Gdy byłam dzieckiem, wyobrażałam sobie, że na drzewie chlebowym rosną bułki albo bochenki, zaś na kiełbasianym – oczywiście kiełbaski. Podczas podróży po świecie miałam okazję spróbować owoców chlebowca oraz dzikich afrykańskich parówek i muszę przyznać, że prawda o tych drzewach jest bardziej zaskakująca niż towarzyszące im legendy.

Kiełbaski! – westchnął mój kierowca David, zatrzymując samochód. Sokoli wzrok i wiele lat doświadczenia pozwalają mu wypatrzyć podczas safari dzikie zwierzęta ukrywające się w żółtej trawie albo gęstwinie drzew. Wtedy rzuca jedno z wielu elektryzujących haseł, takich jak: „bawół”, „hiena” albo „lew”. Pasażerowie zaś chwytają za kamery bądź aparaty fotograficzne i zaczynają się gorączkowo rozglądać, przypominając stado podekscytowanych surykatek.
Kiedy więc David zatrzymał auto i powiedział: „Kiełbaski”, odruchowo zerwałam się z siedzenia z aparatem gotowym do strzału. I od razu usiadłam z powrotem, pukając się w czoło. Co jak co, ale dzikie kiełbaski raczej nie żyją na afrykańskiej sawannie! Wyobraziłam sobie bezwłose zwierzęta przypominające ogromne parówki, które przebierając nóżkami, chowają się wśród liści jak nieśmiałe jednorożce.
– Patrz, kiełbaski, tam, na drzewie! – wskazał David.
Przetarłam oczy. W pobliżu wielkiej skały rosło niezwykłe drzewo. Dość wysokie, o chropowatej korze i całe obwieszone co najmniej półmetrowymi parówkami. Wyglądało niczym wystawa gigantycznego sklepu z wędlinami. David spoglądał na drzewo z wyraźnym apetytem.
– Sausages – westchnął tęsknie. – Drzewo kiełbasiane.
Dzikie kiełbaski są ulubionym daniem hipopotamów, słoni, pawianów i żyraf. Te ostatnie najchętniej żują młode owoce niczym my gumę. Ich miąższ jest gąbczasty i mdły, więc nie nadaje się do spożycia na surowo przez ludzi, ale Masajowie przyrządzają z nich pyszne piwo. Wystarczy dodać miąższ do soku z trzciny cukrowej wymieszanej z miodem i poczekać, aż całość sfermentuje. Takie piwo podaje się w kieliszkach zrobionych z łodygi bambusa, a pije najczęściej przez cienką trzcinową rurkę. Drzewo kiełbasiane jest też afrykańską apteką. Robi się z niego lekarstwa na wiele chorób – od zwykłego bólu głowy i wysypki, po cukrzycę, zapalenie płuc, malarię, a nawet trąd i raka. Kobiety z Tonga dbają o cerę, regularnie stosując maseczki z parówkowych owoców. Tajemnicze są też wielkie czerwone kwiaty tego drzewa, które zakwitają wyłącznie nocą i są zapylane przez nietoperze – podobnie jak kwiaty baobabów.



Drzewo chlebowe  
Sadzonki drzewa chlebowego „przewędrowały” przez Ocean Spokojny dwieście lat temu. Wówczas postanowiono przewieźć pewną ich liczbę z Tahiti do Ameryki Południowej. Miały stać się tanim pożywieniem dla głodujących niewolników. Misji podjął się pewien Anglik – znany z żelaz-nej ręki kapitan William Bligh. Okręt, na którym w grudniu 1787 r. wyruszył w stronę Tahiti, nazywał się Bounty, czyli „Hojny dar”. Chyba każdy zna tę wielkokrotnie sfilmowaną historię i wie, co wydarzyło się później. Niezadowolona z poczynań dowódcy załoga podniosła bunt. Kapitan Bligh wraz z wiernymi oficerami i częścią marynarzy zostali wsadzeni do szalupy i spuszczeni na wody oceanu, buntownicy zaś popłynęli na bezludną wyspę, gdzie założyli osadę, w której do dziś żyją ich potomkowie. Tymczasem kapitan cały miesiąc dryfował w otwartej łodzi, aż szczęśliwie wylądował na wyspie Timor w Archipelagu Malajskim. Sadzonki chlebowca trafiły do Ameryki Południowej dopiero podczas następnej wyprawy, którą Bligh zorganizował kilka lat później. Moje pierwsze spotkanie z drzewem chlebowym nastąpiło w małej wiosce zamieszkanej przez potomków niewolników zbiegłych z plantacji w Surinamie. Wśród chat rosło potężne drzewo o wielkich, rozcapierzonych liściach, między którymi wisiały zielone kule pokryte drobnymi kolcami. Jeden z tubylców spytał, czy chciałabym zjeść na kolację owoce chlebowca. W milczeniu podniosłam palec, a on skinął głową. Oto spełniło się moje marzenie z dzieciństwa! Niespodziewanie stanęłam pod drzewem chlebowym, nawet o tym nie wiedząc! Tubylec jednak wcale nie interesował się rosnącymi na nim owocami. Zaczął macać przejrzałe, rozbite i nadgniłe sztuki leżące na ziemi. Obserwowałam go z rosnącym niepokojem. Ku mojemu zaskoczeniu wybrał jeden ze zgniłków i powiedział, że idzie go przygotować. Usiadł niedaleko ogniska i ręką wgniótł go w ziemię, a potem lekko przyklepał nogą. Z owocu została bura masa. W Polsce nie wolno zrzucić na podłogę okrucha chleba, a tutaj najpierw należy wymieszać go z ziemią i brudem, żeby móc go zjeść. „Mój kucharz” z rozdeptanej masy ziemno-chlebowo-owocowej wyskubał kilkanaście dość dużych, brązowych nasion podobnych do kasztanów. Obrał je z białych miękkich otoczek i wrzucił do garnka z gotującą się wodą. Po półgodzinie kolacja była gotowa.
Jadalna część chlebowca to m.in. gorące jak ogień nasiona, z których trzeba zdjąć ciemną skorupkę, żeby dotrzeć do delikatnego miąższu o smaku przypominającym ugotowanego ziemniaka. Smaczny, ale nie chlebowy. Nazwa tych owoców powinna zostać zmieniona na „orzechy ziemniaczane”, co bardziej odpowiadałoby prawdzie. Nie tak w dzieciństwie wyobrażałam sobie te drzewa.
Apteczne Drzewo neem
Hinduska w niebieskiej sukni położyła palec na ustach i gestem poleciła, bym podążyła za nią. Znajdowałyśmy się w ogrodzie, gdzie pielęgnowano rzadkie i cenne gatunki drzew. Po kilkunastu minutach moja przewodniczka zatrzymała się przy niepozornym pniu.
– Oto drzewo neem – powiedziała z namaszczeniem. – Ono uratuje świat.
Wyglądało skromnie jak na ogrom swoich zalet i magicznych właściwości. Z braku wyjątkowych przymiotów zewnętrznych długo było znane tylko wybranym narodom, głównie Hindusom. Tam gałązki neem umieszcza się blisko drzwi, by odstraszały od domu złe duchy, dym z tego drewna służy jako oczyszczające kadzidło, noworodki witają świat, leżąc na jego liściach, a panny młode przed ślubem biorą uroczystą kąpiel w wodzie z dodatkiem nektaru z tego drzewa. Świat dowiedział się o nim podczas wielkiej plagi szarańczy, która w 1920 r. spustoszyła olbrzymie obszary Afryki. Kiedy owady odleciały, pozostały tylko kikuty roślin wszystkich gatunków z wyjątkiem jednego. Z niewyjaśnionego powodu szarańcza omijała drzewa Azadirachta indica (miodla indyjska) zwane neem. Legenda mówi, że bardzo dawno temu na gałęzie drzewa neem upadło kilka kropli boskiego nektaru, nadając mu nadzwyczajne właściwości. W starożytnej encyklopedii z 6 roku n.e., napisanej przez najsłynniejszego uczonego południowej Azji – Varahamirę – znalazło się zalecenie, aby drzewo neem sadzić w pobliżu ludzkich siedzib, co miało umożliwić odnalezienie drogi do raju. UZDRAWIAJĄCE NEEM
Leki przygotowuje się ze wszystkich części tego drzewa – liści, gałązek, kory i kwiatów. Leczą one: opuchliznę, wrzody, trąd i inne choroby skóry, pomagają w zapaleniu stawów, cukrzycy, kłopotach żołądkowych, służą do obniżania gorączki i jako środek antykoncepcyjny. W Indiach, Bangladeszu i Pakistanie dentyści zalecają żucie gałązek drzewa neem zamiast szczotkowania zębów.