Nieprzebyte lasy zamiast sieci autostrad, stada niedźwiedzi grizzly zamiast tłumów ludzi, walka z przyrodą o przetrwanie zamiast codziennego dojeżdżania do pracy paliwożernym samochodem. Alaska to jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie natura utrzymała swą nienaruszoną okazałość. Tutaj biały człowiek, mimo że obecny od ponad 300 lat, jest tylko gościem.
Alaska to największy, a zarazem najsłabiej zaludniony ze stanów Ameryki. Zdajemy sobie sprawę, że w 10 dni, które mamy do dyspozycji, na pewno nie zobaczymy wszystkiego. Zamiast zaliczania najważniejszych atrakcji wybieramy więc swobodną włóczęgę. Chcemy poznać Alaskan, posłuchać ich opowieści. Poczuć tę krainę.
O tym, jak bardzo „innym” stanem jest Alaska, świadczy m.in. sposób, w jaki mówi się tutaj o reszcie kraju – Lower 49, czyli „tamten daleki świat poniżej 49 równoleżnika”. Oferując spokój, ciszę i komfortową izolację od polityki i wielkomiejskiego zgiełku, Alaska przyciąga różnej maści dziwaków z całego kontynentu. Pierwszego spotykamy już na trasie do parku Denali. Staruszek resztki siwych włosów ma związane w długi kucyk, a ciemne okulary maskują przepite oczy. Minivan, którym nas podwozi, cały obwieszony jest indiańskimi symbolami i stanowi jednocześnie dom dla niego i psa, z którym dzielimy coś, co od dawna nie jest już tylnym siedzeniem.
– Widzicie te chmury?
– Tak... Co z nimi?
– Widzicie, jakie są nienaturalnie regularne? Zdradzę wam tajemnicę – to chmury wyprodukowane przez człowieka. Armia USA ma w okolicy tajne podziemne bazy, z których za pomocą mikrofal próbuje kreować pogodę. Ale to im się nie uda. Przyroda jest silniejsza!
Park Narodowy Denali, w którym położony jest szczyt McKinley, to symbol Alaski i punkt obowiązkowy każdej wycieczki. Nas przyciąga tu także magia miejsca, którą stworzył Jon Krakauer, opisując historię młodego Chrisa MacCandlessa w książce Into the Wild (Wszystko za życie). Niestety, mit najdzikszego miejsca w USA szybko znika za sprawą setek turystów, asfaltowych parkingów, kas biletowych i dziesiątek formalnych procedur.
Do wnętrza parku dostęp jest możliwy tylko w oficjalnych autobusach, które przemierzają 90-kilometrowy odcinek szutrowej drogi od siedziby parku do wioski Kantishna pod masywem McKinley. Siedziba nosi nazwę Centrum Dostępu do Dziczy, a pozbawieni poczucia humoru parkowi rangersi traktują to śmiertelnie serio. Każdy odwiedzający park musi przejść półgodzinne szkolenie, po którym składa podpis na „kontrakcie z dziczą”. W jego ramach spędzający noc na terenie parku muszą wywiesić na namiocie pozwolenie na przebywanie w danej strefie. Biorąc pod uwagę, że to największy park narodowy USA, z jedną drogą, zastanawiamy się, kto będzie te pozwolenia sprawdzał. Niedźwiedzie?
Kolejne punkty kontraktu precyzują nawet, jak należy stawiać kroki. Dowiadujemy się, że zużyty papier toaletowy trzeba zabrać ze sobą. Dostajemy na to specjalny pojemnik, w którym mamy też trzymać... jedzenie.
– Jeśli coś się nie podoba, w Ameryce jest wiele innych parków! – kończy szkolenie strażniczka. Idziemy za jej radą i rezygnujemy z pomysłu „noclegu w dziczy”. Zamiast tego wybieramy kemping. Wieczorem pójdziemy na pokaz psich zaprzęgów.
Niesmak dnia poprzedniego przygasa za sprawą widoków i przeżyć, które zapewnia nam Park Denali. Poranna zła pogoda nie wróżyła niczego dobrego, lecz jak to bywa w górach w jednej sekundzie chmury się rozchodzą, ukazując oddaloną o prawie 80 km samotną ogromną sylwetkę sięgającego ponad 6 000 m Denali („Wielki” w języku Indian Athabasca). Spektakl trwa, niestety, niecałe dziesięć minut.
Przez okno autobusu z niecierpliwością wypatrujemy obiecanej „dziczy”, lecz – pewnie za sprawą silników dziesiątek autobusów – dzicz wybrała się na kawę. Po kilku godzinach jazdy przez czerwono-złote jesienne wrzo-sowiska, wśród górskich masywów, docieramy do Kantishny – dawnej osady traperskiej w górach Alaska Range.Z tego punktu wyruszały pionierskie ekspedycje na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, w tym wyprawa pierwszych zdobywców w 1913 r. W latach 30. ubiegłego wieku samoloty startujące z położonej po południowej stronie masywu Talkeetny zaczęły wozić ekspedycje wprost na lodowiec Kalhitna. Pozwoliło to oszczędzić 1 400 m podejścia, przeprawy przez rwące rzeki oraz... kilka miesięcy. Obecnie skuteczna ekspedycja zajmuje średnio mniej niż dwa tygodnie.

Opowiadanie dowcipów podczas zagranicznych podroży jest jak ...

Przez niespełna 20 lat dotarła z pomocą do ponad 40 krajow. ...

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

Eleganckie restauracje z wyrafinowaną kuchnią, przydrożne ba...

Miejsce akcji: Vanuatu, archipelag wysp na Pacyfiku Bohatero...

Wiele razy słyszałam pytanie: po co jechać dwa razy na Madag...

Wędrówka po zaułkach czeskiej stolicy przypomina barwny film...
1 czerwca w nowopowstającej galerii fotograficznej - "27" - Łukasza Gniadka, dwukrotnego laureata PUOTu, zebrali się: Ewa Mei...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.