Seszele - wyspy szczęśliwefot. Shutterstock

Seszele – inny świat. Tak brzmi hasło reklamowe wysp. Wiadomo, że reklamy sprzedają marzenia, ale w tym wypadku rzeczywistość potrafi je prześcignąć. Świat na Seszelach jest inny: i ładniejszy, i lepszy

Turyści poruszają się tu parami. Są to młode pary, wesołe pary staruszków i pary zwyczajne, zakochane. Tak jakby ten najpiękniejszy zakątek świata był dostępny tylko dla tych, którzy trzymają się za ręce, a zakazany dla samotników. Wyspy sprzyjają ziemskim, zmysłowym uciechom i miłości, a Seszele są po prostu do tego stworzone. Stwórca umieścił je na Oceanie Indyjskim. Niestety, daleko od Polski.
Powietrze, gęste niczym kisiel, zatyka płuca. Pierwszy oddech nie jest łatwy. Szybko zaczynamy jednak lubić tę lepką, słodką, pachnącą tropikalnymi kwiatami mieszankę, w której tlen stanowi zaledwie promil, a reszta to woda. Po kilku dniach wydaje się nam, że pozbawieni jej stracimy życie, a po tygodniu myślimy już tylko o tym, co zrobić, żeby zostać tu na zawsze.
Leżymy na zalanej słońcem plaży, na białym piasku o konsystencji talku i błądzimy wzrokiem po granitowych skałach rzeźbionych miliony lat przez ciepły wiatr i łagodne fale. Stopy obmywa nam aksamitna woda szmaragdowego oceanu. Wtedy przychodzi nam z podpowiedzią rosły Kreol z burzą dredów i sylwetką Adonisa. Ma na imię Paul i umie czytać w myślach. Paul oferuje małżeństwo, żeby umożliwić nam pozostanie na wyspach, bo przecież on sam wie najlepiej, jak szczęśliwi są tu ludzie i jak bardzo pokochaliśmy Seszele. Wie, że ma rację. – Why not? Pourquoi pas? – pyta, ponieważ większość tutejszych Kreoli mówi po angielsku, francusku, no i oczywiście po kreolsku, zwanym tu „kreol seselua”, który narósł na języku francuskim.

Same Seszele swoją egzotyczną nazwę zawdzięczają po prostu francuskiemu ministrowi finansów z dworu Ludwika XV, niejakiemu Jeanowi Moreau de Séchelles. Francuzi na zmianę z Anglikami władali tymi skrawkami lądu. Niepodległość spod panowania brytyjskiego wyspy odzyskały dopiero w 1976 r. Nic dziwnego, bo wolność jest ostatnią rzeczą, o której myśli się w takich okolicznościach przyrody. Przez pewien czas Seszele były nawet popularnym miejscem zsyłek. Więziono tu króla Aszantów i jego liczny dwór, Wielkiego Muftego Palestyny i arcybiskupa Cypru, Makariosa. Ten ostatni, gdy już został prezydentem Cypru, z rozrzewnieniem wspominał czasy niewoli. Reputację idealnego miejsca na wakacje Seszele zawdzięczają jednak swojemu pierwszemu prezydentowi. Ten playboy i poeta w towarzystwie kilku urzędniczek o zniewalają- cej kreolskiej urodzie pielgrzymował on po najsłynniejszych i najdroższych kurortach świata, opowiadając o swoim kraju. Wkrótce potem fortuny arabskich szejków i europejskich milionerów popłynęły na dalekie wyspy. Gwiazdy i biznesmeni stawali się tu obiektami pikantnych plotek, po tym gdy na plażach oddawali się rajskiej rozpuście. Kres wyuzdaniu położył kolejny prezydent, wspierany przez ekspertów z Tanzanii i Korei Północnej dokonał przewrotu i wprowadził socjalizm. Rozpasanych milionerów zastąpili sztywni agenci KGB i CIA. Dziś, po zimnej wojnie i wolnej miłości, nastał czas stabilizacji i legalizacji wolnych związków.
Śluby i miesiące miodowe to seszelska specjalność. Zwykle na ceremonię wybiera się tę magiczną część dnia przed zachodem słońca, kiedy promienie łagodnie muskają opalone ciała. Biała łódź przystrojona w pachnące kwiaty przybija do plaży, na której czeka uśmiechnięty urzędnik z obrączkami. Strzela szampan i młodzi zaraz znikają w kokonie luksusu pięciogwiazdkowego hotelu, zaszywają się w kreolskim kolorowym pensjonacie nad spokojną zatoczką albo płyną swoją weselną łodzią ku jednej z prywatnych wysp. Jeszcze zanim zanurzą się w tropikalnej nocy poślubnej, wysączą z zimnych szklanek miejscowy biały likier o nazwie coco d’amour – kokos miłości – jakby specjalnie na tę okazję przygotowany. Jakiekolwiek będą losy nowożeńców, jednego możemy być pewni – nigdy ich już nie spotkamy na wyspach. Powód? Seszele tak są urządzone, że turyści nikną w mięsistym gąszczu zieleni, wtapiają się w cudowne zatoki i gubią gdzieś w archipelagu. Plaża, po której spacerują dwie pary, wydaje się zatłoczona. Dlatego tak łatwo tu ulec złudzeniu – to wszystko dla nas, dla ciebie i dla mnie, kochanie...

Wysp jest 115, ale główne są trzy. Górzysta Mahé opleciona wąskimi dróżkami, które przez gęstą dżunglę biegną do najmniejszej stolicy świata, Victorii. Na drugiej co do wielkości wyspie Praslin, gdzie życie (choć wydaje się to już niemożliwe) toczy się jeszcze wolniej, droga jest tylko jedna. Na trzeciej – La Digue – dróg nie ma wcale. Turysta jadący wozem zaprzęgniętym w wołu patrząc na wyspiarzy, dochodzi do wniosku, że nie ma szczęśliwszych ludzi. Wystarczą sznurek i haczyk, by wyżywić rodzinę, szorty, żeby być ubranym, bo przy urodzie kreolskich ciał więcej nie trzeba. I kawałek blachy falistej na wypadek tropikalnej ulewy.
Hojności przyrody towarzyszy jej wyjątkowe piękno, filmowa wprost uroda. Polański uczynił wyspy bazą swoich Piratów (zresztą morscy rozbójnicy byli pierwszymi mieszkańcami Seszeli), a bywali tu również Tarzan i Robinson Crusoe. Ten, kto pamięta zmysłową Emmanuelle, która z mężem spędzała czas na plaży La Digue i w kolonialnym domu krytym strzechą z liści palmowych (dziś zastępuje się je blachą falistą), ten wie, że wyspa potrafi rozbudzić wyobraźnię i tylko własne fantazje są tu granicą przygody.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-07-20 13:16

    ale wpadaka;) oczywiscie można przez samo"ż"

  • Do moderacji
    2010-07-20 13:15

    pięknie napisane....morzna sie naprawdę rozmarzyć

Autor

  • Zuzanna Pol

    Zuzanna Pol

    Współpracuje z nami od kilku lat, pisze reportaże również dla innych tytułów, a na stałe związana jest z Agencją Reutersa.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się