Wciąż padają pytania: dlaczego Polska? Dlaczego rowerem? Czy podróż poślubna to nie okazja do spędzenia romantycznego czasu wśród palm z kolorowym drinkiem w ręku? Odpowiadam pytaniem: czy wieczór nad dzikim brzegiem Odry przy odgłosie ryczących jeleni nie jest bardziej ekscytujący?

ZOBACZ GALERIĘ >>>
Podróż poślubna?

- Czujesz ten zapach? Tak pachnie wolność – stwierdziłam przejeżdżając wśród kolorowych pól, gdzie zapach świeżo ściętego zboża, mieszał się z tą charakterystyczną wonią lasu. Nad głowami przelatuje nam para bocianów, a twarz smagana jest sierpniowym wiatrem i porannymi promieniami słońca. Wszystkie zmysły pracują na najwyższych obrotach. Relaks w pełnej krasie.

3485 km, 36 dni, milion wrażeń i niezapomnianych chwil. Odkryliśmy Polskę na nowo. Ukryte przed światem małe podlaskie wsie, w których czas się zatrzymał, mazurskie jeziora, tętniące życiem polskie wybrzeże, dzikie rejony Odry, tajemnicze zamki Dolnego Śląska, mordercze podjazdy przez kolejne pasma gór Czech, Słowacji i Polski. To wszystko czekało na nas na trasie biegnącej dookoła Polski wzdłuż historycznych granic za czasów Mieszka I. To tak z okazji 1050-lecia chrztu Polski.

 

Początki nie są łatwe

Naszą trasę rozpoczynamy w Siedlcach, aby przez kolejne dni przemknąć przez dziesiątki kolorowych wsi podlaskich.  Zanim jednak rozgrzewamy mięśnie na dobre, na jednej z głównych ulic Sokołowa Podlaskiego drogę zagradza nam samochód dostawczy. Po 10 sekundach rozmowy pan Waldek leśniczy podsumowuje stanowczym stwierdzeniem: „Śpicie dzisiaj u mnie”. To tyle byłoby z dalszej jazdy. Spędzamy więc doskonały wieczór na ogródku przy kominku i karkówce z grilla dzieląc się rowerowymi doświadczeniami. Dzięki takiej gościnie dalsza jazda staje się łatwiejsza. Nawet przebita dętka drugiego dnia nie jest jeszcze tak irytująca. Ale już „flak” piąty dzień z kolei, średnio o tej samej godzinie, to lekka przesada. Może to zły omen, który każe nam wrócić do domu? Dopompowując co 10 minut połataną dętkę, dojeżdżamy do Ełku, aby odwiedzić serwis rowerowy. Na szczęście usterki  nie wynikały z ponurych żartów losu, a z pękniętej opony, która przecierała kolejne dętki. Teraz powinno być z górki… Powinno.

Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Niekończące się pola kukurydzy zastąpione zostają przez ogromne połacie lasów, w których co chwila kryją się jeziora. Orzeźwiające kąpiele przynoszą ulgę, bo z nieba leje się żar, a droga nie jest tak płaska, jak można się było spodziewać. Ciągłe podjazdy sprawiają wrażenie, że dojeżdżamy już gdzieś na południe Polski! Mimo to Mazury są idealnym miejscem na rowerowe wojaże. Zwłaszcza dla tych, którzy kochają dziką przyrodę. Wszystko przez dziesiątki szlaków prowadzących często leśnymi ścieżkami. Codziennie rano po wyjściu z namiotu witał nas widok uśpionej jeszcze tafli wody, nad którą unosiła się mgła.

 

Wzdłuż polskiego wybrzeża

Po przejechaniu płaskich jak stół Żuław Wiślanych, dojeżdżamy w końcu w rejon Mierzei Wiślanej. Zahaczamy przy okazji o obóz koncentracyjny w Sztutowie, gdzie odrywamy się na chwilę od naszej rowerowej codzienności. Przechadzając się po kolejnych barakach poznajemy mroczną stronę ludzkiej natury, która doprowadziła do zagłady blisko 65 tysięcy osób w samym Sztutowie.

Pełni refleksji ruszamy w kierunku Krynicy Morskiej, aby po skromnym śniadaniu na plaży skierować się na Gdańsk. Tam w końcu czeka nas pierwszy dzień odpoczynku, po którym rozpoczynamy odkrywanie małych miasteczek rybackich i modnych kurortów wypełnionych po brzegi turystami. Zapach smażonej ryby miesza się ze słodką wonią gofrów. Niestety nasza trasa z okolic Łeby do Ustki prowadziła główną drogą, na której podstawową atrakcją było pilnowanie, żeby samochód nie zepchnął nas do rowu. Do tego wiatr wiejący prosto w twarz powodował czasem zwątpienie.

Na szczęście od Dąbek jazda staje się coraz przyjemniejsza. Często wjeżdżamy na europejski szlak R10 ciągnący się dookoła Bałtyku. Z jednej strony drogi słychać szum fal, z drugiej okrzyki radości dzieci kąpiących się w kolejnych przybrzeżnych jeziorach. Po drodze mijamy, lekko zaniedbane Gąski, pełne kolonii Pobierowo, zielone Niechorze, czy żubrowisko w Wolińskim Parku Narodowym. Do miasteczka Łazy rower trzeba przepchać przez plażę, a to naprawdę nie jest łatwe zadanie. Niestety jedyna ścieżka po lądzie zarezerwowana jest przez ornitologów. Wprawdzie pan „ochroniarz” z wątpliwym uzębieniem próbuje przekonać, że za drobną opłatą da nam przejść, jednak nie korzystamy z tej kuszącej propozycji.

W większości przypadków noce spędzamy pod namiotem. Jednak w trakcie objazdu wybrzeża, pogoda nam nie dopisuje. Po obfitych opadach postanawiamy zapytać proboszcza wsi Wierzchucino o nocleg. W rezultacie zostajemy zaproszeni na kolację z „sosnówką” w roli głównej, dostajemy własny pokój, poranną przejażdżkę po okolicy i słoik miodu. W końcu, jak tłumaczy ksiądz, to nasz miesiąc miodowy.

 

Piekielne podjazdy

Wzdłuż zachodniej granicy czeka na nas Cedynia, pod którą w 972 roku Mieszko I wygrywa znaczącą dla Polski bitwę, Łagów wraz ze swoim szmaragdowym jeziorem, czy tajemniczy zamek Czocha górujący nad jeziorem Leśniańskim. Większość trasy zachodniej granicy pokonujemy po niemieckiej stronie szlakiem rowerowym wzdłuż Odry.  Co chwila mija nas grupa uśmiechniętych, niemieckich rowerzystów. Podziwiamy m.in. ruiny mostu we wsi Kłopot z 1919 roku, który w czasie wojny został wysadzony przez niemieckich żołnierzy. Dziś porośnięty krzakami fragment mostu jest doskonałym obiektem  fotograficznym. 

Horyzont powoli zaczynają zasłaniać pagórki. To znak, że wkraczamy w najtrudniejszy etap podróży. Trasa wzdłuż południowej granicy ciągnie się przez kolejne pasma Sudetów i Karpat po polskiej, czeskiej i słowackiej stronie. Kondycja zostaje wystawiona na próbę. Najbardziej denerwującą tendencję zauważamy u Czechów, którzy prowadzą główną drogę przez środek wsi, do której zawsze trzeba było zjechać kilkaset metrów w dół, żeby za chwilę z powrotem pokonywać kolejny podjazd. Momentami bezsilni wjeżdżamy na kolejne przełęcze zastanawiając się jednocześnie, po co to wszystko. Po co tak męczyć się na własne życzenie. Kiedy jednak docieramy na szczyt, widok z góry i satysfakcja z kolejnej wygranej z własnymi słabościami, rekompensują trud wspinaczki. A te obiady gotowane gdzieś na przełęczy. Sama przyjemność. Po dojechaniu do Zakopanego, gdzie czeka nas dzień przerwy, wiemy, że przed nami ostatni etap podróży. Po ostrym treningu w górach, po nizinach wschodniej Polski mkniemy jak szaleni.

O 2 w nocy, po 36 dniach ponownie widzimy tabliczkę z napisem Siedlce. Okrążyliśmy Polskę! Mimo że od dawna marzyliśmy o swoim ciepłym łóżku, czy o zwykłej porannej kawie, zdecydowanie będzie nam brakować tej przygody. Tej aktywności i całych dni spędzanych na świeżym powietrzu. Tej ekscytacji podczas poznawania nowych rejonów. Tych obiadów gotowanych nad jeziorem i na przełęczach. Nocy spędzonych pod rozgwieżdżonym niebem. Tego wiatru we włosach i uczucia wolności. Bo mam wrażenie, że te podróże, to choroba nieuleczalna.

 

Tekst: Joanna Wnuk
autorka www.wnuczykije.pl