juz koniec, mimo ze chwilami mieliśmy wszystkiego dość. Jednocześnie mamy satysfakcje, ze wszystkiemu podołaliśmy podczas tej niełatwej ekspedycji. Rankiem demontujemy katamarany i czekamy na poduszkowiec. Zamiast niego pojawia się stary kuter z wielkim dieslowskim motorem. Płyniemy do Chatangi. Miasto powstało na wiecznej zmarzlinie. Popękane budynki, gąszcz opatulonych szmatami i deskami przewodów ciepłowniczych. Wokół wszechobecne błoto. Właśnie stąd ruszają na północ wszystkie wyprawy polarne. Towary i wszelakie dobra docierają tu tylko droga lotnicza. Brud i dziadostwo walczą o palmę pierwszeństwa z kosmicznymi cenami godnymi salonów Europy. Do Krasnojarska lecimy uszkodzonym samolotem. Maszyna mająca czasy świetności dawno za sobą traci paliwo, co zmusza pilota do awaryjnego lądowania w Turze. Znów mamy szczęście. Śmigłowiec Mi-8, który przetransportował nas do punktu startu, podczas kolejnego lotu roztrzaskał się w tajdze – o czym dowiedzieliśmy się po powrocie do cywilizacji. Na lotnisku w Moskwie zaczepia nas jakiś człowiek. Okazuje się, ze on również płynął rzeka Kotuj w okolicach naszej ostatniej bazy. Podczas powodzi, która zalała nam obóz, wywrócił się jego ponton. Stracił wtedy sporo ekwipunku, w tym kilkanaście butelek wódki! Rosyjskie klimaty potrafi a zniewolić. Doceniamy tamtejszych ludzi, ich bezinteresowna chęć niesienia pomocy, otwartość i szacunek do tradycji. W tym kraju kulturowo i przyrodniczo zniszczonym komunizmem na szczęście nadal są przestrzenie jawiące się jak iluzja. Właśnie takie są niektóre zakątki Syberii, a zwłaszcza góry Putorana.