Dominikana wciąga przybysza i zatrzymuje go, dzieląc się żywiołowym duchem przychylnych mieszkańców, smakiem dojrzałego mango i aromatem diabelsko mocnej, słodkiej kawy. Niewiele wysiłku trzeba, aby objechać tę egzotyczną ziemię i zakochać się w niej na zabój.

SANTO DOMINGO. Lotnisko Las Américas. Czwarta rano. Ląduje Condor z Frankfurtu. Uderzenie dusznego, wilgotnego powietrza i mamrotanie zaspanych celników w baseballowych czapkach. Paszport bogatszy o pieczątkę, a w kieszeni 10 dolarów mniej z powodu opłaty klimatycznej. Łapiemy nasze pierwsze carro público na głównej arterii miasta – Av. 27 de Febrero. Kierowca za 24 pesos podwozi nas do autobusowego Terminala Caribe Tour (to największy przewoźnik w Dominikanie). Kupujemy bilety do miejscowości Sánchez na Półwyspie Samaná. W autobusie dopada nas koszmar klimatyzacji. Okazuje się, że i w tropiku polar może się przydać. Podróż trwa około 5 godzin z przystankiem w San Francisco de Macoris, gdzie witamy się z dominikańską kuchnią. Energiczny muchacho zachwala empanadas, czyli pierogi z kukurydzianej mąki z kurczakiem i świeży sok z marakuji. W końcu lądujemy w Sánchez. Ta niepozorna mieścina, pełna rozpadających się wiktoriańskich domów – spadku po anglosaksońskich osadnikach, kundli i czarnych świń snujących się po ulicach jest niedocenianą bazą wypadową w północno-wschodniej Dominikanie. Nazwa tego miejsca, jak i całej prowincji wywodzi się od Marii Trinidad Sánchez, bohaterki walk niepodległościowych, straconej później przez pluton egzekucyjny. Dziś port noszący jej nazwisko nie oddycha już wielką historią, a raczej codziennością, która toczy się w rybackich dokach. Sánchez jest ważnym centrum połowów. Tutejsi rybacy zaopatrują republikę w krewetki, kraby i inne owoce morza.  Nocleg zaplanowaliśmy jednak w Las Terrenas po drugiej stronie półwyspu Samaná. Jak się tam dostać? Chłopcy na charczących motorkach już o to zadbają. Stosując osobliwą kombinację transportową – motoconcho (trzy osoby na „małej Jawce”) plus paka terenowej toyoty (minimum pół średniej wielkości wioski), osiągamy cel pierwszego dnia wyprawy. Krętą, karkołomną drogą forsujemy ostre wzniesienie, które zapewnia nam sporą dawkę adrenaliny. Wrażenia potęguje sycąca oczy zieleń palmowych gajów (podobno jest tutaj 60 odmian palm) i spektakularny widok lazurowego Atlantyku z wysokości. Pod wieczór docieramy do mocno zeuropeizowanego Las Terrenas. Zatrzymujemy się w Hotelu Rincón de Abi. Zmęczenie pozwala nam jedynie na dwa koktajle daiquiri w głośnym barze przy głównym deptaku. Tym nierozerwalnym karaibskim mariażem rumu i soku ze świeżej limetki kończyliśmy niejeden dzień w republice. Las Terrenas to dobre knajpy, dyskoteki oraz kluby, delikatesy z dosyć swojskim towarem z Włoch, Niemiec i Francji, czysty piasek blisko trzydziestu plaż i plażyczek. W uliczkach panują wszechobecne merengue i bachata – narodowy taniec Dominikany podobny do szybkiego merengue, ale o spokojniejszym rytmie, oraz reggaeton, przetykane popowymi i rockowymi hitami.


Następnego dnia znów siedzimy na pace terenówki. Mijając lotnisko dla awionetek w El Portillo oraz słynącą z wodnej kaskady wioskę o dźwięcznej nazwie El Limón, lądujemy na przystani w zatoce Samaná. Podobno Krzysztof Kolumb, próbując dotrzeć do Indii, nazwał to miejsce „Zatoką strzał”. Nowy Świat powitał Stary w niewyszukany sposób: rdzenni mieszkańcy skutecznie zniechęci intruzów do podboju, obsypując ich gradem strzał zasłaniających niebo. Kolumb spróbował od innej strony wyspy i, jak pokazała historia, tym razem dopiął swego. Teraz z początkiem każdego roku do ciepłych wód zatoki wpływają wieloryby humbaki w pokojowych zamiarach rozmnożenia się. Ich gody często i natrętnie podglądają grupy turystów. Na parkingu przy miejscowym bazarze łapiemy kolejny transport w kierunku malowniczej i wciąż gdzieniegdzie dziewiczej wioski Las Galeras. W drodze przypadkiem stajemy się wspólnikami lokalnego „naftowego barona”, rozwożąc paliwo w butelkach po piwie Presidente. Nasz „baron” to de facto kierowca, który przewozi pasażerów i jednocześnie dorabia sobie w biznesie paliwowym. Nie wszędzie w Dominikanie dystrybucja benzyny odbywa się tak niekowencjonalnie. Rozwiązanie to wymusza brak stacji na tym odcinku. Szosa w Las Galeras kończy się tam, gdzie zaczyna się raj... Chropowaty, czarny asfalt ustępuje piaszczystej bieli, na którą łagodny cień rzucają rozłożyste, kokosowe palmy. W tej wiosce jeszcze kilka lat temu nie zanosiło się na turystyczny boom. Dzisiaj to już rzeczywistość, choć tutejsze prawo wyraźnie nakazuje stawianie budowli nie wyższych niż najbliższa palma, co w domyśle ma nie zakłócać harmonii z naturą. Nam pozostaje jedynie cieszyć się z tego faktu i zakosztować kąpieli w błękicie wiecznie ciepłej zatoki – Bahia de Rincón, która oblewa Las Galeras. Czasem człowiek odnosi tutaj wrażenie, że znalazł się na krańcu świata. Kto wie, czy tak nie jest? Iguany w Dominikanie żerują tam, gdzie ich i środowisko, albo tam, gdzie właściciele prywatnych zoo urządzają wystawę. Te zjawiskowe stworzenia widzieliśmy w klatkach od Puerto Plata po Las Galeras, a powinniśmy je spotkać z dala od tych miejsc. Co najmniej 300 kilometrów na południowy zachód – nad jeziorem Enriquillo, czterokrotnie bardziej zasolonym niż sam Atlantyk. Chcemy tam dotrzeć. Firma transportowa Caribe To-ur oferuje dogodne połączenia na zachód kraju. Wyjeżdżając o godz. 6.30 z Santo Domingo, trzy godziny później pałaszujemy już zielone, smażone banany, popijając je café dominicano w BARAHONA. Tutejszy targ jest dobrym miejscem, gdzie można załatwić przejazd tak zwaną guaguą (lokalnym busem na 12 osób, w którym zazwyczaj podróżuje 30, nie licząc żywego inwentarza). W ten sposób można dojechać niemal bezpośrednio pod samą haitańską granicę w Jimani. Spętane kozy i kilogramy czarnej fasoli w jutowych workach bezwzględnie pozbawiają nas „miejscówek”. Wybieramy więc inny środek lokomocji. Trzy kilometry przed miejscowością La Descubierta – co znaczy„odkryta” – kierowca zwalnia.
– Czasem zdarza się, że przechodzą w poprzek drogi – rzuca podekscytowany. Emocje biorą górę. Intensywnie wypatrujemy gadów. Bezskutecznie. Widać nie mają ochoty na cyrkowe występy. Pewnie kpią z nas, sjestując w cieniu. Siedzimy już dłuższą chwilę na rozgrzanym poboczu i żywego ducha nie widać. Otaczająca przyroda też jakaś dziwna. Suchy busz najeżony gigantycznymi kaktusami. Meksyk, jak się patrzy. Na kawałku zielonej deski przybitej niedbale do uschniętego sukulenta dostrzegamy wyraźny, odręcznie wymalowany nakaz – Protege las iguanas! Skoro mamy je chronić, to oznacza jedno – muszą się gdzieś tutaj kręcić! Postanawiamy wejść w gęste i duszne zarośla. I oto nagle je widzimy: nie jedną, dwie, ale dziesiątki! Dostojne, miniaturowe smoki – człapiące leniwie, choć czujnie (mogą urosnąć nawet do 2 metrów długości). Ich ciała pokrywa szara, matowa łuska, a na końcu pyska widnieje charakterystyczna narośl, której zawdzięczają swoją nazwę. Mają przenikliwe, dość inteligentne spojrzenie, a zaniepokojone gwałtownie potrząsają głową. Stajemy oko w oko... Wyraźnie widać, kto tu jest gospodarzem.

No to w drogę

Drugie po Kubie, największe państwo na Morzu Karaibskim, zajmuje dwie trzecie wyspy Haiti (dawniej Hispaniola). Powierzchnia 48 730 km2. 9 mln mieszkańców. Stolica Santo Domingo. Dominikana znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego. Najlepiej wybrać się do niej w porze suchej – od stycznia do kwietnia. Największe opady – w maju i czerwcu. Niewielkie roczne zmiany temperatury. Zaleca się szczepienia przeciw żółtej febrze, tężcowi, dyfterytowi, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B, zapaleniu opon mózgowych typu A i C. Występują zagrożenia malarią i chorobami układu pokarmowego, oraz wścieklizną. Lekarze oraz szpitale żądają opłaty przed udzieleniem porady lub pomocy. Z powodu bardzo wysokich cen lekarstw lepiej wziąć własne. Brak obowiązku wizowego, trzeba jednak okazać bilet powrotny oraz wystarczające środki finansowe na deklarowany czas pobytu. Przy wjeździe należy wykupić na granicy kartę turystyczną (ok. 40 zł), która umożliwia pobyt na Dominikanie do 90 dni. Najtaniej liniami Martinair przez Amsterdam do Puerto Plata lub Punta Cana, ok. 3 100 zł. Można także wybrać Air France lub czarter z Niemiec – Condor LTU.
Gęsta i sprawnie działająca sieć autobusowa. Transport w mieście: autobusy 30 gr, tzw. carros publicos – od 75 gr. Transport np. Caribe Tour: maksymalnie 20 zł. Motor zwany motoconcho – zawsze do negocjacji. Taksówka z lotniska w Santo Domingo do centrum – około 75 zł. Ograniczenie prędkości w miastach do 40 km/godz., poza nimi – do 80 km/godz. Maison Gautreaux, Félix Mariano Lluberes No 8 Gazcue, Santo Domingo, łóżko od 50 zł. maisongautreaux.net Hotel Freeman, Isabel la catolica 155, Santo Domingo, Santo Domingo, łóżko od 52 zł. Barcelo Gran Hotel Lina*****, w centrum Santo Domingo, pokój od 270 zł. www.barcelo.com Melia Caribe Tropical Hotel*****, Playa de Bávaro Higuey Alta Gracia, Punta Cana, 300 zł za apartament. Imponująca mieszanka kuchni europejskiej, afrykańskiej i smaków Indian Taino. Warto spróbować chenchén – typowej potrawy południa (kawałki kukurydzy rozgotowanej w ziołowej marynacie, serwowanej do mięsa z koziny), oraz casabe, placka pieczonego z mąki manioku. Inne egzotyczne smaki: moro – ryż z fasolą, platanos maduros en cazuela – dojrzałe, gotowane banany z cukrem i cynamonem, sancocho de 7 carnes – zupa z 7 rodzajów mięs, catibia – smażone pierożki maniokowe. To punkt przerzutowy ecstasy z Holandii i Belgii do USA i Kanady. Osoby posiadające narkotyki narażone są na kary od 2 do 5 lat więzienia oraz wysokie grzywny. 24 lipca – Festiwal Merengue w Santo Domingo, narodowej muzyki i tańca Dominikany. Warto sięgnąć po miejscowe cygara – są dobrej jakości, podobno nie ustępują kubańskim (najlepiej kupować je w fabryce). Dominikana słynie z rumu: biały rum o mocy 75 proc., sprzedawany jest w butelkach 0,75 l i litrowych. Takie same jak na Haiti. Im dalej od granicy, tym może być drożej – o ok. 20 proc. www.godominicanrepublic.com www.dominicana.pl