Aborygeńskie mity zaklęte w prastarych skałach, orgia kolorów rafy koralowej, ciągle ledwie dotknięta natura i przyjazna nowoczesność miast uważanych za najlepsze do życia na świecie.

Oto Australia, Dwie przesiadki i ponad 20 godzin w powietrzu. To Wielki Skok. Trudy podróży zostaną jednak szybko nagrodzone. Nowy Świat od pierwszych chwil porazi nas pięknem, oczaruje i wchłonie. Wystarczy, że zobaczymy Sydney. Jego nazwa będzie brzmiała w głowie niczym mantra. Choć dziś wiem, że nigdy nie mógłbym w tym mieście zamieszkać, wielokrotnie dałem mu się uwieść. Tu szybko zatraca się pamięć, sprawnie i bezstresowo wpada się w australijski rytm. No worries mate! Bracie, nie przejmuj się!
W Sydney i jego okolicach jest co robić nawet przez dwa tygodnie. Niemniej na bezbolesne wylądowanie, strzepanie kurzu z Polski, przestawienie spania o 10 godzin do przodu i skuteczny flirt wystarczą dwa, trzy dni. Na nocleg wybieram jeden z hotelików na Kings Cross – kiedyś dzielnicy rozpusty i rozboju, dziś zdecydowanie bardziej turystycznej, zaledwie kwadrans piechotą do City. Po zalogowaniu się w hostelu idę na piwo. Jest dobrze po północy i środek tygodnia, a na głównej ulicy Kings Cross – Darlinghurst Rd – niemal tłok. Z witryny pubu obserwuję mój nowy-stary świat. W połowie piwa dostrzegam bójkę. Po drugiej stronie ulicy kilku wyrostków zgrabnie, ale bez brutalności okłada się wzajemnie ciosami na oślep i chwilę później znikają w ciemnych uliczkach. Mam wrażenie, że to wykreowana atrakcja turystyczna. Stary, dobry Kings Cross, tego już więcej w Australii nie zobaczę. Noc i mocny sen, wczesna samoistna pobudka i zdziwienie. Gdzie ja jestem?! Znakomita kawa po drugiej stronie ulicy, tost z jajkiem i bekonem wystarczą, aby dostarczyć energii i zrozumieć sens kolejnej mantry, którą będę powtarzał co rano, przynajmniej do wylotu z antypodów: Beautiful one day perfect the next. Nogi są najlepszym przyjacielem człowieka – to banalne założenie można wychodzić w kompaktowym centrum Sydney, gdzie wszędzie jest blisko. Wnikam więc do środka imponującej (jak na Australię!) Katedry Najświętszej Marii Panny. Przy wyjściu od strony zachodniej jest pamiątkowa tablica z pobytu Jana Pawła II w 1986 roku. Przez Hyde Park z fantazyjnie oświetlonymi nocą koronami drzew przechodzę do słynnej wieży Sydney Tower. W 40 sekund za 75 zł 300 metrów windą do nieba. A tam, na górze, panorama perły antypodów. Przez 420 okien do wyboru widać obiekty w śródmieściu, kompleks olimpijski, port i dalej Góry Błękitne na zachodzie i ocean na wschodzie. Kolejka Monorail, jak sama nazwa wyjaśnia, sunie po jednej szynie wokół City. Pętla trwa pół godziny i służy pogłębieniu przekonania, że mam do czynienia z naprawdę urodziwym miastem, drażnią tylko porysowane szyby z pleksi. Odkładam aparat na bok i chłonę przyjazną nowoczesność drapaczy chmur. Czas na spacer wielkomiejską, handlową i usługową Pitt St, aż do wody, do The Rocks, kiedyś centrum żeglugi i handlu, ale też prostytucji i rozboju. Dziś leniwy spacer brukowanymi uliczkami z kolonialną architekturą kończę w Lord Nelson Brewery Hotel, najstarszym pubie w Sydney. Mają tu pięć gatunków własnego piwa, niepowtarzalną atmosferę i świetne widoki na The Rocks.


Piękny, bezchmurny dzień. Tu leniwe południe, w Polsce środek nocy. Już mi się nie chce chodzić, po kilku łykach piwa czuję senność. Tuż obok nabrzeże portowe Circular Quey i promy odchodzące do wszystkich zakamarków sydnejskich zatok. To tu przybyła w 1788 r. tzw. Pierwsza Flota – zaczyn brytyjskiej kolonii karnej, początek białej historii Australii. Wybieram prom do Manly i siadam na rufie. Chwytam pocztówkową panoramę miasta: Operę i nie mniej słynny Most Zatokowy (Harbour Bridge), zwany tu wieszakiem na płaszcze. Za słoną opłatą (ok. 600 zł) z asekuracją firmy Bridgeclimb można się wspinać po kratownicach konstrukcji lub wyjść na szczyt przęsła. Może spróbuję jutro, jak wyrównam sen. Teraz niemal przysypiam na promie, choć tu takie widoki. Po wyjściu z promu tuż przed promenadą moje nozdrza zaatakowała feeria smakowitych zapachów rodem z Chin, Tajlandii, Malezji, Japonii i Europy. Jest też obecna tzw. nowa kuchnia australijska, fantastyczna mikstura smaków europejskich (głównie kuchni francuskiej i włoskiej) i azjatyckich. Nadmiar kuszących propozycji. Dla mnie jednak od lat wybór jest oczywisty: laksa i tylko laksa. Jest to bardzo pikantna zupa na mleku kokosowym z owocami morza i makaronem. Niewiarygodnie smaczna! Po tym doświadczeniu mogę sobie zacytować pewne przysłowie: „Nie było mi źle, ale jest mi lepiej!”
Z tą radosną pieśnią zmierzam na plażę. Czysto, schludnie, woda ma temperaturę w sam raz. Orzeźwiająca kąpiel i kolejna refleksja. Czy ja naprawdę jestem w Australii? A może to ciągle sen? Nie, na plaży nie lubię leżeć, wyprowadzam się piętro wyżej. Tu, na trawniku, przy deptaku nadmorskiej promenady, przytulam się do wyniosłej araukarii. W tym kraju nie przeganiają z trawników. Są przecież po to, by po nich chodzić, siedzieć na nich i leżeć, jeść i pić (byle nie alkohol!). Zawsze i wszędzie są dla ludzi!
Plaże jednak nie są moim eldorado, więc szybko się nudzę i łapię powrotny prom do City. Ścieżka spacerowa prowadzi nabrzeżem przez słynną Operę, przypominającą kopulujące żółwie, wprost do Królewskich Ogrodów Botanicznych. A tu można i trzeba zwolnić, nacieszyć oczy zielonym, podziwiać fantazyjne kształty drzew, obfotografować chętne do współpracy papugi i inne ptaszyska. Pamiętam, że park zamykają o 17.30 (tutejszą zimą), więc jednak przyspieszam kroku. Kolacja w promieniach zachodzącego słońca na Kings Cross i mocne postanowienie powrotu do centrum. Bo Sydney trzeba się nasycić, nie można go zaliczyć! Kolejny dzień wypełniają mi wędrówki po centrum, wzdłuż rzędów wiktoriańskich kamienic. Trafiam do Muzeum Australii, ze znakomitymi zbiorami fauny i flory kontynentu, a także historii i sztuki aborygeńskiej. Podziwiam tu słynne czarne opale i największe samorodki złota – wszystko warte majątek, gratka nie tylko dla oka geologa. Korci mnie, tak z czystej ciekawości, najsłynniejsza plaża kraju – Bondi, położona w południowo-wschodniej części miasta, gdzie w każdy pogodny dzień wypoczywa ok. 60 tys. ludzi. Dobre miejsce na brunch (już nie śniadanie, jeszcze nie lunch) w jednym z barów, które zapewnią wyborowy bufet (świeże owoce morza!), ale i świetny widok na całą długość plaży. Nie, nie jestem ani rozczarowany, ani oczarowany. I próbuję popatrzeć na Bondi inaczej: gdyby Warszawa lub Kraków miały taką plażę, zniknęłyby wszystkie moje wątpliwości!
Zastanawiam się nad tym w samolocie do Uluru, świętej góry aborygenów, najważniejszej ikony Australii. Ląduję 5 km za wioską Yulara. Stąd jeszcze dziś wyruszę na zachód słońca pod słynny, wyrastający z ziemi na wysokość 350 m, piaskowcowy monolit. Trzeba pogratulować Australijczykom, że mimo najazdu turystów udało im się utrzymać górę i jej najbliższe otoczenie w symbiozie z naturą. Są tu jedynie miejsca parkingowe dla samochodów. A mogły być sklepy z pamiątkami, kramy z jedzeniem itp. I tu, z pozycji parkingu, sprzed własnego samochodu obserwuję zmieniające się kolory skały,  wyglądającej jak wyrzucony na plażę wieloryb. Ja i kilkuset innych.


Wszystko przypomina oczekiwanie na przyjazd papieża. Lub Bono, jeśli widzieć to mniej sakralnie. Góra zawsze zmienia kolory od czerwonokrwistego do odcieni bardziej pastelowych, przed zmierzchem staje się zupełnie szara. Intensywność barw zależy od pory roku, zachmurzenia, wilgotności. Co dwie minuty zwalniam migawkę. Obok mnie piją na tę okoliczność szampana, zadomowiony tu świecki rytuał. Jest piknikowo, ale zarazem podniośle i uroczyście. Mimo wszystko bardziej sacrum niż profanum. Kiedy 18 lat temu pierwszy raz wspinałem się na tę górę, nosiła ona nazwę Ayers Rock (Uluru). Teraz jest dokładnie odwrotnie: Uluru (Ayers Rock). Zmiana nazw geograficznych objęła całą Australię. Trwa przywracanie nazw pierwotnych, tam gdzie to możliwe – aborygeńskich. Rozgorzała także dyskusja nad tym, czy dopuszczalne jest wchodzenie na świętą Uluru. Póki co aborygeni, do których należy Park Narodowy Uluru-Kata Tjuta, jeszcze tego nie zabronili. Musimy więc tę kwestię rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Decyzję na nie możemy przypieczętować zakupem koszulki, dość zresztą popularnej, z napisem Byłem tu i nie wspiąłem się na Uluru. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że nawet jeżeli podejmiemy trud wspinaczki, nie zawsze można wejść na górę. Bywa, że nad ranem bardzo wieje i wówczas ranger zabrania wspinania. Samo podejście wbrew pozorom do łatwych nie należy. Szczególnie pierwszy fragment trasy jest bardzo stromy, a skała śliska, więc warto się złapać łańcucha. Widoki z góry są jednak pyszne i wynagradzają wszelki wysiłek. Widać stąd Kata Tjuta (The Olgas), Mt. Conner i wszechogarniający ocean buszu, serce interioru. Uważny obserwator zobaczy nawet zakrzywienie linii horyzontu – domniemany dowód na kulistość Ziemi. Następnego dnia wstaję przed świtem, odpalam silnik i pędzę do Kata Tjuta – miejsca wielu głów, a dokładnie 36, bowiem tyle głowopodobnych tworów liczy ta formacja skalna położona 50 km od Yulara. Zatrzymuję auto przy tarasie widokowym u stóp Kata Tjuta. Stąd obserwuję, jak urokliwy diament Słońca wyłania się spod ciemnego o tej porze Uluru. Zjadam kanapkę, wypijam kilka łyków wody i zapuszczam się w Dolinę Wiatrów. Ośmiokilometrowy szlak prowadzi wśród większych i mniejszych skał, tworzących bajkowe scenerie niczym z obcej planety. Nie warto się spieszyć – tu trzeba chłonąć setki milionów lat zaklętych w prekambryjskich zlepieńcach. Przy odrobinie szczęścia dostrzeżemy przemykających na tle tego krajobrazu aborygenów, ale trzeba mieć naprawdę dobre oczy, by się to powiodło. W Australii mówi się, że ci ludzie są niewidzialni. Jeśli zobaczymy ich grających na didgeridoo czy tańczących, to znaczy, że mają interes do ubicia i chcą zarobić na turystach.


Nie potrzebują interakcji, żadnych romansów z białymi czy kulturowej wymiany. Spotkanie z nimi nie zbliży nas do poznania ich prawdziwej kultury i obrzędowości. Aborygeni bowiem sprzedają turystom pewien zmitologizowany wizerunek, broniąc swoich prawdziwych wartości. Cała nasza wiedza dotycząca chociażby interpretacji malunków czy rytów naskalnych nie jest większa niż ta, jaką czerpiemy z bajek dla dzieci. Zresztą nie jest powiedziane, że nawet gdyby aborygeni zdradzili nam swoje sekrety, coś byśmy z tego zrozumieli. Wrogość rdzennych mieszkańców Australii do obcych nietrudno zrozumieć. Wystarczy, że podam dwie daty. Do 1967 r. aborygeni nie mieli praw obywatelskich, a w 1992 r. Sąd Najwyższy uznał, że Australia przed przybyciem białego człowieka nie była jednak lądem niczyim i należała do rdzennych mieszkańców. Potężne problemy z tożsamością we własnym kraju przekładają się na nieufność i agresję, dlatego nie róbmy im fotografii bez pytania. Można ich łatwo urazić.
Jeszcze bardziej spektakularne krajobrazy znajduję w Kings Canyon, 250 km od Yulara, trochę po drodze do Alice Springs. Wśród kanionów, miejscami wysokich na 100 m,  biegnie kilka szlaków. Wybieram ten dwudniowy, 22-kilometrowy Giles Track i pamiętam o zabraniu odpowiedniej ilości wody. Pustynia jest bliska memu ciału jak koszula i potrafię nie nudzić się tu tygodniami, a nawet miesiącami, ale zawsze przychodzi taki moment, że ciągnie mnie do wody, i to tej słonej, wielkiej. Aby się w niej zanurzyć, znowu trzeba lecieć. I tak już jest w Australii. Jeśli chcesz zobaczyć ciekawe miejsca, musisz się ciągle przemieszczać, tysiącami kilometrów. Wspomniane wcześniej 250 km to na warunki australijskie  kawałek za miastem, 3 godziny drogi. Zresztą Australijczycy odmierzają odległości w godzinach, nie kilometrach. 2,5 godziny lotu jest z Yulara do Cairns na wschodnim wybrzeżu. Wielka Rafa Koralowa rozciąga się południkowo na przestrzeni 2000 km, od Cieśniny Torresa na północy, i nieznacznie przekracza zwrotnik Koziorożca na południu. Najpiękniejsza, zewnętrzna rafa leży na południu, 300 km od krawędzi kontynentu, a w północnej części przytula się do lądu na odległość 60 km. Warto wydać 110 dolarów (280 zł), by znaleźć się w jej pobliżu. Zarówno z Cairns, Mossman, Townsville, wyspy Magnetic, jak również z innych miejsc na wschodnim wybrzeżu Australii organizowane są jednodniowe eskapady.
Cairns jest najlepiej zorganizowane, jeśli chodzi o wycieczki na rafę. Konkurencja tu największa, a zatem ceny najniższe. Wybrałem mały katamaran i pod żaglem suniemy w kierunku tzw. zewnętrznej rafy, 40 km od wybrzeża. Słońce pali nie na żarty. Wcieram kremy z filtrem (faktor 30), noszę kapelusz i okulary, choć gdy przyjemna bryza owiewa ciało, nie czuję upału. Miejmy się jednak na baczności przed słońcem – ta część Australii prowadzi w statystykach zachorowań na raka skóry. Dopływamy do niewielkich wysepek zwanych tutaj cay. W pobliżu jednej z nich katamaran kotwiczy i ruszamy na zwiedzanie podwodnych ogrodów. Aby chronić przed słońcem plecy, wskakuję do wody w koszulce. Trudno opisać, co się tu dzieje. Piękna tego świata nie sposób oddać jakimkolwiek porównaniem. Kolory ryb, fantasmagoryczne kształty koralowych fortec, ławice w barwach techno. Wpadam w bezczas. Minęły trzy godziny – sam nie wiem kiedy.



Wkrótce obieramy azymut na następną piaszczystą wysepkę i znów do wody, gdzie pływają tym razem rekiny rafowe. Podobno są niegroźne dla człowieka, ale mogą przestraszyć! Po całym dniu spędzonym na rafie wciąż czuję jej niedosyt! Rano wsiadam więc do autobusu zmierzającego na południe. Do Townsville jest 340 km, czyli blisko. A stąd promem na pobliską wyspę Magnetic, która jest mekką globtroterów i znakomitym miejscem na dalsze poznanie rafy. To tutaj w zatoce Geoffrey podczas odpływu odsłania się przybrzeżna rafa koralowa, nieco uboższa w gatunki i formy korali niż bardziej odległe jej fragmenty, które nie doświadczają okresowych wynurzeń. Mijam granitowy głaz. Dziwią mnie ostrygi mocno przyczepione do jego powierzchni. Po chwili odnajduję ciemną linię – górną granicę przypływu. Teraz już wiem, organizmy te wytwarzają twarde skorupy, by chronić się przed drapieżnikami i utratą wilgoci w czasie odpływu. Zaopatrzony w obuwie o twardych podeszwach, stąpam po ostrych krawędziach koralowych budowli. Częściowo wynurzone, wydają się martwe. Ale to tylko iluzja. Wkrótce odkrywam prawdę. Część korali tworzy mikroatole, kolonie o sercowatych kształtach, które nawet podczas dużych odpływów gromadzą ilość wody wystarczającą do przeżycia. Nazwane zostały mikroatolami przez swoje zewnętrzne podobieństwo do atoli rafowych opasujących wyspy (w tym także Magnetic). Inne korale, zwane miękkimi, zawierają terpeny – substancje chemiczne chroniące przed agresorami. W czasie odpływu wciągają swoje polipy i wydzielają śluz, który chroni je przed wysychaniem.

Rafa koralowa to ekosystem i podobnie jak w lasach panuje tu ścisła strefowość od piaszczystej plaży, płytkiego rowu, poprzez równinę rafową po strome zbocza rafy zewnętrznej opadające do głębin oceanicznych. W każdej strefie żyją przynależne do niej organizmy. Prócz całej gamy korali znajduję tu ogórki morskie (czarne „kiełbasy” o trybie życia podobnym do dżdżownic), jeżowce i inne stwory. Wśród traw morskich wypatrzyłem metrowej długości nieruchomą płaszczkę, która została uwięziona w małym bajorku po odpływie. Ostrożnie podchodzę, by ją obejrzeć z bliska. Ma spłaszczone ciało i długi ogon zaopatrzony w jadowity kolec, którym może zadać głębokie rany szarpane. Wolę jej nie prowokować... To nie koniec zagrożeń – w okresie pojawiania się meduz (październik–maj) konieczne są długie ortalionowe spodnie, chroniące przed ich niebezpiecznymi parzydełkami. Pozornie martwa przybrzeżna rafa śpi, oczekując na przypływ, który przyniesie pokarm koralom. Wystarczy zanurkować, by ocenić zmiany, jakie dokonały się na koralowej łące po przypływie. Woda dodaje blasku szarym szkieletom wapiennych korali, które wysuwają kolorowe polipy niczym ślimak czułki. Tysiące ryb o zwariowanych kształtach i odblaskowych kolorach przemyka i szuka schronienia w koralowych labiryntach.



A gdzie są kangury? Prawidłowa odpowiedź na to pytanie zabrzmi w Australii niemal wszędzie. W nazwie Wyspa Kangura wyczuwam prowokację, ale właśnie tam teraz zmierzam. Z Townsville do Adelajdy leci się ponad dwie godziny. Samo miasto nie zachwyca, więc tylko tam nocuję. I skoro świt gnam w kierunku Cape Jervis, skąd odchodzi prom na wyspę. Dobrze, że wcześniej zarezerwowałem bilet z miejscem na samochód, a na dojazd do promu wziąłem dwugodzinny zapas. Droga ruchliwa, prom pływa kilka razy dziennie
i zawsze jest pełny. Zakładam, że wyspa, która jest tak blisko lądu (45 minut) i tak blisko dużego miasta (90 minut), będzie skomercjalizowana. No i ta nazwa – ciągle nie daje mi spokoju... Nadspodziewanie dobrze wypada pierwszy kontakt. Łagodne pagórki w nieodległym krajobrazie, leniwe tempo życia portowego Penneshaw zdają się zapraszać. Po paru kilo- metrach przekonuję się, że wyspa jest niemal dzika i właściwie można ją potraktować jak rozległy ogród zoologiczny. Ta trzecia co do wielkości wyspa Australii ma 150 km długości i ok. 50 km szerokości. Została odcięta od głównego lądu ok. 9500 lat temu, kiedy podniósł się poziom oceanów. Pierwszy biały człowiek, który tu dotarł, nie zastał na niej aborygenów, a ci z lądu głównego nazywali ją wyspą śmierci. Nie lepszą reputacją cieszyła się wśród białych – zasiedlili ją bowiem głównie piraci, dezerterzy, przestępcy i wszelkiej maści szumowiny szukające bezpiecznego ukrycia. Przez długi czas Wyspa Kangura była najciemniejszym miejscem Imperium Brytyjskiego. Później władze opanowały sytuację i postawiły na rozwój rolnictwa. Teraz produkuje się tu wino, sery, olejki eukaliptusowe i rozwija turystykę. Mój nos podpowiada, że trzeba tu spędzić przynajmniej trzy dni. W Zatoce Fok (Seal Bay) nie dostrzegam kangurów, są za to liczne australijskie lwy morskie. Żyją tu od setek lat, od kilkunastu, w sile ok. 500 sztuk, pod bacznym okiem rangera. Aby wejść na plażę z fokami, trzeba kupić bilet i słuchać poleceń przewodnika, który nie spuszcza ze mnie wzroku i prosi, aby zachować odległość co najmniej 8 m od zwierząt. Jestem tu w porze, kiedy foki odpoczywają i nie przejawiają zainteresowania przybyszami; zwykle są to samice w towarzystwie swych pociech. Jedna z nich, mocno wychudzona foczka, zdaje się nie trafiać do swej matki, co dziwi nie tylko mnie. Podchodzi do kolejnych samic i próbuje dostawić się do ich sutka. Bez powodzenia. Za każdym razem odprowadzana jest dezaprobatą i syczeniem którejś z nich.
W końcu znika za wydmą. Ranger wyjaśnia, że kilka dni wcześniej maluch stracił matkę, prawdopodobnie w potyczce z rekinem. Teraz szuka pożywienia u innych. Dlaczego nie możecie jej pomóc? – pytam. – Takie przyjęliśmy reguły – nie ingerujemy w życie fok na plaży i w wodzie. To jest samoistny ekosystem, nasza praca polega na przeprowadzaniu badań i zapewnieniu maksymalnej ochrony przed człowiekiem.



Próbuję to zrozumieć, zbliżając się do Małej Sahary, nieco w głębi wyspy. Wydmy jak z folderu, złoty piasek zachęca do wspinania się na górę i zjazdu na desce po stoku. Powrót nad wodę do Vivonne Bay to kolejne zderzenie wyobrażenia australijskiej plaży z rzeczywistością. Ta uchodzi za jedną z najpiękniejszych na świecie. Teraz rozumiem dlaczego. Moje oczy tym razem naprawdę dały się uwieść turkusowi wody i białemu jak śnieg piaskowi. I tylko parę osób w zasięgu wzroku. Idę się wykąpać, a potem będę uparcie szukał kangurów. Hanson Bay Sanctuary – wreszcie są. Wprawdzie nie tak okazałe jak te czerwone, znane mi z interioru, ale zdają się nieśmiało bronić nazwy wyspy. Na terenie Australii żyje ponad 60 różnych gatunków kangurów. Najmniejsze to walabie (ważą około kilograma), największe kangury rude (ich waga dochodzi do stu kilo). Tutejsze są średniej wielkości i za sprawą koloru sierści nazywane są kangurami szarymi. Prócz nich dostrzegam: walabie tamar, pałanki, iguany, jeżowce i koala, niesłusznie nazywane misiami, bo to przecież torbacze. Koale (i dziobaki) sprowadzono na wyspę wiele lat temu, kiedy sądzono, że na lądzie stałym mogą w ogóle wyginąć. Do niedawna było im tu dobrze i bezpiecznie (brak psów dingo i lisów). W tak sprzyjających warunkach populacja koali przekroczyła wydolność tutejszych lasów eukaliptusowych i pojawił się problem głodu. Trwa akcja przenoszenia misiów z powrotem na ląd stały, co nie jest łatwe. Koale śpią bowiem po 20–22 godziny na dobę i z drzewa schodzą tylko po to, by wejść na następne. Patrzę do góry na wysoki na 20 m eukaliptus, widzę pod szczytem gagatka i próbuję sobie wyobrazić, co trzeba zrobić, by przekonać niemisia do współpracy. Koala w języku aborygenów oznacza „bez wody”. Po polsku mógłby się więc nazywać „bezwodnik”. I jak się rozejrzę dookoła, widzę ich dziesiątki, setki. Ta wyspa powinna nazywać się Koala Island! Hanson Bay sąsiaduje z Parkiem Narodowym Flinders Chase i na farmie pod tą samą nazwą znajduję znakomity nocleg. Są tu globtroterzy i sezonowi pracownicy parku. Słuchając skrzeczenia czarnej płyty gramofonowej, jemy i gadamy. Poranek wiedzie mnie do kolejnych uroczysk Parku Narodowego: Cape Du Couedic and Admirals Arch. Tu wśród jaskiń i nadmorskich głazów znajdują się stanowiska lęgowe czarnych nowozelandzkich fok. Niestety, nie wolno się do nich zbliżać. Ale przy odrobinie szczęścia, a ja właśnie takie miałem, można obserwować nisko szybujące orły morskie. I jeszcze krótka wizyta w niezapomnianych skałach Remarkable Rocks. Oj, fantazja Natury wyrzeźbiła tu niezwykłe formy... Po drodze na prom odwiedzam Park Zoologiczny Pardana. Trafiają tu m.in. potrącone przez samochody zwierzaki. Opiekunka parku przynosi małego kangurka zawiniętego w chustę, czyli torbę. Karmi go jak dziecko z butelki ze smoczkiem i opowiada o swojej pracy. Prócz oswojonych kangurów są tu: orły, zimorodki, emu, walabie i inne zwierzaki. Ostatnim punktem pobytu na wyspie jest udział w paradzie pingwinów. W szyku defiladowym dostojnie kroczą tuż obok przystani, dają nam lekcję dyscypliny i porządku. Chwilę później odpływa prom. Trzy kwadranse do stałego lądu. Powrót do Adelajdy i przez Azję do Europy. Z perspektywy australijskiej przygody i pokonanych tu dystansów lot powrotny wydaje się krótszy, znacznie krótszy.  



ZAPLANUJ PODRÓŻ
TRASA    5 tys. km
CENA    14 tys. zł
CZAS    2 tygodnie

Uluru Ta magiczna góra jest najczęściej opisywana jako największy monolit skalny na świecie (ma 3,6 km długości i 9,5 km obwodu). Ale... – Mt. Augustus w zachodniej Australii jest uznawany za największą skałę świata, dwa razy większą od Uluru i trzy razy starszą.
A gdzie w tym wszystkim miejsce na Mt. Everest?
Przylądek Tribulation Dotkniecie raju – miejsce, gdzie spotykają się dwa cuda świata: tropikalny las deszczowy i Wielka Rafa Koralowa, od 1988 roku na liście Światowego Dziedzictwa Przyrody, część Parku Narodowego Daintree. Na dokładkę niezwykłej urody plaże, wszystko 200 km od Cairns. Nocleg np. na plantacji owoców: www.capetrib.com.au

Coober Pedy W języku aborygenów znaczy „dziura w ziemi białego człowieka”. Z 250 tys. dziur wokół miasteczka na pustyni wydobywa się cenne kamienie. Latem jest tak gorąco, że śpi się… pod ziemią, w mieszkaniach i hotelach wybudowanych w opuszczonych sztolniach (stała temperatura +23OC). www.cooberpedy.sa.gov.au

Goolwa Miejsce, gdzie do morza uchodzi Murray, główna rzeka Australii, kiedyś ważny rzeczny i… morski port kraju. Warto pospacerować wśród XIX-wiecznych kamienic, zajrzeć do muzeum pionierów osadnictwa. Nocleg obowiązkowo na przycumowanym od lat statku rzecznym Murray River Queen. www.murrayriverqueen.com.au

Farmy Położone w bezkresach interioru, oddalone setki kilometrów od innych osad i ośrodków cywilizacji są niczym wyspy. Anna Creek – największa farma świata – jest wielkości Belgii! Do Evelyn Downs trzeba jechać z Coober Pedy pustynnym traktem około dwóch godzin. To „niewielkie” gospodarstwo liczy 2315 km2. Na niedużej jak na australijskie warunki farmie można przenocować i popracować.
Zwierzęta Australii
Koala (Phascolarctos cinereus) z rzędu torbaczy występuje głównie we wschodniej Australii. Osiąga 80 cm, waży do 14 kg, żyje do 20 lat. Większość czasu spędza na eukaliptusowych drzewach, śpiąc nawet po 20 godzin na dobę. I nie pije – potrzebną do życia wilgoć pobiera z liści eukaliptusa, które stanowią jego jedyne pożywienie. Zawarte w nich olejki eteryczne sprawiają, że zwierzątko ma spowolnione reakcje i wygląda na nieco „śnięte”.
Kangury (Macropus) to ssaki roślinożerne, największe z torbaczy. W Australii można je spotkać niemal wszędzie, nie tylko na Wyspie Kangura. Największe – kangury rude – mogą osiągać 1,60 m wzrostu i ważyć nawet 90 kg. Mięso kangura jest wyjątkowo smaczne, bardzo cenione przez dietetyków.
Dziobak (Ornithorhynchus anatinus) – ziemnowodny stekowiec, osiągający wraz z ogonem 85 cm długości. Jest samotnikiem żyjącym do 20 lat. Doskonale pływa – m.in. dzięki szerokiemu ogonowi oraz błonie między palcami. Mleko u dziobaków wydziela się wprost z nasady włosa, a młode nie ssą, tylko zlizują je z matczynej sierści. Samce jako jedyne ssaki mają kolce jadowe na obu kostkach.
Dingo (Canis lupus dingo) do Australii przybył przed tysiącami lat jako pies, towarzysz człowieka. Znany jest także z Papui Nowej Gwinei. Zjada króliki, małe torbacze, kangury, nie gardzi zwierzętami domowymi. Waży do 14 kg, żyje do 14 lat.



NO TO W DROGĘ – AUSTRALIA Powierzchnia – 7 686 850 km2 . Liczba ludności – 20 746 tys. Język – angielski, z silnym „akcentem australijskim”. Religie – społeczeństwo wieloreligijne, wielokulturowe z dominacją chrześcijaństwa. Waluta – dolar australijski, 1 A$ = 2,33 zł. Każda pora roku jest dobra. Jeśli jest trochę za zimno na południu i we wnętrzu kontynentu (lipiec–sierpień), na północy jest jak u nas latem. Gdy na północy jest upiornie gorąco i wilgotno (styczeń–luty), na południu temperatury są w sam raz. Wizę turystyczną na 3, 6 lub 12 miesięcy można otrzymać w Ambasadzie Australii w Warszawie lub przez internet. Dość skomplikowane formularze wizowe można pobrać ze strony: www.poland.embassy.gov. au. Wiza kosztuje 170 zł, na jej wydanie czeka się ok. 2 tygodnie. Bilet w dwie strony kosztuje ok. 5000 zł, w promocji 1000 zł taniej; polecam linie azjatyckie: Malasian Airlines, Cathay Pacyfic, Singapore Airlines – wyższy standard usług.  • Duże odległości w Australii najlepiej pokonywać samolotem – np. bilet Broome–Darwin (1300 km) kosztuje ok. 750 zł (w jedną stronę).
•  Autobusy – warto wykupić tzw. buss pass – bilet na określoną trasę z możliwością wielu postojów po drodze, np. buss pass na trasie Cairns–Melbourne (4478 km) kosztuje 850 zł. www.greyhound.com.au.
• Wynajęcie samochodu – od 100 zł/dzień). Można też kupić (od 950 zł) kilkunastoletniego holdena lub  forda), 1 l benzyny = 2,75 zł. • Najtańsze noclegi oferują campingi – od 16 zł za osobę z namiotem.
• Schroniska YHA i sieci backpackers – od 45 do 70 zł za łóżko.
• W pensjonacie 270 zł za dwójkę. Porcja chińszczyzny 25 zł, ryba z frytkami 23 zł, stek w restauracji 45 zł, piwo w pubie 12 zł. Warto zaopatrzyć się w kartę telefoniczną do tanich rozmów, np. Day Break – 400 min rozmów z Polską na numer stacjonarny za 47 zł. • Ambasada Australii, ul. Nowogro- dzka 11, W-wa, tel. (0-22) 521 34 44.
• Konsulat Generalny RP w Syd-ney 10 Trelawney Str., Woollahra NSW, 2025 Sydney, tel. 0061 2/93639816, 93639817, 9363 9818, e-mail: poland@bigpond.net.au, www.consulate.poland.org.au Polecam książki:  Roff Smith Zimne piwo i krokodyle; Robyn Davidson  Na zachód od Alice Springs; Marek i Katarzyna Tomalik Australia, moja miłość. Filmy: Polowanie na króliki,  (Rabbit Proof Fence), Dziesięć czółen (Ten Canoes).

 

Tekst: Marek Tomalik, www.australia-przygoda.com