Tunezja po jaśminowej rewolucjiFot. Tomasz Woźny

Najczęściej granica Tunezji zaczyna się kilkaset metrów od hotelu. Wielu turystów nawet nie próbuje jej przekroczyć. Przekonałem się, że robią niewybaczalny błąd!

Czasem granica przebiega za zakrętem wąskiej  uliczki arabskiego suku, gdzie większość Europejczyków nie wchodzi, bo „brudno” i „zapewne niebezpiecznie”. Wielokrotnie jej kształt zmienia się, w zależności od pory dnia. Na przykład o siódmej rano, gdy przybysze z Niemiec, Polski czy Anglii masowo odsypiają szaleństwa poprzedniego dnia, komercyjne na co dzień bazary Susy czy Tunisu przechodzą z powrotem pod kontrolę arabską. Handlarze rozkładają wtedy leniwie towar na straganach, przysłuchując się płynącemu z meczetu albo z publicznej telewizji głosowi muezina. Wtedy można się poczuć jak w Tunezji. Nie na długo jednak – za kilka godzin znowu wrócą tu turyści, a granica ponownie przesunie się na ich korzyść.

 

Sprawdź swoją wiedzę na temat Tunezji - rozwiąż nasz quiz

Nie znaczy to jednak, że jest nie do sforsowania. Żeby ją przekroczyć, trzeba pokonać mentalne zasieki i opuścić dziwny, często bezbarwny pas ziemi niczyjej zwany zone turistique. Czy mi się uda? Próbuję.

REWOLUCJA AUTOSTRADOWA

Pierwsza próba: wykupuję autobusowy bilet do Tunisu. Wraz z fotoreporterem Tomkiem jesteśmy jedynymi cudzoziemcami w aucie. Po styczniowej rewolucji stolica państwa stała się miejscem częstych manifestacji i protestów. Po godzinie jazdy autostradą nagle nasze auto staje w gigantycznym korku. Okazuje się, że drogę zablokowali demonstranci – fala strajków ciągle przetacza się przez kraj. Pasy ruchu są od siebie odizolowane, nie da się pojechać ani do przodu, ani do tyłu. Czy to znaczy, że spędzimy tu resztę dnia? Szybko dostajemy jednak lekcję arabskiego społeczeństwa obywatelskiego – kierowcy rozbierają metalowe barierki, po pół godzinie jest wyrwa, przez którą może się przedostać nie tylko nasz bus, ale i potężny tir. Ktoś zaczyna sterować ruchem – o dziwo wszyscy go słuchają. Moje stereotypy odnośnie arabskiego bałaganu pękają jak te metalowe barierki. – My, Tunezyjczycy, umiemy dbać o porządek –  tłumaczy mi nie bez dumy Maher, 30-latek z Susy. On sam w czasie styczniowej jaśminowej rewolucji, która dała początek serii wystąpień w innych krajach arabskich, bronił publicznego mienia, będąc członkiem straży obywatelskiej. – Nikt nas nie organizował, sami wiedzieliśmy, że musimy pilnować spokoju, bo inaczej ludzie prezydenta rozkradliby wszystko – wyjaśnia. Jeszcze dziś ma łzy w oczach, gdy opowiada o kobietach gotujących obiady rewolucjonistom. Nie ma wątpliwości, że po obaleniu znienawidzonego prezydenta Ben Alego (który w jego opowieściach nie odpowiada tylko za gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz) wszystko się zmieni na lepsze. Jako Polak dobrze rozumiem ten jego nieco przesadny, ale wzruszający optymizm – my też mieliśmy swój karnawał Solidarności.

 

Więcej informacji o Tunezji znajdziesz tutaj

KAWIARNIA POD ZASIEKAMI

Kiedy okrężną drogą dojeżdżamy wreszcie do stolicy, widzimy  czołg i patrole wojskowe na najbardziej reprezentacyjnej ulicy kraju – alei Habiba Bourgiby. Dziwna ta rewolucja – mieszkańcy Tunisu najspokojniej popijają kawę w eleganckich kawiarnianych ogródkach, przypatrując się zasiekom z drutu kolczastego i żołnierzom pilnującym porządku na placu Niepodległości. Mam wrażenie, że te patrole są tylko po to, żeby uspokoić zachodnich turystów. Przy Wielkim Meczecie zatrzymują nas silne zapachy perfum – sprzedawca próbuje mi sprzedać flakonik za jakąś astronomiczną kwotę. – Arabska viagra. Po tym żadna ci się nie oprze – zachwala pachnący specyfik własnej produkcji. Widząc, że nie jestem zainteresowany, proponuje wspólne zwiedzanie okolicy. Dla sprzedawców znudzonych kilkutygodniowym brakiem turystów paradoksalnie jesteśmy swoistą atrakcją. – Wróćcie do nas, bez przybyszów z Europy nasz kraj nie żyje – tłumaczy.

Skręcając w jedną z bocznych uliczek, trafiamy do tradycyjnej arabskiej kawiarni. Całymi dniami przesiadują w niej mężczyźni, kobietom tu bywać nie wypada. Dwudziestu facetów pali sziszę i wpatruje się w telewizor, w którym Al-Dżazira pokazuje zamieszki w Libii. Kupuję kawę (cena jakieś 40 groszy!) i delektuję się silnym smakiem i aromatem. Tego ostatniego po chwili nie czuję – mężczyzna w średnim wieku trochę dla zabawy skrapia gości lokalu perfuma- mi. Nikt nie protestuje, przeciwnie, wszyscy mają świetny ubaw. Podchodzi do nas i proponuje, że pokaże nam najprawdziwszą fabrykę wodnych fajek, której jest właścicielem. Przez dwie godziny, wędrując od warsztatu do warsztatu, oglądamy fascynujący proces powstawania sziszy. Na koniec właściciel fajkowego biznesu żegna nas gorąco i nie wspomina o jakiejkolwiek zapłacie za usługę. Rewolucja (i brak gości z Zachodu) robi cuda.

KOSMICZNE DOMY

Najbardziej pluję sobie w brodę, że w Tunisie nie zobaczyłem legendarnego Muzeum Bardo kryjącego największą kolekcję tunezyjskich rzymskich mozaik. Dałem się nabrać – ktoś mi naopowiadał, że od czasu rewolucji muzeum jest zamknięte. – Trzeba było sprawdzić samemu – tłumaczy mi poznana kilka dni później Helena Nabli-Świderska. Pochodzi z Warszawy, 28 lat temu wyjechała do Tunezji, gdzie pracowała jako nauczycielka matematyki. Wraz z córką Fatimą wydała książkę o swej nowej ojczyźnie, która zrobiła oszałamiającą karierę na tutejszym rynku księgarskim. Przetłumaczoną na język francuski można kupić niemal w każdym zakątku kraju ( ja znalazłem ją w kiosku na Saharze!). Kilka tygodni temu nasza rodaczka wydała swą drugą pozycję – w całości poświęconą starożytnym mozaikom. Tuż przed rewolucją zrobiła dokładną dokumentację fotograficzną kolekcji w Bardo. Kto wie, czy nie dokonała wiekopomnego dzieła – po zmianach znaczna część zbiorów znikła, prawdopodobnie skradziona przez rodzinę byłego prezydenta.

Zupełnie inny klimat panuje w Matmacie, starej wsi położonej na skraju Sahary. Przez wieki znajdowali tu schronienie przed najeźdźcami Berberowie – rdzenni mieszkańcy Afryki Północnej, do dziś żyjący w Egipcie, Maroku, Algierii i właśnie w Tunezji. Tutejsi niemal już zatracili swój język, wszyscy wyznają też islam, ale jeszcze długo po najeździe Arabów byli chrześcijanami. Nieświadomie pielęgnowaną pamiątką po tamtych czasach są wysuszone ogony ryb zawieszane – dla odstraszenia złych duchów – na domostwach. Ale nie starożytny symbol chrześcijaństwa przyciąga uwagę, lecz architektura budynków. Berberowie do dziś mieszkają w jaskiniowych domach wydrążonych w skale. Budowa takiego mieszkania to rytuał: najpierw trzeba znaleźć odpowiednio zamaskowane piaskowcowe wzgórze, potem kopie się 10-metrową jamę o promieniu trzech metrów. Z tego odkrytego korytarza wydłubuje się w ścianach kuchnię, spiżarnię, sypialnię i pokoje gości. Na koniec wszystko zasłania się murem, dzięki któremu domek jest zamaskowany. Dopiero z lotu ptaka widać, że góry przypominają durszlak, a każdy otwór to oddzielne domostwo.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Tunezja - garść informacji praktycznych

    Tunezja - garść informacji praktycznych

    Oto kilka informacji dotyczących Tunezji, które mogą okazać się niezbędne w czasie planowania podróży do tego kraju.

  • Artykuł

    Smak i zapach Tunezji

    Smak i zapach Tunezji

    Choć mówi się, że to najbardziej zeuropeizowany kraj arabski, to jednak egzotykę wyczuwa się tu na każdym kroku. Jedyny wyjątek stanowią hotele w nadmorskich kurortach, które chyba na całym świecie są takie same. Prawdziwą Tunezję zobaczy się w ciasnych uliczkach miast, na gwarnych bazarach i w kawiarniach.

Dodaj komentarz

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się