Zobaczyć Himalaje to jedno. Poczuć ich siłę, stojąc na jednym ze szczytów, to zupełnie coś innego. Zmienia perspektywę na świat

Szpilki na Giewoncie. Właściwie nie wiem, dlaczego zaczęłam myśleć o serialu, którego ani razu nie widziałam, właśnie teraz. Ale ta nazwa nie chce mi wypaść z głowy, tak jak czasem zasłyszana w radiu piosenka nieznanego autora. Powtarzam ją jak mantrę: szpilki na Giewoncie, szpilki na Giewoncie... To chyba efekt wysokości i rozrzedzonego powietrza. Zaczyna mi się mieszać w głowie. Przedzieramy się właśnie przez lodowiec na ponad pięciu tysiącach metrów. – Cóż za absurd! Myślę o szpilkach w górach! I patrzę na swoje buciory, do których przyczepione są raki, na stromych podejściach po lodzie ratujące mi życie. Jakże dalekie są one od eleganckich butów na obcasie, czerwonej podeszwy i seksownych czubków. Za chwilę moje myśli lecą do Giewontu. Nawet pamiętam dokładną wysokość: 1894 m. Gdy go zdobywałam kilka lat temu, wydawało mi się to wielkim górskim wydarzeniem. A teraz proszę, jeszcze kilka godzin i może stanę na swoim pierwszym sześciotysięczniku. Zobaczę górę gór, czyli K2, i całą panoramę indyjskich Himalajów. Bez specjalistycznego sprzętu, bez przewodnika, bez większych kosztów, kucharza ani tragarzy. I jak się zaraz okaże, bez większego problemu.

Sprostowanie

Istnieje jakieś wielkie nieporozumienie, które pojawia się za każdym razem, gdy wymawiam wśród swoich znajomych słowo „Himalaje”. Po pierwsze wielu się wydaje, że chodzić po nich można tylko w Nepalu. Że właśnie tam jest trekkingowa mekka. A przecież najlepsze trasy dla amatorów (w podwójnym znaczeniu tego słowa) są w Indiach. Wielokrotnie to sprawdziłam, nie tylko w Ladakhu, ale też w indyjskich stanach Himaćal Pradeś czy Uttarakhand. Drugi mit: tam wybierają się tylko wyczynowcy, którzy zęby zjedli na wspinaniu się po Alpach, Andach i Pirenejach. A przecież moja osoba w tym miejscu to najlepszy dowód na to, że aby się tu znaleźć, nie trzeba mieć ani mięśni ze stali, ani kilkudziesięcioletniego stażu w wysokich górach. Wystarczy, że jest się w formie i w góry chodzi się w miarę regularnie. No i trzecie nieporozumienie: że Himalaje to tylko Mount Everest i inne ośmiotysięczniki. Że tam niższych szczytów się nie uświadczy. Co najwyżej można się wybrać na słynne (i kosztowne!) trekkingi wokół Annapurny czy pod bazę Czomolungmy. I popatrzeć na giganty z dołu. Tego ostatniego, pozwólcie, nie będę nawet komentować!

Formalności

Nie jestem chojrakiem. Ani świrem uzależnionym od adrenaliny. Po prostu kocham góry i lubię się porządnie zmęczyć. Na szczyt Stok Kangri (6137 m n.p.m.) w indyjskich Himalajach początkowo chciałam iść z przewodnikiem. Miało być łatwiej, bezpieczniej, pewniej. Znalezienie go w mieście Leh wydawało się bardzo proste. Na każdym rogu przecież kryje się tu jakaś agencja trekkingowa. Chciałam zapłacić, jak normalny człowiek, tę równowartość 400 zł. I przewodnikowi zlecić załatwianie zezwolenia, które uprawnia do zdobywania tego szczytu. Zakup żarcia, zrobienie listy najpotrzebniejszego ekwipunku i zorganizowanie transportu z Leh na początek szlaku. On miał być mózgiem operacji, ja jedynie miałam wywlec moje 55-kilogramowe ciało na szczyt. Jednak w Indiach proste i z pozoru oczywiste rzeczy często okazują się niewykonalne.

Pan z pierwszego biura właśnie wychodzi, bo chce sobie zrobić przerwę. Chyba jeszcze dziś otworzy, ale nie jest pewien o której. Ten z drugiego jest na zastępstwo, o otaczającym nas krajobrazie niewiele może powiedzieć. Trzeci – właściwie nawet by ze mną poszedł, ale nie ma akurat osła, a on sam bagażu nie będzie przecież dźwigał. Bo ekwipunek ma iście starożytny i waży w sumie ponad 30 kg. Zgadza się dopiero czwarty. Warunki dogadane. Mam się zgłosić jutro rano, by zapłacić i odebrać zezwolenie. Wszystko świetnie, tylko niestety przez cały następny dzień biuro zabite jest dechami. Żadnej informacji, nikt nic nie wie, pan po prostu zniknął. Postanawiam, że chyba szybciej zdobędę szczyt wraz z towarzyszem swojej podróży (też amatorem), niż dogadam się z lokalnymi przewodnikami. Szkoda czasu i jak się później okaże – pieniędzy.

Najpierw wizyta w Himalajskim Instytucie. Szefem tu jest starszy gość, który na wizytówce przedstawia się jako „Everest Hero”. Przed wystawieniem zezwolenia opowiada swoją historię życia, a na koniec pyta jedynie, czy byliśmy kiedyś w wysokich górach, czy mamy raki, czekany i kaski i czy wiemy, do czego służą. Odpowiedź „tak” wystarcza, by dostać zgodę na zdobywanie Stok Kangri w Parku Narodowym Hemis. Mamy przyjść po powrocie i się odmeldować.

Baza

W bazie mieliśmy być dopiero jutro. Ale jak to w Indiach, plan uległ zmianie. Tak dobrze się nam szło, że pominęliśmy jeden nocleg w bazie Mounkarmo (4250 m) i za jednym zamachem weszliśmy na wysokość 4975 m, czyli do miejsca, z którego ekipy atakują szczyt. Wiem, to wbrew zasadom, żeby pokonywać taką wysokość na raz. Dlatego nikomu nie radzę tak robić. Na usprawiedliwienie mam to, że wcześniej już kilka tygodni aklimatyzowaliśmy się na wysokościach ponad 5 tys. I że czuliśmy, że jesteśmy w naprawdę świetnej formie.

Baza pod Stok Kangri (4980 m) różni się od tej, którą widziałam w telewizji pod Everestem, głównie liczbą namiotów. Nie ma tu kilkuset ekip, tylko kilkanaście osób. My zastaliśmy ekipę Włochów i dwie pary Niemców. Ci pierwsi, w profesjonalnych kurtkach z napisem „Stok Kangri Expedition”, przygotowywali się właśnie do kolacji. W oddzielnym specjalnym namiocie kucharze pichcili porcję indyjskiego curry. Zapach obłędny. My musimy zadowolić się makaronem z sosem z torebki. Zaprzyjaźniamy się z Niemcami. Ci czekają tu już drugi dzień na formę. I ostrzegają, że dzisiejsza noc ma być ostatnią okazją do zaatakowania szczytu, bo od jutra ma się pogarszać pogoda.

Atak

Pobudka o trzeciej nad ranem na prawie pięciu tysiącach metrów w temperaturze zera stopni, w dodatku po całodniowym wspinaniu, nie należy, delikatnie mówiąc, do najprzyjemniejszych. Ale zwlekanie z nią może sprawić, że nigdy nie zobaczymy szczytu. Bierzemy więc ze sobą raki, czekany, kaski, kijki, zapasowe baterie, ciepłe ubranie, batony energetyczne i wodę. W sumie ok. 7 kg sprzętu. Wkładamy latarki czołówki na głowę i ruszamy przed siebie. Trasa oznakowana jest poukładanymi na sobie kamieniami, ale w tych himalajskich ciemnościach nie jest łatwe odnalezienie kolejnego tropu. Dlatego sporo energii i czasu tracimy na poszukiwania kopczyków. Najtrudniej jest, gdy wchodzimy na teren lodowca. Trzeba nie tylko uważać na trasę, ale też na drobne szczeliny. Mam wrażenie, że przede mną widzę wilka. Za chwilę przed oczami błyska mi światło. To chyba jakieś zwidy w tej zupełnej pustce. Ale nie, to jeden z Włochów. Wyszli godzinę przed nami. Ten napotkany zrezygnował z dalszej wspinaczki. – Walę to! – oznajmia. – Jest zimno, stromo i nic nie widać – mówi nam. No tak, to zdecydowanie mniej przyjemne niż picie gęstego espresso przy fontannie di Trevi. Na drodze spotkamy jeszcze trzech śmiałków, którzy stwierdzili, że to nie dla nich, bo jest trudniej, niż myśleli. Że nie chcą ryzykować życiem. Staramy się nie przejmować i twardo pniemy się w górę. Takie opowieści znamy już z innych wycieczek po indyjskich Himalajach. Gdy chcieliśmy zdobyć przełęcz Indrahar, w okolicach miasta McLeod Ganj, lokalsi zapewniali nas, że nie ma szans, byśmy tam weszli. Po dwóch dniach przybijaliśmy na niej piątkę i podziwialiśmy najpiękniejszy górski krajobraz pod słońcem – tak nam się przynajmniej wydawało.

Szczyt

Kryzys przychodzi na wysokości 5800 m. Jeszcze tylko i aż 200 m do góry. Idziemy już pięć godzin. Tlenu jest coraz mniej, śniegu coraz więcej, a grań robi się wąska. Zaczynają się lekkie zawroty głowy. Nie pomaga nawet łyk wody. Od teraz walkę z organizmem musi przejąć silna wola. Każdy ruch nogą to decyzja. Czy już to zrobić, gdzie postawić stopę. Krok, krok, odpoczynek. Robi się stromo, czekan przydaje się do podpierania, gdy wspinamy się po już całkiem głębokim śniegu. Przed nami nie ma nikogo. Pełne skupienie i o 9.08 rano roztacza się przed nami panorama. Tylko dla nas prężą się w słońcu góry w Karakorum (w tym K2), swoje wdzięki pokazują też Himalaje. Te indyjskie i tybetańskie. Endorfiny mieszają się z wykończeniem. Radość ze strachem, że jeszcze trzeba zejść.

Odwrót

Powrót jest upiorny, bo przychodzi zmęczenie, a przed nami jeszcze długa droga do Leh. Marzę, by jak najszybciej położyć się w namiocie, który czeka w bazie. Nogi uginają się pod ciężarem mojego ciała. Zapach żelu energetycznego odpycha. Lodowiec zaczął się już roztapiać pod wpływem słońca, więc przejście po nim jest coraz mniej bezpieczne. – Teraz szpilki zupełnie by się nie sprawdziły – myślę sobie. Na szczęście drogę już znamy, poza tym teraz jest jasno. Wszystko wygląda mniej przerażająco i jakoś tak swojsko. Spoglądam ostatni raz na szczyt. I jestem szczęśliwa, że stanęłam na nim bez zastępu przewodników i tragarzy. Z nimi cała ta wyprawa straciłaby dreszcz emocji, z którym u mnie wiązało się poszukiwanie drogi (oni znają ją na pamięć), niepewność w stąpaniu po lodowcu i intymności, jaką można było odczuć samemu na górze. Zaoszczędzone 400 zł pozwala mi przeżyć w Indiach kolejne dwa tygodnie.

PS

Następnego dnia nad Stok Kangri pojawiły się chmury. Wejście na szczyt musieli odwołać wszyscy trekkingowcy. Ci niezależni i ci z przewodnikami. Gdy zjawiliśmy się u pana „Everest Hero”, ten był pewny, że nie udało się zdobyć sześciotysięcznika. Zadziwiliśmy go, gdy orzekliśmy: „Panie bohaterze, zadanie wykonane”.