Spokoju średniowiecznych czeskich miasteczek wciąż strzegą potężne zamki, a kościelne dzwony wybijają płynące tu niespiesznie godziny.

Zapragnęliśmy zobaczyć Czechy niczym z opowiadań Hrabala i Haszka – miejsca, gdzie żyją pogodni i zwyczajni ludzie. Swoją przygodę rozpoczynam z rodziną w Táborze – najsłynniejszym mieście husyckiej rewolucji. Po spaleniu na stosie Jana Husa – czeskiego reformatora religijnego działającego na przełomie XIV i XV w. – stało się ono stolicą najbardziej radykalnej części jego zwolenników, zwanych później taborytami. Najpierw znajdowało się tu tylko obozowisko (po czesku tabor), a następnie wzniesiono miasto, którego miano nawiązywało do biblijnej góry Przemienienia Pańskiego. Taboryci chcieli tu żyć we wspólnocie, jak pierwsi chrześcijanie.

Parkujemy w pobliżu stawu Jordan i schodami wspinamy się na położoną na wzgórzu starówkę. Uliczki są zaskakująco kręte i wąskie; zamiast trafi ć od razu na rynek, kluczymy w ich labiryncie. Główny plac jest niewielki. Na miejscu dawnej świątyni husyckiej stoi strzelisty kościół Przemienienia Pańskiego. Otaczają go wzniesione na przestrzeni kilku stuleci kamienice, a także ratusz, fontanna i pomnik Jana Žižki z Trocnova – wodza taborytów. Jego odwagę i męstwo poznali również Polacy, gdy jako najemny żołnierz pomagał rozgromić Krzyżaków pod Grunwaldem. Próbuję skonfrontować dynamicznie oddaną postać z obrazu Matejki ze statycznym pomnikiem jednookiego Žižki, patrzącego z powagą i ze smutkiem na swoich zlaicyzowanych dziś rodaków.

W budynku dawnego ratusza mieści się muzeum husyckie. Oglądamy prymitywną, ale niesłychanie pomysłową broń, jaką dysponowały oddziały taborytów. Były to głównie przerobione narzędzia rolnicze: cepy, tasaki, haki i widły. Słynne wozy bojowe, będące prototypami czołgów, okazują się zwykłymi obudowanymi furmankami. Jednak dzięki nim taborycka piechota była w stanie odeprzeć atak o wiele liczniejszych i lepiej uzbrojonych profesjonalnych wojsk.

Po wizycie w jednej z cukierni wracamy do auta i jedziemy na południe, ku granicy austriackiej. Teren robi się bardziej pofalowany, coraz częściej pojawiają się brązowe tablice informujące o miejscowych zabytkach. Trochę nas kusi, żeby porzucić wymyślony wcześniej plan wycieczki...

Do Czeskich Budziejowic, stolicy regionu, dojeżdżamy, gdy niebo staje się ciemnochabrowe. Szybko zmierzamy na będący sercem starówki rynek imienia założyciela miasta Przemysława Otakara II. To największy w Czechach i jeden z większych w Europie placów. Rozmiarami (100 na 100 m) i jednolitą renesansową zabudową z podcieniami przypomina trochę nasz Zamość. Powoli zapalające się lampy podkreślają najbardziej dekoracyjne i efektowne elementy budynków. Szczególnie pięknie i nieco surrealistycznie ze względu na kolory wygląda XVIII-wieczna Samsonowa Kašna – fontanna usytuowana pośrodku rynku.

Plac się wyludnia, a bary się zapełniają. I my postanawiamy zakończyć ten dzień kuflem budziejowickiego piwa. Wybieram Masné krámy mieszczące się przy ul. Krajinskiej. Piwiarnia i restauracja urządzone w budynku dawnych jatek mięsnych są jednym z obowiązkowych punktów na mapie atrakcji miasta. Podobno dawniej odwiedzający Budziejowice mawiali: Kdo ne byl v Masných krámech, ne byl v Budějovicich, i trzeba przyznać, że w tym stwierdzeniu nie ma przesady. To z pewnością najlepsze miejsce, by poczuć klimat tego słynącego z piwa miasta. Zamawiamy też inną tutejszą specjalność – piwowarski gulasz z knedlikami i chrzanem. Z poczucia beztroski wyrywa nas dopiero donośny dźwięk dzwonka za bufetem – informuje on gości, że minęła 22.30, i pora składać ostatnie zamówienie.

Rankiem plac kipi życiem, ludzie śpieszą we wszystkie strony, powstaje letnia scena, odbywa się jakiś happening. Postanawiam obejrzeć ratusz, wyróżniający się z okolicznej zabudowy trzema dekoracyjnymi wieżyczkami. Na jednym z rogów budynku przypięto niepozorny metalowy pręt długości 0,77 m. To średniowieczny wzorzec łokcia używany do pomiaru tkanin. Dlaczego jest taki długi? Bo to łokieć wiedeński, jedna z najdłuższych odmian tej jednostki miary.


Wychodząca z rynku ulica Piaristická prowadzi mnie na kolejny plac, tym razem niewielkie Piaristické náměstí. Tu wznosi się najstarsza i najcenniejsza budowla miasta, pochodzący z 1265 r. kościół Marii Panny, oraz przyległy doń były klasztor Dominikanów. Osobliwością tego miejsca są wielobarwne średniowieczne freski zdobiące fragmenty ścian. Bocznymi drzwiami wychodzimy na pięknie sklepiony wewnętrzny korytarz. Przez okna wpada rozproszone, odbite od murów światło, brakuje tylko zakapturzonych mnichów przemykających z klasztoru do kościoła.

Jesteśmy teraz na obrzeżach dawnych Budziejowic; gdzieniegdzie zachowały się tam jeszcze fragmenty murów miejskich. Ulica Panská ciągnąca się stąd do Rabenštejnskiej wieży to chyba najprzytulniejsza część starówki. Między winiarniami, galeriami i sklepami z ceramiką znajduję niewielki sklepik będący składem rzeczy dziwnych i zaskakujących. Wśród starych zabawek, maszynek do mięsa, fajansowych wazoników, starych zegarów, młynków do kawy i landszaftów są ozdoby choinkowe, walizki, a nawet rowery. Właściciel, słysząc polską mowę, chwali się półrocznym pobytem w Warszawie i żartobliwie wspomina świecące pustkami sklepy w latach 80. Najdotkliwiej odczuwał wtedy, oczywiście, brak piwa, bez którego wszak Czech żyć nie może.

To nie koniec piwnych akcentów. Po południu zwiedzam słynny Budziejowicki Budvar. Mieści się on w przemysłowej części miasta, 10 minut jazdy samochodem ze starówki. Browar powstał dopiero w 1895 r., nie cechuje go więc zabytkowa zabudowa, ale kontynuuje on ponad 700-letnie tradycje warzelnicze. W ciągu godzinnej wycieczki przyglądamy się całemu procesowi powstawania piwa, od przygotowania brzeczki po taśmy produkcyjne, z których wyjeżdżają butelki pełne złocistego napoju. Jeden z Czechów, widząc, jak z zapałem fotografuję, nabiera podejrzeń, czy aby nie chcę otworzyć własnego browaru. Gdy w chłodnych piwnicach degustujemy świeże, niepasteryzowane jeszcze piwo, dostrzegam na ścianach stare plakaty z piwnymi fraszkami: Pijme pivo dokud žijem, po smrli se nenapijem!

Popołudnie spędzamy w najbliższej okolicy Czeskich Budziejowic – w odległym o 8 km kilkutysięcznym miasteczku Hluboká nad Vltavou. Rozlokowało się ono na stoku góry. Na jej szczycie wznosi się otoczony parkiem zamek przypominający wyglądem królewską rezydencję w Windsorze. Jego ostatnimi właścicielami byli posiadający ogromne majątki w Czechach Schwarzenbergowie. Żona jednego z nich była zafascynowana angielską kulturą, i to na jej prośbę przebudowano istniejącą tu od XIII w. warownię.

Ogromną bramę wjazdową zdobi klamka w kształcie kruka dziobiącego głowę Maura – symbol rodu Schwarzenbergów. Przez świetnie zachowaną rezydencję ze 140 pokojami wiodą trzy różne trasy wycieczkowe. Wybieram najpopularniejsze komnaty paradne i podziwiam przepych, z jakim je urządzono. Moją uwagę zwracają piękne kryształowe żyrandole ważące po 100 kilogramów i niewielki z pozoru stół, przy którym po rozłożeniu mogło zasiąść 72 gości.

Rankiem drogą na Křemže jedziemy do Holašovic. Okolica jest naprawdę urocza: pola, łąki i pagórki, a pomiędzy nimi przycupnęły wioski i miasteczka. Co chwilę wyprzedzamy grupy rowerzystów, tak jakbyśmy mijali jakiś kolarski maraton. Całe Czechy, a szczególnie ich południowe regiony, pokrywa gęsta sieć tras rowerowych.

Za tabliczką z napisem „Holašovice” ukazuje się zastygła w czasie wioska. Wygląda jak porzucona wśród pól dekoracja. Pięknie odmalowane domeczki, przystrzyżone trawniki, kwiaty w oknach. Po prostu słodki wiejski barok.

Do II wojny światowej mieszkali tu potomkowie osadników przybyłych na początku XVI w. z terenów dzisiejszych Niemiec i Austrii. Kilkanaście niewielkich domostw powstało między 1840 a 1880 r. Na środku wioski są niewielki staw, kaplica i zabytkowa waga pozwalająca ważyć wozy z towarem. Pomiędzy tym wszystkim znajdują się dwa sklepy z napisem Kolonial. Są najlepszym dowodem na to, że gospodarzom żyło się tu wygodnie i dostatnio.

Siedzimy na środku opustoszałej osady z nadzieją, że pojawi się jakiś fotograficzny sztafaż. Z opresji ratują nas rowerzyści. Chyba za ich przyczyną otwiera się brama zagrody wcześniej zamkniętej na głucho. W odmalowanej stajni możemy obejrzeć miniskansen z używanymi przez tutejszych rolników narzędziami. Pogoda płata nam figla – zaczyna mżyć, postanawiamy więc schronić się w miejscowej gospodzie. Właściciel i kelner w jednej osobie, wyglądający jak bajkowy Rumcajs, serwuje nam serowe knedliki z brzoskwiniami i masą makową, oblane masłem. Rozpływają się w ustach, a my cieszymy się, że zaczęło padać.


Ceský KrumloV odwiedziłem kilka lat temu. Miasto zachwyciło mnie wówczas tak bardzo, że dalsza podróż przez Czechy była właściwie pozbawiona smaku. Wszystkie mijane miejscowości wydawały mi się niewystarczająco ładne, przytulne i kolorowe, żadna nie mogła się równać z Krumlovem. Dlatego teraz zostawiliśmy go na deser.

Każdego roku przyjeżdża tu ponad milion turystów ze wszystkich stron świata, choć najwięcej jest Niemców, Austriaków, Japończyków i Rosjan. Český Krumlov to drugie po Pradze najczęściej odwiedzane miejsce w Czechach.

Postanawiamy pochodzić trochę po mieście, a krumlowski zamek zwiedzić następnego dnia – oczywiście jeśli się uda kupić bilety, bo w sezonie często są wyprzedawane z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Wchodzimy na starówkę Bramą Budziejowicką, jedyną zachowaną bramą miejską. Jeżeli za centrum uznamy główny rynek, Naměstí Svornosti, to dostaniemy się tam, idąc przed siebie. Chciałoby się powiedzieć – prosto, ale w Krumlovie nic takie nie jest, nawet nazwa miasta, pochodząca od staroniemieckiego Krumme Aue, oznaczająca „krzywą łąkę”.

Przez Latran – kiedyś osadę wybudowaną bezpośrednio pod zamkiem, w której mieszkała służba – zmierzamy w kierunku Lazebnickiego Mostu. Mniej więcej w połowie drogi, za Czerwoną Bramą, ukazuje się nam wejście na pierwszy z pięciu dziedzińców zamku i jego kolorowa wieża. W sąsiedztwie zamkowych schodów rozchodzi się zniewalający zapach świeżo pieczonego trdelnika. Zaglądamy do sklepiku, by zobaczyć, jak powstają te grube, puste w środku drożdżowe rurki z cynamonem, orzechami i migdałami. Ciasto nawija się na specjalne wałki i opieka nad ogniem.

Przed nami wyrasta zakończona kopulastym hełmem wieża dawnego kościoła św. Joszta z XIV w. Dawnego, bo pod koniec XVIII stulecia został on zsekularyzowany i sprzedany, ale rajcy miejscy zabronili nowemu właścicielowi burzyć zdobiącą miasto kościelną wieżę.

I oto doszliśmy do wijącej się u stóp zamku Wełtawy, której brzegi spina drewniany Lazebnicki Most. Swą nazwę zawdzięcza mieszczącej się kiedyś obok miejskiej łaźni. Dziś w dawnym domu cyrulika znajduje się restauracja Lazebna.

Wieczorem spacerujemy po subtelnie oświetlonych brukowanych uliczkach, chłonąc atmosferę miasta. Przed północą, gdy zmęczeni zamierzamy już opuścić starówkę, nieoczekiwanie wyłaniają się przed nami sylwetki osób idących z pochodniami. To grupa rosyjskich turystów z przewodniczkami przebranymi w stroje z epoki zmierza w kierunku domu, w którym mieszkała kobieta posądzana o czary.

Rankiem udaje nam się kupić bilety na dwie trasy turystyczne i do zameckego divadla, czyli teatru. Pierwsza trasa wiedzie przez najstarsze renesansowe komnaty zamku. Mamy okazję uporządkować informacje o wszystkich kolejnych jego właścicielach: od staroczeskiego rodu Vitkowców, przez Rožmberków, Eggenbergów i Schwarzenbergów. Oglądamy barokową kaplicę, salę balową i słynną złotą karetę, którą w 1638 r. książę eggenberski Jan Antonin udał się z misją dyplomatyczną do papieża Urbana VIII.


Druga trasa daje wyobrażenie o wyposażeniu wnętrz, w jakich żyli ostatni właściciele zamku. Zwiedzając poszczególne komnaty, poznajemy też ich pasje i zainteresowania. Wspaniała kolekcja kilimów nie była kaprysem – pełniły one głównie funkcje... ocieplające. Osłaniały chłodne, wzniesione z bloków granitu mury zamczyska.

Największą atrakcją krumlowskiego zamku jest bez wątpienia zamecke divadlo mieszczące się na piątym dziedzińcu. Pochodzi z 1682 r. i jest jednym z dwóch barokowych teatrów na świecie posiadających oryginalne wyposażenie z epoki. Kiedy do niego wchodzimy, otaczają nas kompletne ciemności, dopiero po chwili w migocącym świetle specjalnych lampek wyłaniają się trójwymiarowe dekoracje sceny. Przewodniczka uruchamia ukrytą w zagłębieniu orkiestry maszynerię, która imituje szum deszczu, wycie wiatru, stukot kół dorożki, i nieoczekiwanie daje nam krótki popis wspaniałego śpiewu operowego – zapewne abyśmy mogli lepiej poczuć nastrój przedstawienia.

Dalsza część dnia należy do Egona Schielego. Zmierzamy na ulicę Široką, gdzie w pomieszczeniach starego miejskiego browaru urządzono muzeum poświęcone pamięci tego wiedeńskiego ekspresjonisty. Schiele, podobnie jak większość krążących po ulicach turystów, uległ czarowi tego miasta. Mieszkał tu jednak zaledwie rok. Oprócz pejzaży przedstawiających Česki Krumlov malował też półnagie kobiece akty, nierzadko w miejscach publicznych, za co zgorszeni mieszczanie wypędzili go z miasta.

Już w drodze powrotnej do domu, na wysokości Taboru, odbijamy na wschód, by zobaczyć jeszcze renesansowy Telč. Miasto ma wszystkie atrybuty atrakcji turystycznej: dwie wieże, z których można podziwiać okolicę, dwa ciągi ślicznych, głównie jednopiętrowych kamieniczek z podcieniami, dwie fontanny, ozdobną kolumnę ku czci Marii Panny, park i stawy. Tak zachwycającą renesansową zabudowę „zawdzięcza” pożarowi, który w 1530 r. doszczętnie zniszczył drewniane budynki. Mieszczanie wznieśli wtedy swoje domostwa zgodnie z kanonami renesansowej mody, i odtąd prawie nic się w miasteczku nie zmieniło.

Zjawiamy się na rynku chyba zbyt wcześnie jak na turystów, bo długi kamienny deptak świeci jeszcze pustkami. Poranne słońce powoli wydobywa z cienia południowo-zachodni rząd kamieniczek. Środkiem placu biegną w stronę zamku czarne wiewiórki. Nic dziwnego, starówkę z dwóch stron otaczają rozległe parki. Tym razem nie zamierzam zwiedzać zamku, spacer po jego wewnętrznych dziedzińcach i spojrzenie do wnętrza kaplicy Wszystkich Świętych zupełnie mi wystarcza. Nie mogę sobie jednak odmówić przyjemności wejścia na wieżę kościoła św. Jakuba i wypicia w podcieniach rynku mrożonej kawy. Pora wracać.
 

Tekst i zdjęcia: Jacenty Dędek