Wypić kawę w Casablance – to marzenie towarzyszyło mi, odkąd obejrzałem kultowy film z Bogartem w roli głównej. Było tak silne, że po latach postanowiłem polecieć do tego miasta. Na własnych warunkach. Czteroosobową cessną.

Dla mnie  lot to całkowite oderwanie od ziemi. I nie chodzi tu o moment, gdy koła pilotowanej przeze mnie cessny odklejają się od płyty lotniska. Raczej o uczucie, którego w moim zabieganym życiu w żadnych innych okolicznościach nie potrafię doświadczyć. Kiedy świat na ziemi nagle przestaje istnieć. Kiedy zapominam o bożym świecie. Nie myślę o swojej firmie, znajomych, nawet o rodzinie. Liczy się tylko nasza dwójka: ja i samolot.

Dlatego od jakiegoś czasu już nawet nie próbuję odpoczywać, leżąc plackiem na plaży. Zbyt dobrze znam uczucie, gdy podczas takiego urlopu nagle dopada mnie męczący natłok myśli o tym, co czeka mnie po powrocie z wakacji. Do tego wszędobylskie komórka i internet. Zero odpoczynku.

W powietrzu jest inaczej, tam naprawdę wyłączam się z życia. Ogarniający każdego pilota nieunikniony stres staje się równocześnie nieprawdopodobnym relaksem.

Każda moja lotnicza wyprawa ma trzy początki. Pierwszy wtedy, gdy ktoś rzuca pomysł wyprawy, proponuje jej cel  i motyw przewodni. Tym razem byłem to ja.  – A może by polecieć na kawę do Casablanki? – rzuciłem kolegom z warszawskiego aeroklubu. Od dziecka byłem pod wrażeniem słynnego filmu z Humphreyem Bogartem w roli głównej i marzyłem, by kiedyś znaleźć się w prowadzonym przez niego lokalu. I nie przeszkadzało mi, że kultowa Rick’s Café Americain istniała tylko na filmowej taśmie. Najwyraźniej nie stanowiło to też problemu dla siódemki moich towarzyszy, którzy chętnie przystali na propozycję. Tym bardziej że Casablanca to już Afryka. A czy idea lotu malutkimi cessnami na inny kontynent nie brzmi jak prawdziwe wyzwanie?

A drugi początek przygody? Przeżywam go na ostatnim spotkaniu przed wyprawą. Gdy dopinamy najdrobniejsze szczegóły  i pada sakramentalne: „No to lecimy!”.  

Ale prawdziwe emocje zaczynają się dopiero wtedy, gdy odbieram samolot z hangaru. Obchodzę dookoła maszynę, sprawdzam paliwo, oleje. Patrzę, czy śrubki w stateczniku nie są poluzowane. I robię dziesiątki innych czynności, bez których żaden pilot nie ma prawa usiąść za sterami. Ten niezrozumiały dla laika rytuał ma ogromne znaczenie. Gdy prowadząc samochód, usłyszę dziwny chrobot silnika, zawsze mogę zatrzymać się na poboczu i sprawdzić, co jest nie tak. W powietrzu żadnego pobocza nie mam. Dlatego w przedstartowym przeglądzie technicznym jest coś mistycznego.

Późniejsze oderwanie się samolotu od ziemi jest już tylko formalnością. I konsekwencją trzech poprzednich „startów”.

To była najdłuższa i najdalsza z moich dotychczasowych wypraw, przy czym trudność polegała głównie na karkołomnych wyzwaniach logistyczno-organizacyjnych. Kolejne etapy podróży znaczyły lotniska, na których mieliśmy lądować. Pierwszy dzień: Katowice, słoweński Portorož, francuski Le Castellet. Nazajutrz: hiszpański CastellÓn de la Plana, później Almería i Gibraltar, dopiero stamtąd planowaliśmy lecieć na Casablankę. Na tej liście szczególne wyzwanie stanowił Gibraltar. To lotnisko, na którym niechętnie przyjmują małe cywilne samoloty, w dodatku nie ma tam możliwości zatankowania benzyny. Za nic jednak nie chcieliśmy z tego punktu zrezygnować – czuliśmy, że musimy dotrzeć do miejsca, które tak silnie odcisnęło piętno na polskiej historii. Musieliśmy się spieszyć, zwłaszcza pierwszego dnia. Gdybyśmy bowiem nie zrealizowali planu, następnej doby nie byłoby szans nadrobienia zaległości. Tymczasem pośpiech to najgorsze przekleństwo pilota. To on, a nie wady konstrukcyjne czy awarie, są największym mordercą w powietrzu. Sęk w tym, że tempo lotu w znacznej mierze zależy od warunków atmosferycznych. Załamanie pogody to najczęściej również załamanie planów.

Tym bardziej więc się cieszymy, że nad lotniskiem w podwarszawskich Babicach pogoda okazuje się wyśmienita. Bez problemu docieramy najpierw do Katowic, a potem do Słowenii. Kiedy jednak składamy plan lotu do Castellet, zaczynają się schody. Francuzi oświadczają bowiem, że nas nie przyjmą. Powód? Wyścigi Formuły 1, które odbywają się w Monako. Przyloty na zawody dosłownie „zapchały” tamtejsze lotnisko, my swoimi czterema małymi „żuczkami”, jak nazywamy nasze cessny, musimy ustąpić. Proponują nam odległe o 70 km lotnisko w Cuers. Mówi się trudno, nie mamy wyboru. Choć w naszej walce z czasem wcale ta zmiana nie pomoże.