Sztuka ceramiki, nawet uprawiana na poziomie amatorskim, wymaga od adepta olbrzymiej pokory i cierpliwości.

Ulepienie najprostszego naczynia, wysuszenie go, wypalenie, poszkliwienie i ponowne wypalenie to proces, który w najlepszym przypadku trwa kilka dni i nie da się go przyspieszyć. Jeśli chodzimy na zajęcia do pracowni tylko raz w tygodniu, wszystko niesłychanie rozciąga się w czasie. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest oddawanie się ceramicznemu hobby na wakacjach. A takich możliwości pojawia się coraz więcej.
Gdy bierze się do ręki glinę i zaczyna ją ugniatać, czas się zatrzymuje. Potwierdzi to każdy, kto choć raz spróbował. Drugą znaną prawidłowością jest to, że lepiący zazwyczaj nie chcą sami wyjść z pracowni ceramicznej. Gotowi są nawet zrezygnować z posiłków, byleby jeszcze móc dolepić ucho do kubka, wyrównać krawędź miseczki, wygładzić figurkę. Bez stanowczej interwencji prowadzących zajęcia grozi im prawdziwe uzależnienie.
Pracownia ceramiczna ma niezwykły urok. Zazwyczaj nie jest w niej zbyt czysto – wszystko pokrywa cieniutka warstwa pomarańczowego lub szarego pyłu. Na umywalce widnieją ślady, których nie da się już usunąć. Podłogę można zamiatać bez końca – i tak nie przynosi to większego efektu. Ale za to na półkach stoją rzędy ceramicznych prac. Miseczki, kubki, talerze, figurki. Czasem trochę koślawe, czasem świadczące o wysokim kunszcie lepiącego, a wszystkie zazwyczaj bardzo malownicze. Część z nich jest świeżo ulepiona i suszy się. Te są bardzo kruche, należy je przenosić z największą ostrożnością. Część została już wypalona w piecu, jest pomarańczowa lub biała – w zależności od składu chemicznego gliny. To tak zwany biskwit, czyli wyrób już twardy i trwały, ale jeszcze bez szkliwa. Najbardziej przyciągają oko prace poszkliwione, kolorowe. Żeby takie otrzymać, na biskwit nakłada się szkliwo i znów wypala w piecu, ale tym razem w znacznie wyższej temperaturze, przekraczającej 1 000° C. Szkliwa mogą mieć wiele barw i odcieni. Mogą być lśniące lub matowe, gładkie lub chropowate.
Ceramika ma jeszcze jedną tajemniczą moc – łączy ludzi. W warsztacie typowym widokiem są pracujące obok siebie w zgodnym szeregu i z wypiekami na twarzy: dzieci, nastolatki, rodzice i... dziadkowie. Znikają trudne do pokonania w innych sytuacjach, podziały wiekowe. Zarażeni bakcylem ceramiki potrafią na zajęcia przyjeżdżać z najróżniejszych stron Polski, pokonują przy tym nawet setki kilometrów. Do domu wracają z cennymi skarbami – własnoręcznie ulepionymi kubkami, miskami, figurkami. Trzeba przyznać, że wypicie herbaty w zrobionym przez siebie kubku daje nie lada satysfakcję.