Ponad 100 kilometrów (zawody plus treningi na miejscu), 5 krajów, 18 regionalnych smakołyków, 4 specjalistów i mnóstwo fantastycznych znajomości z całego świata - tak w wielkim skrócie wyglądała realizacja naszej akcji specjalnej

To fantastyczny pomysł. Nie ma nic lepszego niż połączenie dwóch największych pasji: biegania i podróżowania. Chętnie skorzystam z porad i sam w przyszłym roku zaplanuję więcej startów zagranicą - pisaliście.

Pomysł był prosty: wybieramy kilka miejsc, gdzie można pobiec w ciekawym otoczeniu i podajemy przepis na udany wyjazd. Każdy z kierunków i startów miał być zupełnie inny od poprzedniego z prostej przyczyny: bieganie ma wiele twarzy i warto je wszystkie poznać.

Włochy: pyszne jedzenie i romantyczny nastrój

Biegową przygodę rozpoczęliśmy bardzo przyjemnie, bo od nocnego półmaratonu w Lido di Jesolo. Do Włoch poleciałam sama z głową pełną obaw: biec czy nie biec? Dopiero wychodziłam z bolesnej kontuzji i nie biegałam niczego powyżej 40 minut, a tutaj czekał na mnie półmaraton. Pierwsza myśl: zejdę z trasy po 10 kilometrach - po prostu zobaczę jak jest, poczuję klimat i pozwolę zdrowemu rozsądkowi tym razem przesądzić o moim losie. Kilka dni później plan się zmienił: pokonam całą trasę, ale postawię na marszobieg i z takim nastawieniem poleciałam do Wenecji, skąd dostałam się do klimatycznego miasteczka nad brzegiem morza Lido di Jesolo. Wieczorem pospacerowałam po plaży, a następnego dnia rano pojechałam do Wenecji. Dzięki gościnności władz University of Venice wylądowałam w motorówce na Venice Dragon Cup na Canal Grande. Zanim wróciłam do Lido di Jesolo na zawody, znalazłam sobie miejsce z widokiem na lunch i zajadałam się włoską foccacią.

Przeczytaj pełną relację na specjalnej stronie poświęconej projektowi: http://biegi.national-geographic.pl/aktualnosci