Nie ma drugiej krainy tak skłębionej w wąskich dolinach i pełnej nadziei, ze miłość jest silniejsza niż wszystko. Nawet wojna.

W Bośni wszystko jest bardziej: góry i ludzie, i Bóg, i wojna – powiedział Nenad Vojnovski, Serb z Belgradu, którego spotkałem w Patagonii. – Nie zrozumiesz świata, jeśli nie zobaczysz Bośni. Dlatego przyjechałem poznać ten kraj, który niegdyś zasiedlili Ilirowie, potem Rzymianie, wreszcie Słowianie. O ich krnąbrne dusze walczyli z jednej strony św. św. Cyryl i Metody, a z drugiej – franciszkańscy zakonnicy. I pewnie wschodnia część byłaby dziś serbska i prawosławna, a zachodnia – chorwacka i katolicka, gdyby nie Turcy. Osmanie rozgościli się w Górach Dynarskich na cztery stulecia. Od upadku Konstantynopola aż po czasy Franciszka Józefa słowiańscy chłopcy siłą wcielani do janczarskich oddziałów, a także ich rodziny, przyjmowali islam. Początkowo pod przymusem, ale kiedy Turcy wprowadzili zwolnienia podatkowe dla nawróconych – szli do meczetów już z własnej woli. Od tej pory w Górach Dynarskich zamieszkał trzeci naród: Bośniacy, czyli muzułmanie.

Miasto Róż, tak nazwano SARAJEWO. Podczas transmisji z zimowej olimpiady cały świat zachwycał się jego rasową starówką, kolorowymi tramwajami, żółtymi trolejbusami, knajpami i górami. Dziesięć lat później zobaczył je po raz kolejny, kiedy CNN relacjonowało początek oblężenia. – Od moździerzy tyle było dymu, jakby góry stanęły we mgle – mówi Verdan, którego spotkałem, spacerując wzdłuż rzeki w kierunku starego miasta. – Nie działały wodociągi, po wodę trzeba było biec przez tory tramwajowe i dopaść brzegu – pokazuje ręką przed siebie – a wtedy z drugiej strony rozlegało się: pac, pac. I po wszystkim... Jesteśmy na Obala Kulina Bana, wtedy mówiło się o niej „aleja snajperów”.

Na drugim brzegu Miljacki stoi „nowa synagoga”. Żydzi byli tu od zawsze. Kiedy wybuchały wojny, uciekali z miasta, ale wracali. Tym razem przemalowali bożnicę na różowo i każdego szabasu modlą się, żeby świat wrócił na swoje miejsce. Zatrzymujemy się obok mostu, który łączy stare miasto z placem Austriackim. – Samochód zwolnił i wtedy Gavrilo Princip wystrzelił do arcyksięcia Ferdynanda – opowiada Verdan. Wybuchła I wojna światowa. Kilkanaście lat wcześniej Serbia i Czarnogóra wywalczyły niepodległość, tymczasem Bośnię światowe mocarstwa wolały przyznać cesarzowi Austrii. Bośniaccy Serbowie nie umieli się z tym pogodzić. – Chyba wtedy zaczęło się źle dziać między Serbami, Chorwatami i Bośniakami. – Verdan wzrusza ramionami. – Chcieliśmy być wolni niezależnie od tego, ile mogło to nas kosztować. W kolejnej wojnie Chorwaci trzymali z Hitlerem, Serbowie z Titą, a Bośniacy zawsze mieli pod górę. W Jugosławii w dowodach wpisywano im „muzułmanin”. Kiedy wchodzimy bocznym wejściem do meczetu Gazi Husreva, Verdan ściąga buty. Robią tak również: Emir Kusturica, Goran Bregović i piłkarz „Lecha” Semir Stilić. Wszyscy są Serbami z Sarajewa.

Mieszkańcy Sarajewa mówią o swoim mieście „Małe Jeruzalem”. Żydzi, muzułmanie, katolicy i „prawosławcy” od stuleci żyją wokół fontanny Sebilj stojącej w samym środku Baščaršiji – staromiejskiego targowiska, które w 1462 r. wytyczył Isa Bej Isakovič. Wybudował również łaźnie, meczet i pałac, czyli saraj, od którego miasto wzięło swoją nazwę. W 1754 r. wezyr Mehmed Pasza Kukavica kazał zaprojektować fontannę, żeby mieszkańcy nie musieli dłużej biegać z wiadrami do rzeki. Jej drewniane zadaszenie na sto lat wyznaczyło kanon bośniackiego rękodzieła. Niestety, spłonęło w 1852 r. Odbudowano je 40 lat później wedle projektu Czecha, Aleksandra Vitka. Choć dziś zdobią je nowoczesne elementy, wciąż pozostaje symbolem miasta. Ulica Sarači prowadzi nas do katedry Serca Jezusowego. Na prawo, 100 m dalej, jest stara synagoga (dziś muzeum judaizmu), a po lewej – cerkiew ortodoksów. Od wojny minęło już kilkanaście lat, jednak blizny, jeśli dobrze się przyjrzeć, wciąż są widoczne. Pod katedrą, w której odprawiał mszę Jan Paweł II, staję nad jedną z Róż Sarajewa. Po spadających pociskach z moździerzy zostawały wyrwy w bruku albo betonie. Jeśli pocisk trafiał człowieka, dziury wypełniała krew. Dziś wylane są czerwonym plastikiem, żeby zawsze pamiętać. Wzgórza wokół miasta nawet teraz, latem, są białe. Nie od śniegu, lecz od nagrobków. Białych, prostych, muzułmańskich, które patrzą w stronę Mekki.

Święty spokój nareszcie zapanował w górach wokół Sarajewa. Uwolnione od min, świetnie nadają się na piesze wędrówki. Za stadionem olimpijskim można złapać okazję do NAHOREVA albo i do samego Skakavaca, sławnego wodospadu spadającego stumetrową wstęgą wody. Po deszczach podobno imponującą, ale latem, no cóż... Nie można mieć wszystkiego. Na południe od Sarajewa droga ciągnie się aż do hotelu Maršal, który wybudowano z okazji igrzysk olimpijskich. Zimą bywa tłoczno, latem to świetny punkt wypadowy do UMOLJANI pod Obalijem. Nazwa tej miejscowości oznacza „wymodlona”. – To na pamiątkę hodży z naszego meczetu – opowiadają miejscowi – który wyruszył w góry i pokonał smoka pożerającego owce. Pozostały po nim legenda i kilkusetletni meczet. Jedyny, jaki ocalał w okolicach Sarajewa. Inne poszły z dymem, kiedy przetaczały się tędy serbskie ofensywy. Podobno dowódca nie pozwolił go spalić, bo przed laty ów hodża uzdrowił jego syna.

Sarajewscy touroperatorzy codziennie zabierają chętnych na rafting, na wycieczki rowerami górskimi albo na wyprawy, które łączą jedno i drugie. Podobno spływ tratwą po Tarze należy do najbardziej wymagających w Europie. Wierzę na słowo i ruszam dalej autostopem do TRAVNIKA. Bośnia i Hercegowina to dobry kraj do podróżowania, jedyny kłopot sprawia wydostanie się z miasta. Bośniacy jeżdżą szybko, niechlujnie i pewnie. – Chcę zobaczyć meczet w Travniku – tłumaczę kierowcy, który się zatrzymał. – Ale niewierni nie mają tam wstępu – ostrzega mnie. Miał rację. Do środka wchodzą tylko muzułmanie. Obchodzę budynek kilka razy – mury pokryte są polichromią imitującą winorośl i cyprysy. Pozostało mi tylko odetchnąć w mrocznych podcieniach i powędrować w gorę, w stronę twierdzy, żeby spojrzeć na stare miasto.

Wojenne rany nigdy się nie zabliźnią – ostrzegają mnie znajomi przed wyjazdem do MOSTARU, stolicy Hercegowiny. – Nie chodź nocą na drugą stronę mostu, do muzułmanów. W 1990 r. w Chorwatach i Serbach odżyły namiętności, które tylko Tito potrafił utrzymać na wodzy. Kiedy wybuchła między nimi wojna, Bośniacy znaleźli się w potrzasku. Bali się serbskiej Wielkiej Jugosławii, więc sprzyjali katolikom. Ale 9 maja 1993 r. chorwackie pociski spadły na ich brzeg. Front stał tu 11 miesięcy. Odbudowa miasta trwała ponad dziesięć lat. Wieczorem idę przez Stari Most wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zbudowano go z 456 kamiennych bloków pracowicie ociosanych poł tysiąca lat temu. Był symbolem jedności między Bośniakami wyznającymi Allaha a bośniackimi Chorwatami wierzącymi w Chrystusa. Wcześniej znajdowała się tu drewniana kładka, po której mógł przejść juczny koń. Na brzegu stało 19 domków wzniesionych z ruin romańskiej twierdzy. W 1482 r. Turcja zajęła Hercegowinę, a Mostar położony na granicy światów awansował do roli metropolii. Mała cerkiewka zniknęła w cieniu meczetów, a kładka przestała wystarczać. Mimar Hajrudin zaprojektował zatem most, który nad przepaścią zawiesili słowiańscy niewolnicy. Karawany z wełną, suszonym mięsem i miodem mogły wędrować do Dubrownika. Mostar się bogacił. Rosły meczety, łaźnie, domy bogatych patrycjuszy o bielonych ścianach i rzeźbionych sufitach. Prowadziły do nich ulice brukowane marmurową kostką. Most uderzony chorwackimi pociskami runął prosto do Neretvy. Odbudowano go, wyciągając kamienie z dna rzeki. Pod ścianą sterczą kawałek moździerzowego pocisku i napis: „Nie zapomnijmy. 1993”. Dziś stare miasto znowu wygląda, jakby czas zatrzymał się tu przed 400 laty.

Na dziedzińcu meczetu Mahmeda Paszy z fontanny płynie chłodna, kryształowa woda. W cieniu bramy Khalil czyści stare miedziane lampy. Kiedy słońce jest w zenicie, temperatura znacznie przekracza 30°C, ale w domu modlitwy panuje chłód. Dywany wyściełają podłogę od wejścia po mihrab pomalowany w wesołe kolory. Giaur nie powinien po nich stąpać, więc schylam głowę i przechodzę przez malutki portal, po czym schodkami wspinam się na szczyt minaretu. Pode mną dachy kryte kamiennym łupkiem i dachówką. Nawoływania muezinów mieszają się z zapachem baraniny i wschodnich przypraw. Jest tu leniwie, na poły orientalnie, na poły europejsko. Stąd najpiękniej widać most na Neretvie, tłum i półnagiego chłopca stojącego na balustradzie, który skacze do wody. Zielone fale rzeki 30 m niżej zatrzaskują się za nim, a kiedy po długiej chwili rozgarnia je nad głową, wybuchają oklaski i pisk dziewcząt. Wszyscy patrzą na niego, a nie na czarne korpusy pocisków moździerzy ustawione pod ścianą. Pierwszą ranę Mostaru udało się zabliźnić.

Kieruję się w stronę ruin cerkwi Świętej Trójcy. Przed wojną była dumą miasta. Turecki basza zgodził się ofiarować popu tyle gruntu pod jej budowę, ile zdoła nakryć swym płaszczem. Pop spruł płaszcz i otoczył nicią tyle ziemi, ile zdołał. Baszy koncept się spodobał, więc nie cofnął danego słowa. Po wojnie z kościoła pozostały brama i największa sterta gruzów na wschodnim brzegu. Odbudowę finansuje Bank Światowy.

Spieniona rzeka Buny wyrywa się ze środka 200-metrowej skalnej ściany potężną, szeroką na 10 m, zieloną falą. Warto było iść 5 km z BALAGAJ, żeby zobaczyć, jak granitowa gardziel wyrzuca 43 tys. litrów wody w każdej sekundzie. Na całym świecie tylko kilka źródeł ma podobną siłę. Tuż obok, na skalnej półce, u źródła stoi dom derwiszy – tekija. O derwiszach krążą legendy. Że swoim tańcem potrafi ą obudzić anioły i demony, że uprawiają czarną magię, że mogą przestrzelić sobie pierś i nawet nie krwawić. Według sufickich mnichów tylko głęboka wiara pozwala nie odczuwać ani strachu, ani bólu. Dziś w Balagaj nie ma już derwiszy, ale cuda wciąż zdarzają się na tej ziemi – do MEDJUGORIE tylko 50 km. Chociaż Kościół oficjalnie nie odniósł się do objawień, Medjugorie wyrosło na centrum pielgrzymkowe. Miasto ocalało od zniszczenia. Ponoć cudem. – Serbski lotnik, który otrzymał rozkaz zbombardowania, nawrócił się po tym, jak w trakcie lotu powariowały przyrządy w kokpicie i okazało się, że zamiast nad Medjugorie jest w zupełnie innej części kraju – opowiada mi Wiesiek, Polak, który opiekuje się zwierzętami w Ogrodzie Świętego Franciszka. Wiesiek, były narkoman, tu się nawrócił. Rano pakuje mnie do busa i jedziemy zwiedzać katolicką Hercegowinę: ŠIROKI BRJEG z jednym z najstarszych katolickich klasztorów w tym regionie, Kočerin z franciszkańską bazyliką i ze średniowiecznymi grobowcami, HUMAC z kolejnym klasztorem, ktory przetrwał cudem, oraz LJUBUŠKI ze starym, średniowiecznym fortem.

Zachodzi słońce. Na noc wracam do Mostaru. Na chorwackim brzegu przestają jeździć samochody. Z kafejek i tawern stoliki wyjeżdżają na ulice. Kogo stać, kupi wino od szynkarza. Kogo nie stać – przynosi swoje. Kiedy ich spotkałem, było już przed północą. – E! – krzyknął do mnie ten z bródką – chodź no tu, siadaj! – Rozejrzałem się. Do miejsc odwiedzanych przez turystów kawał drogi... Usiadłem. – Mamy ryby i wino – powiedział ten z bródką. Tylko on mówił po angielsku. – Jestem Tarik Čechić, muzyk i menedżer rockowych zespołów. – Wsadził mi w rękę wizytówkę. – To ja sprowadziłem do Jugosławii Deep Purple. Potem przedstawił mi resztę: Mehmed Žuković, muzułmanin. Stojan Kozul, jego szwagier, Serb i muskularny kapitan Zdanko Grdi – chrześcijanin. W czasie wojny ostrzeliwał bośniacką stronę, ale teraz piją razem. Przyjaźnili się przed wojną, przyjaźnią i po wojnie. Do rana pijemy prošek – ni to wino, ni wódka z winogron. Potem kapitan Zdanko podrzuca mnie do RADIMLJA swoją niemłodą już ładą koloru kości słoniowej. Wysiadam w szczerym zielonym polu pod bezkresnym niebem, żeby zobaczyć najbardziej niezwykły ze starosłowiańskich cmentarzy. Nie ma takiego drugiego na świecie. 122 olbrzymie kamienie grobowe – stelle – ustawiono pomiędzy XI a XIV w. Niektóre z nich zdobią delikatne reliefy. A może to wiatr, deszcz i 800 lat próbują je wygładzić jak lustro?

Z Radimlja do STOLACA jadę z brodatym imamem i trojką jego dzieci. Wysiadam koło meczetu przy drodze na POPOVO POLJE. Przed wojną na tamtejszych pastwiskach pasterze za dnia doili owce, wieczorami robili sery, a nocami pilnowali, żeby wilki nie trzebiły stad. – A kiedy wszystko już spało i ogień przygasał, słyszeli Adriatyk. Jest kilka kilometrów stąd, za ścianą gór. – Gdyby nie Bragomir i jego citroen C6, pewnie musiałbym iść pieszo do samego Trebinja zakurzoną drogą po górach suchych jak Himalaje po stronie Tybetu. Gadamy o Sarajewie. O wioskach żyjących ze zbierania miodu i o Wielkiej Serbii. Nagle przez szosę przebiega tabun dzikich koni. – Kiedyś były czyjeś, teraz są swoje własne – Bragomir kiwa w ich stronę głową i wsuwa do magnetofonu kasetę. Czerwone słońce zachodzi nam za plecami, a my na całe gardło śpiewamy Shine on You Crazy Diamond. Floydsi. Muzyka sprzed wojny...

Grzegorz Kapla – od pięciu lat utrzymuje się z pisania o zwyczajnych ludziach i niezwykłych miejscach. Były dziennikarz, były fotoreporter, były robotnik portowy, były członek rady nadzorczej przedsiębiorstwa z branży ciepłowniczej. Lubi długie dystanse, czytać książki dzieciom, jeść rękoma, dosiadać wielbłąda i ser z niebieską pleśnią.