Armenia otwiera się na świat! Zobacz, czym kusi turystów.

Świątynie, liczące grubo ponad tysiąc lat, górują nawet nad małymi wsiami i na miejscowych nie robią żadnego wrażenia. W całym kraju jest ich podobno 4 tys.  Historii Ormianom mógłby  pozazdrościć każdy. Ale oni dziś chcą przede wszystkim pokazać światu, że są nowocześni.  

W kategoriach przygody Armenia to zupełnie inny rodzaj niż pozostałe krainy Kaukazu. Ale fakt faktem, że kraj wciąż jest w cieniu dużo popularniejszej Gruzji. I co tu dużo kryć, Ormian doprowadza to do szewskiej pasji.

 

Starsze niż Rzym

Tymczasem Armenia to jedna z najstarszych cywilizacji świata i kraj, który jako pierwszy przyjął chrześcijaństwo (301 r.). Erywań powstał wcześniej niż Rzym, a megalityczne obserwatorium Zorac Karer – wcześniej niż piramidy.

Dziś ze starożytnej Armenii, rozciągającej się między trzema morzami, został okruszek na mapie. Ale nie to jest najważniejsze. Jej bogactwem są ludzie. Ormiańską serdeczność można jedynie przyjąć z całym dobrodziejstwem, zamknąć oczy i skoczyć na głęboką wodę. Skok w prawdziwą toń przytrafił mi się nad jeziorem Sewan, położonym wysoko w górach, które Ormianie nazywają swoim morzem.

Klasztory i fortece na jego brzegach, które kiedyś widziały hordy Timura Chromego, dziś przyglądają się najazdowi turystów – głównie okolicznych letników. To jedyne miejsce w Armenii, gdzie naprawdę jest ich dużo. Na plażach jest hałaśliwie i nieco tandetnie, ale z klifów rozciąga się zupełnie inny widok: błękit nieba zlewa się z błękitem wody, zakłóconym jedynie bielą odległych gór.

Oglądam ten spektakl z okolicznymi mieszkańcami, siedząc przy malutkim monastyrze. Niewiele brakowało, a natura by go nie wyświetlała: Sowieci postanowili użyć wód Sewanu do nawadniania pól, podobnie jak w przypadku Jeziora Aralskiego. Na szczęście projekt umarł wraz ze Stalinem i powierzchnia akwenu zmniejszyła się „tylko” o jedną czwartą.

 

Bezgraniczna gościnność

Niedaleko znajduje się największe w kraju skupisko chaczkarów – kamiennych tablic, które Ormianie stawiali z okazji narodzin dziecka, śmierci rodziców, wygranej wojny, szczęśliwego powrotu.

Na cmentarzysku w Noratus jest ich 850. Stoją pojedynczo, dwójkami albo w większych skupiskach, przytulone do siebie i rozsuwające się na boki, niektóre strzelają w niebo, a inne zarasta trawa. Chaczkary są rozsiane po całym świecie, tak samo jak Ormianie. Jest ich ponoć 100 tys. i chociaż każdy ma taki sam motyw – krzyż opleciony winoroślą i kwiatami – wzór nie powtarza się ani razu.

Kiedy przechodzę obok nowszej części cmentarza, ktoś zachęcająco macha ręką. Przy nagrobku leżą ogromne płaty lawasza – miejscowego cieniutkiego chleba – stoją szklanki i butelka, a wokół siedzi kilkuosobowa rodzina. Spotykanie się przy grobach bliskich i wspominanie ich w ten sposób to na Wschodzie dość popularny obyczaj.

I to właśnie w domu tej rodziny, do którego zostaję zaproszona na noc, moja umiejętność przyjmowania gościnności zostaje wystawiona na ciężką próbę, bo gospodyni – wdowa – wskazuje mi miejsce w drewnianym małżeńskim łożu z rzeźbionymi zagłówkami i piramidą poduszek. Ona śpi obok. Dla domowników sprawa jest prosta jak drut: gościowi oddaje się to, co najlepsze, a lepszego miejsca do spania w tym domu nie ma.

 

Toast nie byle czym

Armenia słynie z malowniczych krajobrazów: ośnieżonych szczytów i zielonych łąk. Jakieś 90 proc. jej powierzchni leży na wysokości ponad 1 tys. m n.p.m., a w drodze na najwyższy szczyt kraju, wygasły wulkan Aragac (4090 m n.p.m.), nawet w lipcu trzeba się przebić przez śnieg po pachy. Ale na swoją najświętszą górę – Ararat, na której miała osiąść arka Noego – Ormianie mogą tylko tęsknie patrzeć, bo dzisiaj znajduje się ona tuż za granicą, na terytorium Turcji.

Z historii Noego w granicach Armenii została winorośl, którą patriarcha miał uprawiać na zboczach Araratu. Produkował z niej wino, żeby zapomnieć o dniach udręki na arce. W jednej z jaskiń w dolinie Areni archeolodzy odkryli tłocznie i kadzie sprzed 6 tys. lat.

– Cienka skórka, wielkie orzeźwienie – pracownik winiarni Areni podnosi butelkę pod lipcowe słońce. Tutejszej odmiany, uprawianej w niewielkich winnicach, nie zmienił nawet przemysł w czasach ZSRR.

Latem jak okiem sięgnąć przy drodze stoją byle jak sklecone stragany z plastikowymi butelkami pełnymi trunku w kolorze burgunda; produkuje się go w każdym domu. Jest tym bardziej głęboki, że wiele win powstaje z dodatkiem (albo z samych) owoców granatu i jagód.

Przed wiekami dolinę tę przemierzały karawany podążające jedną z odnóg Jedwabnego Szlaku. Kto pojedzie ich śladem sfatygowaną dwupasmówką wspinającą się serpentynami na przełęcz Worotan (2344 m n.p.m.), a potem odbije w lewo, trafi do krainy najpiękniejszych gór.

 

„W Karabachu jest normalnie”

Pół godziny za Goris pojawia się pierwsza tablica: „Witamy w wolnym Arcachu” (Arcach to historyczna nazwa tej krainy), a zaraz za nią następna. „Górski Karabach” napisano na niej w czterech językach, żeby nikt nie miał wątpliwości, że tu się zaczyna naprawdę. Bo Karabach jest i go nie ma.

To jeden z krajów nieuznawanych przez międzynarodową społeczność. Powstał po rozpadzie ZSRR i formalnie leży w granicach Azerbejdżanu, faktycznie jednak jest kontrolowany przez Ormian. Bo to oni od wieków tu mieszkają. Dwuletnią wojnę między tymi krajami wyciszyło zawieszenie broni, ale pokoju nigdy nie podpisano. Na linii demarkacyjnej ciągle słychać strzały i giną ludzie.
Wiele osób przyjeżdża do Karabachu zobaczyć ślady wojennych zniszczeń – swego rodzaju atrakcją jest zmiecione z powierzchni ziemi miasto Agdam, które dorobiło się miana „Hiroszimy Wschodu”.

Jednak Karabach robi wszystko, by pokazać twarz normalną i światową. Ma stare klasztory, hotele, muzeum i agencje turystyczne. Ma też rząd, ministerstwa i wybory. W eleganckim budynku ministerialnym w Stepanakercie, w którym każdy cudzoziemiec musi się zarejestrować zaraz po przyjeździe, urzędnik sprawnie wydaje mi wizę, lojalnie pytając, czy chcę ją mieć w paszporcie. Ponieważ z taką pamiątką nie można wjechać do Azerbejdżanu, celnicy czasem wydają ją na osobnej kartce.

Na ulicy zaczepia mnie właścicielka agencji turystycznej. Prosi, żeby opowiadać w Polsce, że w Karabachu jest normalnie.

Trzy dni wcześniej trafiłam na piknik nad strumieniem, u stóp zawieszonego między niebem i ziemią – na tle nierzeczywiście czerwonych klifów – klasztoru Noravank. Bawiąca się na nim na oko 30-osobowa rodzina po chwili zaprosiła mnie na biesiadę. Gdy usiadłam na brzegu, mężczyźni od razu wznieśli toast za Polaków. – Żeby was więcej przyjeżdżało do Armenii!

 

Tekst: Marzena Filipczak