Tajlandii sporo wybaczam. Naciągaczy, ladyboysów oraz Bangkok. Nawet to, że pogryzły mnie w tym Bangkoku pluskwy.

Mimo tego, że Tajlandia uległa totalnej tajlandyzacji (to znaczy zamieniła się w turystyczne monstrum), ma wciąż wiele uroku, któremu ja nie jestem się w stanie oprzeć. I żeby było jasne: jeżdżę tam z żoną.

Zazwyczaj, kiedy przylatuję do Bangkoku, trwają tam antyrządowe zamieszki. A jednak nigdy ich nie widziałem. Może dlatego, że to wielkie miasto, a może dlatego, że jedyne na świecie, w którym się gubię, więc demonstranci też się pewnie gubią. I jakoś nie możemy na siebie wpaść.

W każdym razie męski honor nigdy nie pozwala mi zapytać o drogę (to taka idiotyczna przypadłość samców), więc próbuję ten cholerny Bangkok rozgryźć samodzielnie, ale kiedy w końcu żona błaga, żebyśmy wsiedli do taksówki, ulegam. Kręcenie się w kółko przez sześć godzin to dość dobry argument za taksówką.

W efekcie nie znoszę Bangkoku. Trochę przyczyniły się też do tego pluskwy, które oblazły mnie w hotelowym łóżku pierwszej nocy po przyjeździe do tego miasta. Zerwałem się z wrzaskiem, obudziłem nieszczęsną małżonkę, której oczywiście nic nie oblazło, i kazałem się jej pakować.

Na recepcji urządziłem awanturę,  oczywiście wypadło mi z głowy, że Tajowie uznają krzyki za przejaw słabości. Ale na swoją obronę mam to, że byłem zajęty drapaniem i wyłapywaniem pluskiew. O czwartej w nocy przeprowadziliśmy się zatem do innego hotelu (to była dość głupia scena), który podobał mi się znacznie bardziej – nie było w nim bowiem robactwa, tylko sympatycznie popiskujące szczury.

Natomiast jeszcze pół roku później trwałem w obsesji, że przywlokłem z Tajlandii pluskwy, które zadomowiły się w naszej sypialni. Wystarczyło, żeby mnie coś zaswędziało, a gazowałem całe mieszkanie chlorem i musieliśmy spać w maskach przeciwgazowych. W końcu rodzina wysłała mnie na terapię – szkoda, że już po tym, jak jeden z naszych kotów zginął od iperytu.

W Bangkoku bezczelnie oszukują. Kiedyś chcieliśmy odwiedzić dzielnicę rozpusty Patpong (na marginesie – dość przygnębiające doznanie, choć oczywiście nie sposób co jakiś czas nie zadać sobie pytania: jak one to robią?). Dyrektor tuk-tuka, do którego się wpakowaliśmy o godzinie 23, wyjaśnił nam, że przecież w nocy na Patpongu nic się nie dzieje. – Tam trzeba jechać rano – oznajmił z kamienną twarzą. – Lepiej jedźmy do sklepu mojego kuzyna – robił z nas idiotów, nawet nie mrugając. Aha – jego kuzyn miał chyba sklep z pluskwami.

Ale nawet Bangkok nie zmienia oczywistego faktu, że Tajlandia jest cudowna. Jest tak cudowna, że można się tam zakochać w sklepach sieci Seven Eleven (i poświęcić na nie większość pobytu), podrabianych zegarkach dostępnych na każdym rogu i Mekongu – zdecydowanie najgorszej whisky na świecie.

Tajlandia nie bez powodu stała się turystycznym piekłem – wszak urządza się je zawsze w raju. I ten raj cały czas emanuje spod światełek, pozłotek i popierdółek. Są kraje, w których nawet komercyjne bestiarium nabiera specyficznego uroku. Tajlandia zdecydowanie należy do tej elitarnej grupy. Tylko trzeba unikać wszelkich miast na P (jak Pattaya albo Patong). Jest, zdaje się, jakaś zasada, że one akurat są już nieznośnie obrzydliwe.

Wszędzie indziej jest świetnie. Jest najlepsze jedzenie w Azji. Są kapitalne plaże. I wszędzie chcą cię masować. Mówiąc krótko: to najlepsza miejscówka na świecie, żeby przeczytać zimą jakąś dobrą książkę.

Tekst: Igor Zalewski