Rowerem po bezdrożach Chin, Wietnamu, Laosu i Kambodży

Dlaczego pojechałem do Chin? Z prozaicznego powodu. By odwiedzić moja ówczesną małżonkę, która w mieście Wuhu studiowała lokalny język.

Już na miejscu okazało się, że długa rozłąka zaszkodziła naszemu związkowi. Początek pobytu był dramatem. Cierpiałem niczym młody Werter. Szybko stało się jasne, że jestem piątym kołem u wozu lub trzecim przy rowerze. W dniu moich trzydziestych urodzin, które tam obchodziłem, stanąłem twarzą w twarz z „tym drugim”. Musiałem coś wymyślić. Samobójstwa lub morderstwa nie umiałem zaplanować. Długo się nie zastanawiając, zawęziłem wachlarz możliwości do dwóch. Mogłem wrócić do Polski (musiałem tylko zaczekać jakieś dwa tygodnie na samolot) i wyżalić się kolegom albo zrobić coś bardziej twórczego. Na przykład: kupić rower, dwa plecaki jako sakwy i ruszyć przed siebie. Bez planu, sprzętu i większych zmartwień. Budżet ustaliłem na 6 euro dziennie. Dokupiłem słowniczek, atlas drogowy, obrałem kierunek „na Sajgon” i wyruszyłem – dosłownie – w nieznane.

Sprawdź wycieczki do Chin

Od pierwszych kilometrów ciągle mnie pozdrawiano, zapraszano na herbatę, obiad, piwo, wódkę, do domu, na pogawędkę. Tak – pogawędkę. Zaczynało się zawsze tak samo. Ktoś mnie zaczepiał, coś mówił i gestykulował. Ja mu odpowiadałem, że tin bu dong, nie rozumiem. Ten ktoś brał wtedy kartkę i pisał starannie i wyraźnie to, co chwilę wcześniej powiedział. Ja mu znowu na to, że kan bu dong – nie rozumiem, co tam jest napisane. Wtedy wszyscy zaczynali się śmiać. (Sytuacja staje się bardziej zabawna, gdy się wie, że ze względu na dziesiątki dialektów Chińczycy bardzo często nie mogą się zrozumieć, za to bez problemu komunikują się za pomocą słowa pisanego, które w całych Chinach jest takie samo. Z tego też powodu wszystkie programy w chińskiej telewizji są emitowane z napisami). Później ja wyjmowałem słowniczek, kartki, długopis i notesik, w którym miałem zanotowane po chińsku, że pochodzę z Polski, mam 30 lat i tak dalej. Dalsza rozmowa wymagała już rysowania, piwa, pantomimy i dobrej woli. Tak więc wyruszałem z myślą o samotności, a tu nijak nie mogłem jej doświadczyć.

Zapoznaj się z informacjami praktycznymi o Chinach

Jechałem na chińskim rowerze. Mam na myśli nie tylko kraj jego produkcji, lecz i jakość. Nie pokonałem pierwszej setki kilometrów, gdy urwały się kliny w pedałach. Z czasem lista usterek i części do wymiany wydłużała się coraz szybciej. Był luty i musiałem szybko kręcić pedałami, żeby się rozgrzewać. W hotelikach dostawałem dwa termosy gorącej wody do umycia się i dwie kołdry, żeby mi było ciepło w nocy. Te zabiegi wynikały nie tylko z pory roku, lecz i z filozofii niejakiego Mao, który uznał, że na południe od Jangcy ogrzewanie w budynkach nie jest potrzebne, bo przecież na południu jest ciepło. Już pierwszej nocy temperatura spadła do –6°C. Rankiem wszystko było oszronione i tylko burczenie w brzuchu przypominało mi, że kiedyś będę musiał się wygrzebać z ciepłego i przytulnego śpiworka. A tu nagle niespodzianka – pod moim namiotem znalazłem drożdżowe bułki i wielki kubek jeszcze ciepławego mleka sojowego. Czy zostawił je właściciel domu, w którego pobliżu nocowałem? Wstydził się przyjść i zagadać?

W Shang Hang, po 11 dniach podróży i 1137 kilometrach, rower zazgrzytał tak strasznie, że musiałem znaleźć mechanika. Siedział na ulicy, otoczony smarami, narzędziami i oponami. Rowerów w Chinach jest mnóstwo, więc i pracy mogłoby tu być dużo. Ale nic z tego – takich jak on także było wielu. Wzięliśmy się za naprawę roweru. On uparł się na zepsuty łańcuch, ja – na łożysko w korbowodzie. Jak zawsze w takich sytuacjach zebrała się dookoła nas grupa mężczyzn ze swoimi dobrymi radami. Zdjąłem torby, a mechanik przejechał się rowerem, by sprawdzić, o co mi chodzi. Wszyscy się śmiali, bo z powodu wysoko ustawionego siodełka nie mógł sobie poradzić. Gdy wrócił, stwierdził, że to jednak nie łańcuch, tylko wolnobieg. Wymienił go wraz z tylną osią, posługując się gwoździem i młotkiem. Po co komuś „specjalny klucz”, skoro istnieją narzędzia dostępne zawsze i wszędzie? Po tym zabiegu rower zgrzytał jak wcześniej. Mechanik uznał, że to jednak łańcuch! Udało mi się wytłumaczyć, że to niemożliwe, bo tej części roweru – która wyglądała jak nowa i nie miała żadnych prześwitów – używam raptem dwa tygodnie. Sam wziąłem się za rozkręcanie korbowodu. A tam... grupa inwalidzka pierwszej klasy. Łożysko zużyło się do tego stopnia, że kulki stały się jajowate i zrobiło się miejsce na dołożenie trzynastej do dwunastu przewidzianych fabrycznie.

Z okazji przekroczonych 2 tys. km na przydrożnej plantacji kupiłem sobie kilogram truskawek. Była połowa marca. Wjechałem do wielkiego miasta. Cztery godziny bezskutecznie szukałem hotelu, na który byłoby mnie stać. Wszystkie kosztowały po 50 juanów lub gościły tylko Chińczyków. Ruszyłem więc dalej, choć było już ciemno, a mój rower nie miał świateł. Na szczęście chińscy kierowcy byli przyzwyczajeni do takich rowerzystów jak ja, do tego jechałem nową, szeroką i pięknie oświetloną drogą. Zajechałem na stację benzynową. Kupiłem tam ciastka i sok pomidorowo- truskawkowy. Po trzeciej butelce wiedziałem już, że będę tęsknił za tym specyfikiem... Na stacji zapytałem, czy mogę przenocować. Rozłożyłem materac za stertą kartonów w myjni. Komary postanowiły zjeść kolację ze mną, więc musiałem wymyślić, jak rozstawić jednomasztowy namiot na betonie. Przywiązałem go do roweru. W Chinach nie tak łatwo znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Każdy skrawek ziemi przerobiono bowiem na pole, ogródek, grządkę. Uprawiane są za pomocą motyki i nawożone obornikiem przyniesionym w bambusowym koszu. Jeżeli kawałek ziemi nie został zagospodarowany, pewnie jest to bagno lub wysypisko śmieci. Drugi powód, dla którego rozstawienie namiotu nie jest takie łatwe, to... Chińczycy. Zawsze gdy byłem zmuszony biwakować niedaleko wsi, stawała nade mną cała ich gromada, ciekawa wszystkiego – namiotu, prymusa, śpiwora i mojej osoby. Nie uświadamiali sobie, że mogą przeszkadzać. Ale przekonałem się nieraz, że w Chinach nie istnieje coś takiego jak prywatność. Cokolwiek robiłem, zawsze ktoś zaglądał mi przez ramię, trzymając swoją twarz kilka centymetrów od mojej.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-12-07 16:11

    Fajna wyprawa tylko czemu tak anonimowo??

  • Do moderacji
    2010-11-21 22:15

    bardzo trafne zakonczenie. po powrocie z azji tez to czulam. i pielegnowalam w sobie takie proste radosci.. najlepszego!

  • Do moderacji
    2010-11-15 18:20

    jestem pełen szacunku za taką wyprwę

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się