„Stały pobyt w tym samym miejscu zawsze będę uważał za nieszczęście” – notował XIX-wieczny poeta. Miał wygląd cherubina, delikatną urodę i zawadiacki, nieco cyniczny sposób bycia. Jego niezwykłe losy i oryginalna twórczość fascynowały wielu. Był jak Statek pijany ze swojego najsłynniejszego wiersza.

Poeta i handlarz bronią. Złamana dusza, która zostawiła wszystko, co duchowe, żeby zniszczyć dawną wrażliwość i odczuwanie. Zostawił niewiele, pióro złamał, mając zaledwie 19 lat, zmarł w straszliwych męczarniach.

Swoje trudne dzieciństwo rozpoczął jesienią 1854 r. w Charleville, niewielkim miasteczku na północnym wschodzie Francji. Powiadają, że Vitalie Rimbaud z domu Cuif, chłopska córka i zła baba, cierpiąca i zła, wydała na światło dzienne Arthura Rimbauda. Nie wiadomo, czy najpierw przeklinała, a potem dopiero cierpiała, czy też przeklinała, że musi cierpieć, i w tym przekleństwie tkwiła. (…) Wiadomo wszakże, że kiedy syn miał lat sześć, mąż tej kobiety, który był ojcem tego syna, wnet zamienił się w zjawę w czyśćcu odległych koszar, gdzie ledwo był nazwiskiem – tak rozpoczyna opowieść o życiu poety Pierre Michon, jeden z najznakomitszych współczesnych francuskich eseistów.

Niezwykłe losy i oryginalna twórczość Rimbauda od pokoleń fascynowały jego miłośników. Tłumaczyli go najwięksi z największych, przyznając z bólem, że przy Rimbaudzie ich pióro tchnie nudą i pustką.

Chłopak był wnikliwym obserwatorem, od najmłodszych lat buntował się przeciwko burżuazyjnej moralności i małomiasteczkowym obyczajom. Mierziła go naskórkowa pobożność sąsiadów, przytłaczała osobowość apodyktycznej matki. Miał zaledwie 15 lat, kiedy napisał Wrażenie, dwie strofy genialnego osobistego manifestu wolności (tłum. Bronisława Ostrowska).

W błękitne zmierzchy letnie pójdę miedzą polną
Skroś traw i ziół, muskany przez dojrzałe żyto...
Śniąc, będę czuł pod stopą świeżość ros podolną,
Pozwolę wiatrom kąpać mą głowę odkrytą.
Nie będę tedy mówił ani myślał wcale,
Lecz nieskończona miłość w moje serce spłynie...
I będę szedł jak Cygan – w coraz dalsze dale,
W przyrodzie, jak z kobietą, szczęsny w tej godzinie.

 

Statek pijany

W szkole wzorowy uczeń, zadziwiał umiejętnością komponowania łacińskich wierszy. W wieku 16 lat miał już na koncie ponad 20 utworów poetyckich w rodzimym języku. Czytał wszystko i wiele, w młodzieńczych dziełach wielokrotnie nawiązywał do dalekich podróży i obcych krain. W domu natomiast się nie układało. Brakowało ojca, który porzucił rodzinę, Arthur wraz z trójką rodzeństwa i matką mieszkali u dziadków.

Chłopak ciągle uciekał. Jarosław Iwaszkiewicz pisał, że ten młody poeta czuł się dobrze, gdy musiał się gwałtownie ścierać ze wszystkimi: z matką, okupantami Prusakami, z policją – został aresztowany za włóczęgostwo, czy dyrekcją kolei – jeździł bez biletu.

Pisał i wyjeżdżał, zapuścił włosy, sprzedał swój srebrny zegarek, żeby dostać się do Paryża, tam tułał się, zaglądając do księgarń, czytał innych poetów, poznawał ludzi. Wygląd cherubina, delikatna uroda i zawadiacki, nieco cyniczny sposób bycia zyskiwały mu tyle samo przyjaciół, co wrogów. Jak Statek pijany z jego najsłynniejszego wiersza, dawał się unosić falom, szarpać przez burze i „szturmował ku raf skalnych ścianom”.

Kiedy brakowało pieniędzy, Rimbaud wracał do domu, żeby znowu za jakiś czas uciekać. Jednak w 1871 r., gdy matka postanowiła zmusić go do podjęcia jakiejkolwiek pracy, 17-letni buntownik spakował się – na zawsze, jak sądził – i ruszył na wezwanie starszego o 10 lat i znanego już poety Paula Verlaine’a.

Poznali się listownie. Arthur wysłał do Paryża kilka swoich wierszy, które wzbudziły entuzjazm Verlaine’a. Dojrzały kolega obracał się w kręgu znanym ze skandali obyczajowych, swobody, ale i ogromnego artystycznego potencjału. Paul przekonał przyjaciół, że trzeba ściągnąć do stolicy utalentowanego nastolatka, zebrał nieco pieniędzy i Rimbaud triumfalnie wkroczył na salony. Chętnie prezentował swoje wiersze, pławił się w dekadenckiej atmosferze Paryża, pił absynt, uczestniczył w całonocnych dyskusjach o sztuce.

Verlaine otaczał go opieką, z czasem jednak relacja z mistrzem zaczęła przybierać dwuznaczny charakter. Mówi się, że miłość ta zawładnęła ich duszami i źle się skończyła, jak to zwykle bywa, kiedy uczucie zawładnie duszą; mówi się też, że – grając we wszystkich scenach i występując we wszystkich rolach – kochanka, kuma, poety – wystraszyli małżonkę, tę prawdziwą żonę Verlaine’a tysiącem błazeństw, jakie dyktuje absynt. (...) Toteż orfickie rzyganie na czworakach o czwartej rano na schodach małżeńskiego mieszkania zakończyło się starą małżeńską sankcją i żonka pokazała drzwi – pisze Michon.

Ale Arthur postawił wszystko na jedną kartę. „Przybywaj, duszo wielka, wzywamy cię, czekamy!” – zawołał do wyrzuconego przez panią Verlaine przyjaciela i tylko we dwóch ruszyli w podróż do Anglii i do Belgii. Wtedy powstało najdonioślejsze i prawdopodobnie ostatnie dzieło Rimbauda – Sezon w piekle.

Jego burzliwy związek z Verlaine’em zakończył się dramatycznie. Pod wpływem alkoholu zazdrosny przyjaciel strzelił do niego i zranił w nadgarstek. W sierpniu 1873 r. 19-letni włóczęga powrócił na rodzinne łono i przestał pisać poezje. Po prostu wyrzucił talent na śmietnik.

 

Z cyrku do Afryki 

Setki krytyków literackich i biografów poety spierają się od lat o to, czy Rimbaud z poematu był tym samym człowiekiem, co późniejszy Rimbaud afrykański, gardzący sztuką, własną twórczością, czytający jedynie praktyczne poradniki i bez przerwy liczący pieniądze. Legenda Arthura przerosła jego samego. Ale czy człowiek może się nagle zmienić?

Z drugiego, równie krótkiego jak pierwszy etap życia została po nim obfita korespondencja. Niektóre jej fragmenty, gdyby nie były pisane najzupełniej na serio – z zaciekłą powagą i pośpieszną rzeczowością – można by uznać poniekąd za pierwowzór surrealistycznej zabawy i wiersza wyliczanki – twierdził Artur Międzyrzecki, polski poeta i tłumacz. No bo jak inaczej potraktować list: Podręcznik stelmacha, Podręcznik garbarza, Ślusarz doskonały Berthauta, Eksploatacja kopalni, Podręcznik szklarza, Podręcznik ceglarza, Podręcznik fabrykanta fajansu, garncarza itp., Podręcznik gisera wszelkich metali, Podręcznik fabrykanta świec, Podręcznik rusznikarza… Przede wszystkim potrzebny mi Garbarz… Dołączcie do paczki Podręcznik telegrafii, Małego stolarza i Malarza ściennego. Jestem dziś naprawdę zbyt zajęty, by pisać dłużej…

Zanim zaczęła się afrykańska przygoda, Rimbaud najpierw odwiedził Anglię, gdzie uczył w gimnazjach francuskiego. Sam pogłębiał swoją znajomość angielskiego i niemieckiego. Następnie pojechał do Niemiec, żeby pracować jako nauczyciel domowy. Na piechotę dotarł do Włoch przez Szwajcarię. Przeszedł niebezpieczną Przełęcz św. Gottarda w Alpach, zwiedził Mediolan, jednak udar słoneczny zmusił go do powrotu. Przy okazji uczył się kolejnych języków: hiszpańskiego, włoskiego, holenderskiego, arabskiego i nowogreckiego.

Miał 22 lata, gdy zaciągnął się na sześcioletnią służbę w armii holenderskiej i popłynął do Dżakarty. Po trzech tygodniach doszedł do wniosku, że to jednak nie dla niego – jako dezerter wrócił na angielskim żaglowcu Wandering Chief do ojczyzny. Przez jakiś czas pracował w cyrku Loisset – biografowie nie są zgodni, czy jako tłumacz, czy kasjer – zwiedzając z trupą Szwecję i Danię.

Kolejne dwa lata to ciąg wiecznych tułaczek i dorywczych prac. Rimbaud zatrudnił się m.in. jako nadzorca w kamieniołomach przedsiębiorstwa E. Jean et Thial fils na Cyprze, a następnie przy budowie pałacu brytyjskiego gubernatora w górach Troodos. Po scysjach z kierownictwem budowy – jak to miał w zwyczaju, czyli gwałtownie – złożył dymisję i popłynął do Adenu, brytyjskiej kolonii na terenie dzisiejszego Jemenu.

 

Handlarz w stanie dzikim

Szukałem pracy we wszystkich portach Morza Czerwonego, w Dżiddzie, Suakinie, Massaui, Hodejdzie itd. Przyjechałem tu po próbach znalezienia czegoś w Abisynii. Po przyjeździe byłem chory. Pracuję u kupca handlującego kawą i otrzymuję tymczasem tylko siedem franków. Kiedy zbiorę kilkaset franków, wyjadę do Zanzibaru, gdzie podobno jest co robić – Rimbaud pisał z Adenu do rodziny we Francji. Listy były jedynym łącznikiem ze starym życiem. Dawny poeta, nazywany niegdyś przez Verlaine’a „mistykiem w stanie dzikim”, skupiał się teraz jedynie na pieniądzach, choć odzywały się również echa lektur podróżniczych z dzieciństwa.

Głównie ze względów finansowych, ale także z powodu nudy, z którą walczył w Adenie, zaczął rozglądać się za bardziej pasjonującym miejscem. W grudniu 1880 r., po 20 dniach konnej podróży przez pustynie Somalii, przybył do Hararu (dzisiejszego Hareru) na Wyżynie Somalijskiej w Etiopii. Na polecenie zatrudniającej go firmy handlował kawą, kadzidłem, piżmem, złotem, skórami i kością słoniową. Handel przynosił coraz lepsze dochody, choć poeta narzekał, że ich transport do brzegu morskiego jest zbyt kosztowny. Coraz częściej podejmował również własne wyprawy. Zaczął tworzyć grupę myśliwych-łowców słoni.

Mimo prostoty listów, między ich wierszami można odnaleźć dawnego Arthura, ciekawego świata, zachwyconego nim, ale i niespokojnego, gwałtownego, buntowniczego. - Sprowadzamy aparat fotograficzny, przyślę wam widoki kraju i ludzi – relacjonował matce i rodzeństwu. – Otrzymamy również przybory preparacyjne do historii naturalnej i będę mógł wam przesyłać ptaki i zwierzęta, jakich jeszcze nie widziano w Europie. Wkrótce poprosił o przysłanie Przewodnika podróżnika, a następnie katalog wszystkiego, co najlepszego produkuje się we Francji (lub) za granicą z aparatów mających zastosowanie w matematyce, astronomii, elektryczności, meteorologii, mechanice, hydraulice i mineralogii. Za chwilę zmieniał plany, marząc o pracy w Panamie. Potem myśli znów wracały do Afryki, którą – w różnych aspektach – poznawał coraz bliżej.

W lutym 1881 r. narzekał na niegojące się rany, które zdaniem jego biografów były jednym z objawów syfilisu. Mimo gorączki i złego samopoczucia docierał w „okolice zupełnie przez Europejczyków niezbadane”. Był jakby w amoku, choroba i gwałtowny charakter dawały o sobie podwójnie znać w trudnych tropikalnych warunkach. Żądam od świata jedynie dobrego klimatu i przyzwoitej, ciekawej pracy – narzekał, równocześnie snując plany o napisaniu pracy oraz sporządzeniu map Hararu i wiosek plemion Galla dla Towarzystwa Geograficznego. Nie należy sądzić, że te okolice są zupełnie dzikie. Mamy tu armię, artylerię i kawalerię – egipską – i ich dowództwo. To wszystko identyczne jest z tym, co istnieje w Europie; tylko mnóstwo psów i bandytów. Tubylcy to plemiona Galla, rolnicy i pasterze; spokojni, gdy się ich nie atakuje. Kraj jest świetny, choć stosunkowo zimny i wilgotny – notował Rimbaud. Mając 27 lat, przemierzył nieznane dotąd okolice Ogadenu, obecnie na terenie prowincji Somalii w Etiopii. Był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Bubassy. Żeby lepiej zrozumieć region, który eksploruje, zamówił „najlepszy francuski przekład Koranu, jeśli taki istnieje”. 10 grudnia 1883 r. skierował swój raport do Towarzystwa Geograficznego w Paryżu.

 

Menelik nie płaci

Raport Rimbauda z pewnością nie ujawniał dawnego, poetyckiego talentu autora, był za to rzetelnym, niemalże dziennikarskim reportażem. Oprócz solidnej wiedzy przemyca wiele ciekawostek: o rodzinie, której głowa ma 60 synów i wnuków, o truciźnie ubabay, która musi działać wolno, skoro tubylcy dosięgnięci nasączonymi nią strzałami wycinają zranione miejsca i pozostają przy życiu, a także o wężach z rogami, których oddech potrafi zabić. Zauważył ludzi z podkasty Mitgane (Cyganie) werbowanych w czasie wojen jako szpiedzy. Opisuje polowania na słonie, hodowlę strusi, ale także szlaki wodne i warunki klimatyczne. Jest w tym raporcie jakiś spokój, spełnienie, których brakuje w całej korespondencji.

Okazuje się jednak, że to spokój chwilowy, Rimbaud znowu zaczął żalić się na brak pieniędzy, źle idące interesy, a nawet na brak żony i syna, którego mógłby wykształcić na inżyniera. Wrócił do Adenu i zamieszkał z ledwie mówiącą po francusku Abisynką. Zostało po niej zdjęcie. Dziecięcy uśmiech, łagodne oczy. I może w jej ramionach znalazłby ukojenie, gdyby nie otrzymał oszałamiającej perspektywy wzbogacenia się.

Razem z Pierre’em Labatutem, Gaskończykiem, miał przewozić broń dla króla Menelika, władcy krainy Szeua, który dążył do zdobycia etiopskiego tronu. Z dnia na dzień Rimbaud zerwał z firmą, dla której do tej pory pracował. W bezwzględny sposób pozbył się też Abisynki, właściwie wyrzucił ją z domu.

Przysyłają mi z Europy kilka tysięcy karabinów – pisał do matki. – Droga do Szeui jest bardzo długa, prawie dwa miesiące marszu do stolicy, Ankoberu. Kraje zaś, które się przemierza, są okropnymi pustyniami. Jak zwykle wyliczał też skrzętnie, ile zarobi, i poprosił o kolejną książkę. Tym razem słownik języka amharskiego.

Ale los odwrócił się od Rimbauda. Ze względu na trudną sytuację polityczną nie mógł wyruszyć z bronią do Menelika. U Labatuta lekarze zdiagnozowali nowotwór i wspólnik zmarł, zostawiając Arthura z długami. Rok później poeta-handlowiec dotarł w końcu do Menelika, ale król odmówił zapłaty w żądanej wysokości, jako że oferowana przez Rimbauda broń była przestarzała. Wszystko szło nie tak. „Władca Szoa, Kaffy i wszystkich sąsiednich krajów Galla”, jak podpisywał się Menelik, raczył jednak napisać do Rimbauda list, który zaczynał się następująco: Jak się miewasz? Ja, chwała Bogu, mam się dobrze, jak wszystkie moje wojska.

Dobre samopoczucie króla sprawiło, że Rimbaud odzyskał swoje pieniądze, ale wystarczyły właściwie na pokrycie kosztów całego przedsięwzięcia. Zaczął się miotać, nadal chciał handlować bronią, miał pomysł, żeby produkować ją w krainie Szeua, ale zaczął podupadać na zdrowiu. Pisał artykuły podróżnicze dla różnych tytułów, bezskutecznie usiłował namówić Towarzystwo Geograficzne na sfinansowanie badań w Sheui. Równocześnie czuł się coraz gorzej, dokuczały mu reumatyzm i silne bóle prawego kolana, które okazały się początkami raka. Posiwiał, miał manię gromadzenia pieniędzy. Owijał się trzosami z monetami, które mu ciążyły, nosił na sobie ponad 8 kg. W końcu zdecydował się na powrót do domu, choć prześladował go lęk, że europejska zima go zabije.

W kwietniu 1891 r., na siedem miesięcy przed śmiercią, zaprojektował nosze, na których kazał się nieść przez pustynię szesnastu czarnoskórym tragarzom. W upale, nie mogąc się ruszyć ani uśmierzyć koszmarnego bólu puchnącej nogi, przebył 300 km w 12 dni. Po pobycie w szpitalu popłynął do Marsylii, tylko po to, żeby lekarze amputowali mu nogę.

Coraz słabszy, wychudzony, niezdolny do samodzielnego poruszania się marzył w ostatnich dniach życia o powrocie do Afryki. Do końca był Statkiem Pijanym, który sam stworzył. Zmarł, mając zaledwie 37 lat.

Joanna Lamparska


Jeśli lubisz wrażenia, chcesz się z nami podzielić swoimi aktywnościami, zgłoś się i stwórz z nami przewodnik po Polsce Pełnej Przeżyć!