Sri Lanka marzyła nam się od dawna. Niesamowita kultura, endemiczna roślinność, sierocińce dla słoni – to wszystko mieliśmy obejrzeć w dwa tygodnie szczegółowo zaplanowanego urlopu. Kilkanaście godzin podróży mija nam na czytaniu przewodników. Co chwilę zerkam na ekran pokazujący trasę lotu. Do Kolombo, stolicy Sri Lanki, jeszcze jakieś trzy tysiące kilometrów. Dwa osiemset. Dwa pięćset. Nagle tysiąc. O, przyspieszyliśmy, super. Ale jako destynacja pojawiło się Male, a nie Kolombo. No cóż, pewnie tak się nazywa lotnisko, czy coś podobnego. Schodzimy do lądowania. Jakby godzinę za szybko, ale może niemieckie linie latają najszybciej na świecie? Budzę męża. – Dolatujemy do Male. – Do jakiego Male? My nie lecimy na Male, kotku. Na Malediwy to sobie polecimy za 10 lat.
Jakie, kurczę, Malediwy, myślę sobie. Studiuję ekran monitora. Nasz samolocik nie leci wcale w stronę Sri Lanki, tylko jakichś małych wysepek. Stewardes nie widać. Żadnej informacji. Boże, porwali nas! Porwali nas jacyś ekstremiści albo inni separatyści. Przechwycili samolot, przystawili pilotowi pistolet do głowy, kazali wylądować na Malediwach. – Bartek, wstawaj, obudź się, porwali nas. Rozumiesz? Porwali samolot!
Nie tylko ja zaczynam panikować, coraz więcej osób z przerażeniem patrzy na monitorki. Ale, ale, kapitan zaczyna coś mówić. Attack, suicide, bombs, airport. Po chwili uspokojenia już wiemy. Na lotnisku w Kolombo był atak samobójczy Tamilskich Tygrysów. Kilka samolotów zniszczonych, lotnisko zamknięte, nie ma ofiar (poza napastnikami). – Proszę państwa, w związku z tym zmuszeni jesteśmy zmienić destynację i wylądujemy na Malediwach. Tam zajmą się państwem nasi przedstawiciele.
Cały samolot bije brawo. My o Malediwach wiemy tyle, że luksusowe, koralowe i kręcą tam reklamówki batoników bounty. Przed nami coraz więcej coraz mniejszych wysepek. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. Białe plamki z zielonym środkiem, otoczone błękitną wodą. Niektóre samotne, inne pogrupowane po kilka sztuk. Na żadnej z tych wysepek nie usiądzie nasz boeing. A nie, jednak mają tu lotnisko. Znaczy się pas startowy. Żeby nie powiedzieć – paseczek. Zniżamy się, lądujemy i… znacie to uczucie, kiedy zaciska się zęby i ściska mocno poręcze, bo pas startowy wydaje się dwa razy za krótki, a zaraz za pasem rozciąga się szmaragdowa, ale jednak otchłań wody?
Na szczęście się udaje. Na miejscu faktycznie czeka na nas już przedstawicielka organizatora lotu. Miła pani opowiada nam, że zaraz popłyniemy (?) do hotelu, że wszystko pod kontrolą. I czy nie mamy przypadkiem Biblii i alkoholu. Nie. A to dobrze, bo nie wolno. Welcome to Maledives! Małe, wróć, Male jest naprawdę niewielkie. Ma tylko kilometr na dwa, ale z lotu ptaka imponuje nie takimi znów małymi wieżowcami. Przy odrobinie dobrej woli można powiedzieć, że to Manhattan na Oceanie Indyjskim.
Wsiadamy do wodolotu. Godzina, półtorej i lądujemy na drewnianym molo. W recepcji, a właściwie dwóch biurkach stojących pod dachem z palmowych liści i odgrodzonych z tyłu ażurowym parawanem dostajemy klucz. Młody człowiek prowadzi nas do naszego bungalowu. Cudowność! Rzeźbiona weranda z dwoma drewnianymi leżakami, u sufitu zawieszone białe prześcieradła chroniące przed słońcem i malowniczo łopocące na wietrze. Otwieram drzwi do łazienki i... znów jestem na dworze. No, nie całkiem. Mały dziedziniec otoczony jest białymi ścianami, ale o dachu jakby zapomniano. Wszystko pod gołym tropikalnym niebem. Oczyma wyobraźni już widzę siebie w wannie wpatrzoną
w rozgwieżdżone niebo. Czy mają tu szampana? Bo ja zostaję!
Pierwszy raz jesteśmy w miejscu, o którym dosłownie nic nie wiemy. Wychodzimy przed domek i mamy dylemat – w prawo czy w lewo? W prawo. Z jednej strony mamy cudownego błękitnego koloru ocean, z drugiej mijamy identyczne, jak nasz, rzadko rozstawione domki, pod nogami absolutnie biały piasek, a właściwie miał koralowców i muszli. Ups, co chwilę prawie rozdeptujemy białe krabiki, które wyskakują z maleńkich dziurek w piasku. Jedynym urozmaiceniem czyściutkiej plaży są piękne, białe (a jakże!) spiralne muszelki. Mimo że to pierwszy dzień, zbieram kilka na pamiątkę. Innych turystów właściwie nie ma. Gdzieniegdzie ktoś leży na szezlongu na werandzie. Poza tym cisza, spokój, bajka, powoli zachodzi słońce. Zaczyna się tzw. magic hour, czyli czas, w którym najlepiej wychodzą zdjęcia. Idziemy dalej. Już z pół godziny. Może pora wracać? Jeszcze tylko parę metrów, zanim zawrócimy na kolację. Zaraz, zaraz. – Zobacz, jaki bungalow, identyczny jak nasz. – No, widocznie wszystkie są takie same. – Ale ten jest NAPRAWDĘ identyczny. Bo to jest nasz bungalow! – Niemożliwe, sprawdź czy klucz pasuje. – Pasuje. Pół godziny spokojnego spaceru wystarczyło do obejścia wyspy dookoła! Czy grozi nam meganuda, czy odnajdziemy się w tym mikroświecie luksusu? Chyba znam odpowiedź. Odkładam muszelki na stolik, krótka wizyta w podniebnej łazience i lekki stres, co założyć na kolację. Niestety najelegantsze szorty pozostają tylko szortami. Trudno. Jest nas tu kilkanaście osób z rejsu na Sri Lankę. Wtopimy się w tłum. Wpinam kwiat we włosy. Będzie romantycznie.

Opowiadanie dowcipów podczas zagranicznych podroży jest jak ...

Przez niespełna 20 lat dotarła z pomocą do ponad 40 krajow. ...

Precz z gablotami! Precz z nudnymi pogadankami o historii! T...

Londyn od razu cię przytula i szepcze do ucha – czuj się, ja...

Ciekawe, czy 65 lat temu, gdy nikomu nieznany kapitan francuskiej Marynarki wojennej Jacques Yves Costeau konstruował pierwszy reduktor, pozwalający na swobodne oddychanie i poruszanie się człowieka pod wodą, ktokolwiek potrafił przewidzieć, że już pod koniec XX wieku nurkowanie stanie się niezwykle popularnym i powszechnie dostępnym sportem.
1 czerwca w nowopowstającej galerii fotograficznej - "27" - Łukasza Gniadka, dwukrotnego laureata PUOTu, zebrali się: Ewa Mei...
Tegoroczna, trzecia już, edycja BRAVE KIDS – międzynarodowego programu edukacyjnego - odbędzie się w dniach 20 czerwca - 3 li...
Bezcenna kolekcja makiet tańców ludowych z 1937 roku, prezentowana na wystawie Sztuka, balet etnografia nie ma równego sobie ...
Mieszkańców Śląska i wszystkich odwiedzających ten region w przyszły weekend, serdecznie zapraszamy do odwiedzenia w tym terminie Muzeum w Gliwicach....
Przepraszam za wszystkie złe myśli. Szczególnie po akcji z kostkami lodu, Tajowie nie byli najbardziej uśmiechniętym narodem w moich oczach. Kraj ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.