Ostro – słodkie południe

23 listopad 2009
Ostro – słodkie południe

Na południu Chin znaleźć da się wszystko: nieziemskie krajobrazy i plaże, zachwycającą architekturę sprzed setek lat, niezwykłe azjatyckie wersje starego Paryża, Wenecji i mieniącego się kolorami Las Vegas oraz spróbować przysmaków bardzo ostrej orientalnej kuchni.

Szanghaj przypomina Paryż. To najbardziej kosmopolityczne, awangardowe i zamożne chińskie miasto. Spora część jego starej zabudowy i obsadzonych platanami ulic jest spuścizną po francuskich architektach, kupcach i bankierach, którzy w pierwszych dekadach XX w. stworzyli tu enklawę jakby żywcem przeniesioną znad Sekwany. Pewnie właśnie dlatego Szanghaj zawsze bardziej podobał mi się niż Pekin, miasto od wieków parterowe, które ostatnio zostało oszpecone monstrualnymi wieżowcami i niemożliwymi do pokonania pieszo bezkresnymi arteriami.

Wędrówkę po Szanghaju warto zacząć od bulwaru Bund (Waitan) nad rzeką Huangpu. Ulica ta była niegdyś najelegantsza w całej Azji. Jedną z jej ozdób jest „najbardziej luksusowa budowla między kanałem Sueskim a Cieśniną Beringa”. Tak mawiano o dawnej siedzibie największego dziś banku na świecie HSBC (pod tym skrótem kryje się nazwa Hong Kong and Shanghai Banking Corporation). Konstrukcja zwieńczona jest gigantyczną kopułą. Można wejść do środka budowli, by obejrzeć bajkowe mozaiki. Pieniądze zgromadzone w znajdującym się tu skarbcu oraz w sejfach sąsiednich wspaniałych budynków, które też były bankami, stanowiły przed wojną niemal połowę kapitału finansowego świata. Inny wyróżniający się na Bundzie gmach z dachem zwieńczonym zieloną piramidą w stylu Tudorów, był najelegantszym hotelem Orientu i ulubioną przystanią koronowanych głów, polityków, bogaczy czy filmowych gwiazd. O miejscu tym krążyły legendy. Komuniści zmienili jego nazwę z Cathay na Pokoju i zdemolowali. Dopiero teraz przechodzi gruntowny remont przed mającą odbyć się w przyszłym roku w Szanghaju światową wystawą Expo.

Z Bundu podziwiam panoramę położonej po drugiej stronie rzeki Huangpu dzielnicy Pudong, która w zamierzeniach chińskich przywódców ma z czasem przyćmić rozmachem Hongkong. Po części już się to udało, a panorama jest równie imponująca w dzień, jak i po zmierzchu, gdy Pudong iskrzy się wielobarwnymi iluminacjami. Amatorzy widoków z lotu ptaka mogą wjechać na szczyt Perły Orientu – dominującej na Pudongiem trzeciej najwyższej na świecie (468 m) wieży telewizyjnej złożonej z trzech kul symbolizujących perły. Ja jednak wolę taras widokowy na szczycie sąsiedniego, 88-piętrowego drapacza Jin Mao Tower, który jest najwyższym budynkiem (ale nie najwyższą budowlą) w Chinach. Stąd podziwiam nie tylko całą panoramę Szanghaju, ale patrzę też w dół, do wnętrza wieżowca. Takie spojrzenie w głąb okrągłego atrium mającego 55 pięter wysokości robi wrażenie nie mniejsze niż oglądanie Gwiezdnych wojen. Uwaga: wszystkim klaustrofobom zdecydowanie tę atrakcję odradzam.

Ze stacji metra Longyang na obrzeżach Pudongu kursuje na międzynarodowe lotnisko najszybszy i zarazem jedyny na świecie będący w regularnej eksploatacji pociąg Maglev, który porusza się, wykorzystując zjawisko magnetycznej lewitacji. Trasę 30 km pokonuje w 7 minut, rozwijając przez moment prędkość 430 km/godz. Przejażdżka tą najdroższą zabawką komunikacyjną świata (jej budowa kosztowała kilka miliardów dolarów) bardzo mnie rozczarowała. Widoki za oknem żadne, lewitacji też nie odczułem, a o magicznej prędkości świadczy jedynie elektroniczny wyświetlacz nad drzwiami i płynące z głośnika zapewnienia konduktora. Ale jak ktoś chce, niech próbuje za 50 yuanów w jedną stronę lub 80 w obie.

Wróćmy na Bund. Przy Hotelu Pokoju zaczyna się, przechodząca później w wielki handlowy deptak, ulica Nanjing Lu. Dojdziemy nią do placu Ludowego (Renmin Guangchang), który odgrywa rolę londyńskiego Central Parku. Jest tu, między innymi, kącik dla troskliwych rodziców usiłujących znaleźć stosowną drugą połowę dla córki lub syna. Wiadomo, teraz młodzi są coraz bardziej nieporadni w tych sprawach. Rodzice zaopatrzeni w duże zdjęcia swych dorastających pociech zachwalają je co niemiara. Ale niewtajemniczeni turyści mogą odnieść wrażenie, że jest to miejsce dla osób poszukujących nastolatków, które zaginęły bez wieści. Po obejrzeniu kilku oryginalnych ofert matrymonialnych wpadam do Muzeum Szan- ghajskiego (Shanghai Bowuguan), gdzie oglądam najbogatszą na świecie kolekcję starożytnej sztuki chińskiej, w tym urzekająco piękne naczynia rytualne z brązu. Muzeum sąsiaduje z ultranowoczesnym Teatrem Wielkim (Da Juchang), gdzie koncertują najlepsze orkiestry i soliści świata. Jeśli ktoś nie może posłuchać ich w Wiedniu, Londynie czy Nowym Jorku, a akurat jest w Szanghaju, powinien zapoznać się z repertuarem, który obejmuje nawet broadwayowskie musicale (ostatnio grano tu Mamma Mia i High School Musical). Niestety, ceny biletów też są nowojorskie.

W Paryżu Wschodu trzeba koniecznie powałęsać się po dawnej dzielnicy francuskiej (French Concession) wzdłuż ulicy Huaihai, która niegdyś nazywała się Avenue Joffre. Tu, w cieniu platanów, gwarze kafejek i dziuplach kolorowych butików naprawdę trudno zgadnąć, czy to jeszcze Chiny, czy już stara poczciwa Francja. Na szczęście władze miasta pozawieszały na budynkach tabliczki z informacjami, co się w nich kiedyś mieściło lub do kogo należały. Zwiedzając miasto, nie można pominąć Taikang Lu położonej między ulicami Ruijin i Sinan. Ta artystyczno-gastronomiczna enklawa na terenie dawnej fabryki cukierków jest jakby żywcem wyjęta z lat 20.–30. XX w., kiedy Szanghaj osiągnął szczyt swej świetności.  Brakuje mi tylko widoku eleganckich pań w jedwabnych sukniach i dostojnych dżentelmenów w słomkowych kapeluszach. Ale i tak jest fantastycznie. Zwłaszcza po zmroku, gdy spotyka się tutaj cała szanghajska bohema.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Wyprawa do wnętrza smoka

    Wyprawa do wnętrza smoka

    Podróżując przez Środkowe Chiny ze Wschodu na Zachód, dostrzega się rozziew między pulsującymi życiem wielkimi i bogatymi metropoliami, w których robi się interesy z całym światem, a spokojnymi, biednymi i zacofanymi miastami, gdzie każdy znajdzie chwilę, by spokojnie napić się zielonej herbaty. Udałem się na rubieże chińskiej cywilizacji, do świata mniejszości narodowych, w którym dawno nie widziano Europejczyka.

Dodaj komentarz

Autor

  • Krzysztof Darewicz

    Krzysztof Darewicz

    Autor jest sinologiem, dziennikarzem i podróżnikiem, posiadaczem największej w Polsce kolekcji egzemplarzy magazynu National Geographic.

Ostatnio czytali

  • artur
  • kazcio
  • sanderson
  • Kurzawski
  • WiolaB
  • plazam
  • papi25
  • milrohir2
  • Eathan
  • visciola
  • raagoon
  • mihalmazur
  • barmoty
  • Loszo007
  • brx6
  • Pawel_gda
  • Bog_danek

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się