Sen o zen - Laos

24 maj 2011
Sen o zen - Laos

Leniwy Mekong, uśmiechnięci ludzie, rewelacyjne piwo. Laos to święty spokój, tak słyszałam. Aby go odnaleźć, musiałam się jednak mocno namęczyć.

Kołyszę się właśnie w hamaku na werandzie bambusowej chaty. Mekong płynie pół metra ode mnie, koguty pieją, kobiety kąpią dzieci w rzece. Życie w wiosce na wyspie Don Khon toczy się sennie. Tak, właśnie o to mi chodziło! Mam wreszcie mój wymarzony spokój. Szukałam go długo, przejechałam dla niego prawie cały Laos. Jednego jestem pewna, było warto.

Stolica wrzuca na luz

Zaczynam po bożemu, od stolicy. Foldery biur turystycznych reklamują Wientian jako „miasto z drzewa sandałowego”. Przewodnik Lonely Planet nazywa je „najbardziej zrelaksowaną stolicą na świecie”. Brzmi dobrze. Przechodzę przez most Mittabhap, biorę taksówkę do centrum Wientian. I wpadam prosto na wielki placu budowy. Co chwila mijam koło jakiejś betoniarki, przedzieram przez stosy desek. Czarę goryczy przepełnia promenada nad Mekongiem – w budowie. Sama rzeka wije się hen, pod drugim brzegiem, bo to pora sucha. Do tego wszechobecny pył, dziesiątki motorowerów i tuktuków (samochodów prawie nie ma). Gdzie ten relaks, pytam?!

Zapraszamy do galerii naszych użytkowników:

Pojawia się ze zmierzchem. Wtedy nadrzeczny Boulevard Khounboulom zmienia się w restaurację i targ zarazem. Można jeść na stojąco – naleśniki z wózka, na którym smaży je sprzedawca. Ale także na siedząco – w knajpce składającej się z ustawionych na ulicy paleniska i stolików, a nawet na leżąco – na materacach rozłożonych na chodniku, o ile oczywiście nie przeszkadzają nam jeżdżące metr od talerza motorowery. Razem z grupą francuskich turystów wybieram opcję siedzącą. Smażone krewetki są wyśmienite, tak jak sticky rice, klejący się, gotowany w bambusowych koszykach ryż. Laotańczycy toczą z niego kulki i nimi nabierają potrawę z talerza. Robię tak samo. Na deser beerlao, słynne laotańskie piwo. T-shirty z jego logo to pamiątka, jaką każdy turysta stąd wywozi. Po piwie i masażu stóp, jaki funduję sobie w jednym z wielu salonów (piekielnie bolesny, masażystka uciska stopy kijkiem, ulga po nim jest nieziemska – może dlatego, że już nikt nie wbija mi patyka w piętę), Laos zaczyna mi się podobać. Sympatię pogłębia wizyta w Muzeum Narodowym Laosu. Oglądam kości dinozaura, kilkusetletnie ceremonialne bębny z brązu zdobione żabami, symbolem życiodajnego monsunu, wielki kamienny dzban do palenia zwłok (usiana nimi Dolina Amfor to jedna z atrakcji turystycznych kraju) i posągi Buddy. Lwią część muzeum zajmuje historia najnowsza Laosu – czarno-białe zdjęcia dokumentują walkę antykolonialnego ruchu Pathet Lao, skutki bombardowań lotnictwa USA (przez Laos biegł zaopatrujący Wietkong szlak Ho Chi Minha), krwawy w skutkach sojusz z komunistycznym Wietnamem. Ten spokojny kraj przeżył piekło, ok. 300 tys. Laotańczyków zginęło w konfliktach toczonych w latach 1962–1973, a kolejne 45 tys. (w tym 90 proc. inteligencji) zabito na granicy podczas ucieczki do Tajlandii. Zastanawiam się, jakim cudem po takich przejściach Laotańczycy są nadal jednym z najmilszych narodów Azji. Niezwykle łagodni, z nieodłącznym uśmiechem i sabadi, czyli „witaj”, które słyszę kilkadziesiąt razy dziennie. Po odpowiedź idę tam, gdzie ludzie szukają jej od zawsze – do świątyni.

Pomarańcze mnichów

W Wat Ong Teu Mahawihan znajduję Laos, o jakim marzyłam. W półmroku lśni prawie sześciometrowy Budda z brązu, wokół którego kołyszą się złote parasole. Pachną kadzidła, ofiarne stożki z liści bananowca zdobione są kwiatami w kolorze pomarańczowym, jak szaty mnichów. W Laosie każdy młody mężczyzna trafia do klasztoru. Część zostaje w nich na zawsze, inni po kilku miesiącach lub latach wracają do świeckiego życia. Może to medytacja i nauka pokory, jaką odbierają każdego ranka, żebrząc o jedzenie, są przyczyną pogodnego charakteru Laotańczyków? Pogodzili się z krwawą historią tak samo łagodnie, jak przyjęli nauki Buddy. Nim w XIII w. do Laosu przybyli buddyjscy misjonarze, mieszkańcy wierzyli w phii, opiekuńcze duchy ziemi. Dziś, choć ponad połowa Laotańczyków to buddyści, phii nadal mają się dobrze. W niemal każdym domu stoją maleńkie kapliczki, w których domownicy składają im codzienne ofiary. Pokojową koegzystencję Buddy i phii widać najlepiej w świątyni Wat Si Muang. Centralne miejsce zajmuje tu kamienna kolumna, w której mieszkać ma duch opiekuńczy miasta. Wientiańczycy modlą się przed nią tak samo tłumnie, jak przed stojącymi obok posągami Buddy. Dwie kolejne ważne świątynie to Wat Si Saket, w której jest 6,4 tys. posągów Buddy i Ho Phra Keo, XVI-wieczna królewska świątynia, dziś muzeum sztuki sakralnej. Zachwycające! Nie mam jednak czasu, by odpocząć w muzealnych ogrodach, biegnę na autobus do Vang Vieng, miejscowości, w której słowo relaks nabiera nowego wymiaru.

Impreza bez rodziców  

W autobusie towarzyszy mi gromada  włóczykijów z Zachodu, większość z dredami i tatuażami. Czuję przedsmak tego, co czeka mnie w Vang Vieng, największej imprezowni Laosu. Dlaczego tam jadę? Bo poza narkotykami, których w zasadzie legalnie się tam używa (gdy policja złapie turystę z towarem, ten płaci kilkaset dolarów kary. Ale nie widziałam ani jednego policjanta w Vang Vieng), miejscowość ta leży w jednym z najpiękniejszych zakątków tego kraju.

Docieram tam po zmroku. Widzę tylko masę knajp, w każdej ryczący telewizor i gromady półnagich młodzieńców, pokrzykujących Hello, ladies! do skąpo odzianych turystek. Atmosfera imprezy robionej pod nieobecność rodziców – trzeba nawalić się jak najszybciej i jak najmocniej. Pierwsi Polacy, jakich spotykam w Laosie, opowiadają mi o największej atrakcji Vang Vieng – tubingu, czyli ponad trzykilometrowym spływie rzeką na traktorowych dętkach. – To totalny cyrk, musisz być nawalony, żeby to wytrzymać! – śmieje się Kamil, a jego koledzy potakują. – Mają tam takie wielkie młynki do mielenia trawy, no, nieźle jest! – opowiadają. Sądząc z nieschodzących im z twarzy uśmiechów, chłopcy odnaleźli się w tubingowej wspólnocie.

Po drodze do guesthouse’u mijam jeden  ze słynnych TV-barów, w którym, po spróbowaniu „happy shake’a” z opium, marihuaną, grzybkami czy LSD, zalega się na sofie i ogląda wyświetlany w kółko serial Przyjaciele. Ja chyba jednak inaczej rozumiem słowo relaks... Dopiero rankiem okazuje się, że przyjazd do Vang Vieng nie był jednak pomyłką. Śniadaniu na tarasie kafejki towarzyszy bajkowy widok: przerzucony przez rzekę bambusowy most, majaczące w porannej mgle, pokryte lasem góry. Jest pięknie!

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2012-03-24 16:06

    buddyści na świecie.

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2012-03-24 15:45

    , że są

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2012-03-24 15:26

    aaa, to dobrze

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się