Tam-tam czyli w rytmie Kamerunu

18 październik 2011
Tam-tam czyli w rytmie Kamerunu

Ten kraj to esencja Afryki: splątane lianami puszcze, puste plaże, gwarne miasta. I Pigmeje, prawdziwe dzieci buszu.

Na spotkanie z Pigmejami wybieram się maleńką, wydrążoną w pniu pirogą. Mój przewodnik wiosłuje w górę rzeki Lobe, równie zielonej co piętrzące się na brzegach lasy. W łódce wieziemy prezenty dla wodza: nieco cukru, sól, papierosy. To, czego nie da się upolować w dżungli.

Za Pigmejów uważa się plemiona, których dorośli mężczyźni mają zwykle mniej niż metr pięćdziesiąt wzrostu. Można ich spotkać nie tylko w Afryce, ale i w Australii, Brazylii, Tajlandii czy na Filipinach. Większość z nich zamieszkuje tropikalne lasy i stąd też niektórzy badacze tłumaczą niewielki wzrost Pigmejów brakami witaminy D – w głębi dżungli słońca jest niewiele. Rzeczywiście. Kiedy tylko wciągamy pirogę na ląd i wchodzimy w głąb buszu, natychmiast otacza nas półmrok. Ogromne drzewa niemal zupełnie zasłaniają niebo. Dla kameruńskich Pigmejów z plemienia Baka las jest matką, żywicielem, opiekunem. Czerpią z niego miód i lecznicze rośliny, polują na antylopy i małpy, z leśnych rzek wyławiają ryby i krokodyle. Wioska, którą odwiedzam, jest niewielka i niemal zupełnie wtopiona w przyrodę. Niskie, kopulaste domy uplecione są z gałęzi, krótkie łóżka pozbijane z cienkich pni drzew. Na grillu w komunalnej kuchni smażą się ryby. Jedyny ślad cywilizacji to suszące się w słońcu aluminiowe misy. Wszystko wokół wydaje mi się tymczasowe, prowizoryczne. Mój przewodnik to potwierdza: Baka są plemieniem koczowniczym i przemieszczają się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu zwierzyny. Nie przywiązują się do rzeczy. Kilku Pigmejów siedzi na zamiecionej ziemi, przypatruje mi się   z ciekawością. Dorośli mężczyźni są wzrostu dziecka, mają może metr czterdzieści. Jeden z nich trzyma w ręku długą włócznię z wykutym metalowym ostrzem, prawdopodobnie zatrutym, gdyż takich właśnie używają Baka do polowań. Niestety z tymi łowami z roku na rok jest coraz gorzej. Chciwość Zachodu na egzotyczne drewno powoduje, że lasy Kamerunu powoli znikają, a razem z nimi i zwierzyna.

Idę dalej, w głąb wsi. Na środku uklepanego placu stoi tam-tam: on też jest niski, dopasowany do wzrostu przeciętnego mieszkańca. Jeden z Pigmejów zaczyna grać. – Tak porozumiewamy się z sąsiednimi wioskami – mówi. – Wieść o śmierci królowej Wiktorii szybciej rozniosła się po afrykańskim buszu dzięki tam-tamom niż telegrafem od miasta do miasta.

Z ciszy w chaos

Tak jak wioska Pigmejów to oaza spokoju, tak miasto Duala to rozbrzęczany ul. To tu ląduje większość podróżników, którzy chcą zwiedzić Kamerun. Ledwo odbieram mój plecak na lotnisku, a już znika niesiony przez ludzką falę w kierunku rozklekotanych taksówek. Nie mam jednak czasu go gonić, gdyż zatrzymuje mnie lekko przepocony urzędnik: moja wiza jest nieważna, twierdzi. Trzeba pieczątek, pozwoleń, no i opłat oczywiście. Jakimś cudem udaje mi się wyrwać ze szponów kameruńskiej biurokracji, kolejnym cudem udaje mi się znaleźć mój plecak (muszę jednak za niego zapłacić samozwańczym portierom okup) i zdyszana wsiadam   w zakurzonego peugeota. Ruszamy do centrum Duali.   Z każdym kilometrem chaos wokół nabiera na sile: motocykle mieszają się w szaleńczym pędzie z samochodami, kobiety   w kolorowych strojach niosą na głowach stosy produktów, psy szczekają, dzieci piszczą, no i to trąbienie: nieustanne, zupełnie bez powodu (innego niż „jadę, to trąbię”).

Duala, choć nie jest stolicą, jest najważniejszym miastem w kraju. Ta ważność objawia się chaosem do potęgi. Ulice nie mają nazw, ruch zdaje się nie mieć żadnych reguł. Za punkty orientacyjne służą niezliczone stacje benzynowe:   w prawo za ELF-em, potem prosto i w lewo tuż przed Shellem.

Kamerunki lubią ubierać się wesoło, w pstrokate sukienki   z bufiastymi rękawami, a do tego chusty z tej samej tkaniny zawiązane na głowie. Za jedyne 5 tys. CFA (około 30 zł) można nie tylko kupić lokalny materiał (nazywany tu pagne), ale i uszyć z niego sukienkę u krawca. Uwaga, może dorzucić niezamówione bufiaste rękawy!

Szaszłyk z soi

Wystrojona w moją nową, wściekle zieloną pagne ruszam z Duali na północny zachód, do Limbe. Nad tym niewielkim miastem góruje ogromny wulkan Kamerun. Ponad 4000 m n.p.m. plus zasnuta mgłami, kipiąca zieleń. Na dodatek jest to wulkan aktywny (ostatni wybuch w 2000 r.). W porze suchej można się na niego wspiąć. Normalnym śmiertelnikom zajmuje to półtora dnia. Ale najlepsi lokalni sportowcy podczas corocznych zawodów potrafią wbiec na szczyt w jedyne cztery   i pół godziny. Miasteczko Limbe ożywa nocą. Wszędzie gwar, śmiech, no   i niezliczone, żarzące się grille, które po zmierzchu wystawiane są wzdłuż ulic. Zapach szaszłyków i innych specjałów wabi mnie do jednego takiego straganu. – Z czego to jest? – pytam kucharza (nie jem mięsa, więc wolę się upewnić). – Soja – słyszę w odpowiedzi. Mile zaskoczona obecnością produktów wegetariańskich na rynku kameruńskim zamawiam jednego pięknie zrumienionego szaszłyka, którego sprzedawca polewa jeszcze pikantnym sosem. Pierwszy kęs i okazuje się jednak, że moja „soja” ma maleńkie kostki, i to bynajmniej nie ptasie. Wolę nie pytać, z jakiego gryzonia została zrobiona, gdyż obawiam się, że znam odpowiedź (była tańsza od wołowiny i kurczaka). Później dowiaduję się, że „soja” to po prostu „szaszłyk”. Ponieważ wciąż jestem głodna, rozglądam się za restauracją. W końcu trafiam na niewielki budynek z wyblakłym szyldem „Restaurant”. Wchodzę do środka przez zasłonkę z koralików. Okazuje się, że jestem   w prywatnym domu.  Na kuchence wielki gar, a obok może ośmioletnia dziewczynka z aluminiową chochlą. Już chcę się wycofać, przeprosić za pomyłkę, kiedy dziecko wskazuje mi miejsce przy nakrytym ceratą stole. – Restaurant – mówi z uśmiechem. Jak „restaurant”, to „restaurant”. Siadam. Menu nie ma: danie dnia znajduje się w garze. Dziewczynka bierze talerz i nakłada chochlą mój obiad. Są to warzywa, jakaś kość (niezbyt wegetariańska, ale można odłożyć na bok), no i oczywiście – fufu. To zachodnioafrykańska specjalność, coś w rodzaju ubitych ziemniaków, tyle że potrawę tę robi się z yamów (słodkich ziemniaków).

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Skaryfikacje. Ciało zniesie wszystko (kopiuj 1)

    Skaryfikacje. Ciało zniesie wszystko (kopiuj 1)

    Ludzka skóra jest jak odzież ochronna dla mięśni i  kości. Zabezpiecza przed wirusami, bakteriami i promieniowaniem UV. Umożliwia termoregulację organizmu, a także odbiór bodźców, takich jak ciepło, zimno, ból. Gdyby ją zdjąć i rozłożyć, zajęłaby około 2 m2 . Naga, pozbawiona owłosienia, może być również specyficznym „płótnem” dla mniej lub bardziej trwałych obrazów.

  • Artykuł

    Minkebe expedition - marsz przez puszcze Gabonu

    Minkebe expedition - marsz przez puszcze Gabonu

    – Słyszysz? On tu jest. – Szept Tomka budzi mnie koło północy. – Niemożliwe. Boją się ognia – mamroczę w odpowiedzi. – Nic nie słyszę. Głośny pomruk za cienką ścianką namiotu oznacza jedno: ewakuację!

Dodaj komentarz

Autor

  • Marta Zaraska

    Marta Zaraska

    Zwiedziła ponad 60 krajów. W Górach skalistych zakochała się od pierwszego wejrzenia, co było jednym z powodów, dla których została w Calgary cztery lata. autorka powieści w języku polskim i angielskim, w tym jednej o emigracji do Kanady, „Zawieszeni” (2007). pisała reportaże m.in. z Rwandy, Nikaragui, Kamerunu i Chin.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się