Za górami, za lasami, między 16 jeziorami i 90 wodospadami połączonymi 18 kilometrami kładek jest bajkowa kraina. Wiem, matematyka nie pasuje do tego opisu, ale jest niezbędna do zrozumienia fenomenu Jezior Plitwickich.

Idziemy od jeziora Gradinsko do Proščansko – decyduje mój mąż. Jak rasowy przewodnik sprawdził, że podchodząc tą trasą w górę, będziemy mogli doskonale obejrzeć wszystkie kaskady. I już przy pierwszym jeziorze robimy dłuższy postój. Tutaj każdy wędkarz dostaje palpitacji serca: przy brzegu aż kotłuje się od ryb! Wkładamy do wody aparat (nurkować tu ani pływać nie wolno), woda jest tak przejrzysta, że na zdjęciu pstrągi zdają się unosić w powietrzu. Trasę zaplanowaną na pięć godzin przeszliśmy w siedem i nie możemy tego zwalić na małe nóżki dzieci. Miejscem, w którym co chwila można rzucać misie-patysie, moczyć wędki z gałązek i brać prysznic w wodospadzie, nasze pociechy były po prostu zachwycone. Powód naszego opóźnienia był inny: tu po prostu jest zbyt pięknie, by się spieszyć!

Chorwackie Jeziora Plitiwickie to fenomen natury i przykład swoistego recyklingu przyrody. Rzeka Korana miała wystarczająco dużo czasu, by żłobić w miękkiej dolomitowej skale. W tworzeniu niezwykłego krajobrazu zyskała osobliwych sojuszników. Wszędobylskie mchy i glony pochłaniają wapń z wody, przekształcając go w muł wapienny. Na brzegach jezior osadza się trawertyn, gdzie z czasem twardnieje, podnosząc poziom wody. Z kolei woda, szukając ujścia, tworzy kolejne wodospady. Jeśli dodać do tego niespotykane kolory jezior (od turkusu po szafir i szmaragd), uzyskamy scenografię niczym ze średniowiecznej baśni o rusałkach i zaginionych krainach.

Na terenie parku występuje ok. 1100 gatunków roślin. Wiele z nich to endemity.

(Fot. Kelly Cheng/Getty Images/FPM)  Niewiele zresztą brakowało, by kraina ta zaginęła naprawdę. Jej unikalność sprawiła, że podczas rozpadu Jugosławii w 1991 r. sprzeciwiający się niepodległości Chorwacji Serbowie zaminowali jeziora, grożąc ich wysadzeniem. Słusznie przypuszczali, że tak spektakularna akcja przyciągnie uwagę całego świata. Szczęśliwie na słowach się skończyło. Dziś ściągają tu tłumy.

Zdjęcie w przewodniku wygląda niesamowicie: kaskady wody spływające niczym białe warkocze między zielono-błękitnymi oczkami wody. Mój Boże, żeby tak mieć helikopter i móc zobaczyć to na własne oczy... – Nie trzeba helikoptera! – śmieje się ze mnie pracownik informacji, któremu pokazuję fotografię.

– Wystarczy pójść trasą obok Wielkiego Wodospadu, minąć młyn i wejść na punkt widokowy. Chciałabym napisać, że mknę tam jak na skrzydłach, ale między nami a tym punktem ciągnie się szeroki kanion rzeki Korany. Trzeba zatem najpierw zejść na jego dno. Nagrodą są spektakularne widoki w dół. Po wyglądających niczym ułożone z zapałek kładkach wędrują tycie kolorowe plamki ludzików. Na dole – bajka! Veliki Slap spada kaskadą z wysokości 70 m, drobiny kropli tańczą w orzeźwiającej mgiełce. Gdy już nacieszyliśmy się widokiem od dołu, pora zmienić perspektywę. Szlakiem obok wodospadu mozolnie zdobywamy kolejne metry, wreszcie docieramy na punkt widokowy i... rozczarowanie! Widok prawie taki jak w folderze, ale „prawie” robi wielką różnicę. Powód? Jesteśmy tu w lipcu, nie padało od trzech miesięcy. Co innego w maju: wtedy włosy rusałek spływają szerokimi pasmami, migocząc na kamieniach. Ale i tak nie narzekam: pod stopami mam panoramę szmaragdowych toni kolejnych jezior. Pora wyruszyć na ich spotkanie. Można je oglądać, wędrując kładkami nad brzegami, albo wybrać szlak oferujący widoki niemal z lotu ptaka. Byleby mieć miejsce na karcie w aparacie, bo trudno się powstrzymać przed robieniem kolejnych i kolejnych zdjęć! Nic dziwnego, że urodę Plitwic docenili też filmowcy – aż połowę scen w słynnym filmie Winnetou nakręcono właśnie w tych okolicach!