Nowa Zelandia nigdy nie była nam po drodze. Zresztą chyba nikomu nie jest. Nawet podróżując palcem po mapie, rzadko się do niej dociera. Ale gdy okazało się, że mamy wolnych kilka miesięcy, loty nie są aż tak drogie, a dzieci uwielbiają dalekie wojaże, wybór był oczywisty.

Nasza definicja „zmęczenia” uległa szybkiemu rozszerzeniu, kiedy po 17 godzinach lotu non stop wylądowaliśmy w Auckland. Przez pół roku wspólnej podróży jeszcze wiele razy musieliśmy ją zmieniać, ale na razie szykowaliśmy się do jazdy po Nowej Zelandii kamperem. Nie takim nowoczesnym, z ogrzewaniem, pełnym wyposażeniem, toaletą i kuchnią. O nie. Nasz kamper z wygód miał kierownicę, wajchę do zmiany biegów i kanapy do siedzenia. Można też wymienić oryginalne brunatno-zielone zasłonki z 1969 r., kiedy go wyprodukowano. Do tego karoserię w stylowym kolorze zielonym i uchylane okna na korbkę, jeżeli potrzebowalibyśmy naturalnej klimatyzacji. Albo wełniane koce w skrzyniach pod siedzeniami, którymi mogliśmy się przykryć, jak robiło się zimno. Właśnie zaczynała się jesień.

Ogórek na czwórkę

Wyspa Południowa to ponoć ta prawdziwa Nowa Zelandia, z pocztówek i filmów. Góry, lodowce, fiordy. Radzono nam, żebyśmy tam jak najprędzej dotarli. Ale my chcieliśmy akurat zwolnić. Dłubać patykiem w piasku nawet kilka godzin, jeżeli akurat była taka potrzeba. Wsłuchiwać się całe ranki w cykady. Lub pół nocy wypatrywać na niebie Krzyża Południa. Poza tym pędzić nie mogliśmy. Nasz wehikuł rozwijał maksymalnie 70 km/h. Choć częściej toczył się 50 km/h. Dzieci tolerowały do dwóch godzin jazdy dziennie. I zachowywały się, jakby miały wbudowany budzik, który po określonym czasie włączał prawdziwą syrenę. Dojechanie z Forrest Hill, na północ od Auckland, do Wellington na południu wyspy zajęło nam trzy tygodnie, podczas gdy większość pokonuje tę drogę w dwa dni. 

Pierwszy przystanek zrobiliśmy w hipisowskim miasteczku Piha nad Morzem Tasmańskim, niedaleko Auckland, w którym postanowiliśmy zostać na tydzień. Bo wreszcie poczuliśmy powiew świeżego powietrza (miła odmiana po warszawskim smogu). Bo dobrze nam się walczyło z jet lagiem, kiedy mogliśmy nad ranem spacerować po pobliskim lesie deszczowym – różnica czasu wynosi 12 godz. i zupełnie pomieszała nam noc z dniem, a dzień z nocą. Codziennie biegaliśmy na bosaka po szerokiej plaży, kibicowaliśmy surferom walczącym z ogromnymi falami (szaleńcy!) i zajadaliśmy się domowymi lodami w jedynej w okolicy knajpie Piha Cafe.

Zachwyceni nowozelandzką pustką dojechaliśmy stamtąd do jaskiń Waitomo ze świecącymi robaczkami. Zobaczyliśmy tłumy przed kasami i zrobiliśmy szybki w tył zwrot. Chociaż to jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji Nowej Zelandii, darowaliśmy ją sobie bez większego żalu. I pojechaliśmy nad jezioro Taupo, które powstało po wybuchu wulkanu ponad 26 tys. lat temu. 
Cały wieczór wrzucaliśmy do niego kamienie, bo jak wiadomo, dla trzylatka i czterolatki to zadanie ogromnej wagi i może zająć całe godziny. naukę odpuszczania sobie rzeczy z list typu „10 atrakcji, które musisz zobaczyć w Nowej Zelandii” pobieraliśmy przez cały wyjazd. Ku zgrozie większości naszych znajomych nie byliśmy w Hobbitonie, czyli na planie filmowym Hobbita. Nie odwiedziliśmy słynnego Champagne Pool w Rotorua. Robiliśmy za to rzeczy, których próżno szukać w przewodnikach lub są o nich jedynie krótkie wzmianki: piknik nad samym wodospadem Huka, do którego dojechaliśmy na rowerach górskich po wymagających ścieżkach, odwiedziny w pozornie nieciekawym mieście Otorohanga, gdzie działa ośrodek zajmujący się ochroną ptaków kiwi. Kilka godzin obserwowaliśmy te przedziwne nieloty, które zamiast piór mają włosy, są aktywne w nocy i nie mają skrzydeł. Mieliśmy szczęście, bo oprócz kiwi zobaczyliśmy też kea, kaka, kakariki i inne gatunki nowozelandzkich endemitów. 

Przez pierwsze tygodnie podróży gros czasu zajmowało nam nie zwiedzanie, a rozpracowywanie systemu życia na kilku metrach kwadratowych we czwórkę. Za każdym razem, gdy chcieliśmy coś wyjąć, musieliśmy wypiąć foteliki dzieci i zdjąć rowery z bagażnika. Schowki były małe, więc zakupy musieliśmy mieć przemyślane i odliczone. Z dwóch palników w kamperze działał tylko jeden, więc przeszłam przyśpieszony kurs gotowania dań jednogarnkowych. Spaliśmy we czwórkę na rozłożonej w bagażniku kanapie. Jednak nawet przez chwilę nie żałowaliśmy, że jedziemy ogórkiem. Odpowiadało nam powolne tempo i małe wymiary kampera. Poza tym dzieci pokochały go od pierwszego wejrzenia. Wizja domu na kółkach tak im się podobała, że często już po dojechaniu na miejsce nadal się w nim bawiły – najchętniej w bagażniku albo w hamaku zawieszanym nad siedzeniem kierowcy.

Czekolada zamiast wina

Często opowiadana jest anegdota o tym, jak Bóg tworzył świat i dał Nowej Zelandii wszystko co najpiękniejsze. Ale potem stwierdził, że to jednak nie jest sprawiedliwe i dodał sandflies – gryzące i wyjątkowo wkurzające muszki, które szaleją na wybrzeżu Wyspy Południowej. Wysmarowani olejkiem cytrynowym, który podobno owe bestie odstrasza (nie do końca potwierdzam), ruszyliśmy przez spektakularne Marlborough Sounds. Krainę kilkudziesięciu zatopionych kiedyś rzek, które zalał Ocean Spokojny. Jeden z tych fiordów, Meretoto, upodobał sobie odkrywca i kartograf James Cook, który jako pierwszy Europejczyk odkrył cieśninę pomiędzy dwoma wyspami (nazwaną oczywiście Cieśniną Cooka). 

Dojechaliśmy też do najmniejszego parku narodowego Nowej Zelandii, czyli Parku Abla Tasmana, w którym piasek ma kolor złota i nawet w strugach deszczu spektakularnie mieni się na tle soczystej zieleni lasów deszczowych. Stamtąd powoli toczyliśmy się na południe, szukając jak najspokojniejszych miejsc dla nas i naszego ogórka. Bo niespodzianką dla nas okazał się zakaz zatrzymywania się kamperem czy spania pod namiotem na dziko. Na szczęście oprócz drogich kempingów-molochów były też wyznaczone miejsca w środku lasu lub nad jeziorem czy morzem. Często darmowe lub za niewielką opłatą. Jak na przykład w Okarito, miasteczku położonym pomiędzy Morzem Tasmana a rozlewiskami rzeki Okarito, nad którymi dominują nowozelandzkie Alpy. Dziś Okarito jest senną wioską, w której są dni, że łatwiej zobaczyć białą czaplę niż człowieka. 

My lagunę Okarito postanowiliśmy zwiedzać na kajakach, bo z perspektywy wody połączenie ośnieżonych szczytów, lasów deszczowych i rzeki wyglądało zupełnie nieziemsko. Koniec wycieczki uczciliśmy gorącą czekoladą. Słynne wino nowozelandzkie jakoś nigdy nie było nam po drodze. 

Pokaż język

Robiło się coraz zimniej, więc postanowiliśmy wykorzystać ostatnią szansę na pojechanie w góry. Po drodze podziwialiśmy skały Pancake Rocks, które wyglądają jak ułożone na sobie naleśniki, oraz lodowiec Franza Josefa (ale nie lądowaliśmy na nim helikopterem, co poleca większość przewodników). Dotarliśmy w końcu do Wanaki, zimowej stolicy Nowej Zelandii. Pięknie położone nad jeziorem i otoczone górami miasto i jego okolice odkrywaliśmy na rowerach. Ważnym momentem dnia było też karmienie węgorzy, które pływały wokół pomostu. 

Po kilku dniach ruszyliśmy na samo południe wyspy, żeby podejrzeć pingwiny żółtookie. Co za radość zobaczyć te płochliwe zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Ukryci w trawach obserwowaliśmy je na skalistej plaży i staraliśmy się sprawić, by nasz trzylatek nie krzyczał z radości. Przypadkiem dotarliśmy też do miasta Invercargill, które Mick Jagger nazwał (w delikatnym tłumaczeniu) „tyłkiem świata” po koncercie, jaki Rolling Stones dali tu w 1965 r. My w tej czarnej dziurze znaleźliśmy świetny park z placem zabaw i spędziliśmy cały dzień, nie przejmując się, że nawet przewodniki zapomniały o tym miejscu. 

Zakończyliśmy podróż w Queenstown – stolicy adrenaliny. Mieście, w którym wymyślono bungee jumping i w którym można robić ekstremalne rzeczy: zjeżdżać, spływać, skakać. Ale nie, jak się ma mniej niż metr wzrostu. My więc z chęcią uczyliśmy się maoryskich tańców haka. Wywalanie języka i wybałuszanie oczu, które miały przestraszyć przeciwników Maorysów, to też sport dość ekstremalny. 

W nocy nawet puchowe śpiwory przestały wystarczać. Zdecydowaliśmy się jechać na wyspy Pacyfiku w poszukiwaniu słońca. Wyjeżdżaliśmy jednak z żalem. Bo podróż po Nowej Zelandii, choć często męcząca, była też bardzo luksusowa. Luksus polegał na wspólnym czasie, na tym byciu blisko, zupełnym zwolnieniu i robieniu tego, na co my mieliśmy ochotę, bez oglądania się na listy miejsc, które trzeba zobaczyć. One muszą na nas poczekać. Choć po tej podróży podejrzewam, że pewnie nigdy już z nich nie skorzystamy. 

Julia Lachowicz