Kraina bogów Karakorum

10 czerwiec 2009


Czwartego dnia wchodzimy wreszcie na lodowiec Baltoro. Tu rozpoczyna się właściwy trekking. Najpierw wspinamy się na czoło lodowca, z którego bierze początek rzeka Braldu (szliśmy wzdłuż jej brzegów przez pierwsze trzy dni). Otwierają się przed nami widoki na jedne z najbardziej spektakularnych gór świata – strzeliste sześciotysięczne turnie Trango i Biaho. Alpiniści uważają je za jedne z najpiękniejszych i zarazem najtrudniejszych do zdobycia. Szlak przez lodowiec czasem znika pod zwałami osypującego się gruzu. Idziemy po lodzie, śniegu, kamieniach. Niemal wyczuwam pod stopami, że lodowiec nieustannie się przemieszcza. Sporadycznie pojawiają się kamienne kopczyki – jedyne drogowskazy. Bez przewodnika łatwo się tu zgubić.

Zostaję w tyle, by robić zdjęcia dolinie i wznoszącym się po obu stronach szczytom. W pewnej chwili zauważam na lodowcu samotnego portera podpierającego się czekanem. Mocno kulejący – wygląda jak chore zwierzę. Zapytany wskazuje na kolano. Boli, ale chce jak najszybciej dojść do bazy pod K2, bo w najbliższych dniach wraca stamtąd wyprawa. Będzie to prawdopodobnie ostatnia możliwość zarobku w tym sezonie. Nie wyobrażam sobie, że ten mężczyzna zdoła cokolwiek przenieść na plecach. Podaję mu swoje kijki – trochę odciążą „zepsuty” staw.  

Wielki głaz i cmentarz porterów wyróżnia obozowisko w Urdukas (4130 m). Przez lata wypraw wielu tragarzy nie wytrzymało trudów i niebezpieczeństw marszu. Bywa, że podcięty nurtem fragment szlaku spada do kłębiącej się rzeki, czasem ścieżka nad przepaścią jest tak wąska, że wystarczy się zachwiać. Ze zboczy może ruszyć kamienna lawina. Obciążony porter jest praktycznie bezbronny. Nie uchyli się ani nie ucieknie w przeciwieństwie do idącego „na lekko” trekkera. Szlak, mimo że przedeptany tysiącami stóp, ciągle jest niepewny, co według niektórych tylko dodaje smaku tej wymagającej wycieczce. W Urdukas, do którego docieramy po siedmiu godzinach marszu, wypada pierwszy dzień odpoczynku. Leniuchujemy w namiotach i sycimy wzrok widokiem gór.

W następnych dwóch dniach wszystko robi się już tylko większe, piękniejsze i trudniejsze do ogarnięcia. Ciągle zdobywamy wysokość. Z obozu w Goro (4500 m) maszerujemy sześć godzin do bazy Concordia (4720 m). Niektórzy nazywają to miejsce „salą tronową bogów”. W najbliższym otoczeniu Concordii wznoszą się ściany aż czterech spośród 14 najwyższych gór świata: K2, Broad Peaku, Gaszerbruma I (8068) i Gaszerbruma II (8035). Każda z nich jest co roku oblegana przez himalaistów. Gaszerbrumy, uważane za łatwiejsze, szturmuje w sezonie nawet dwadzieścia wypraw. K2 uchodzi za najtrudniejszy ośmiotysięcznik – do ubiegłego roku zginęło na nim aż 77 osób. Na szczęście trekking nie wiąże się z tak dużym ryzykiem jak wspinaczka. Większość grup robi dzień odpoczynku na Concordii. Stamtąd co bardziej wytrwali wyruszają na jednodniową wycieczkę do bazy pod K2 (wycieczka oznacza 4 godz. marszu w jedną stronę). Jedna z agencji za jedyne 9 tys. dolarów oferuje zwiedzanie okolic K2 z helikoptera. Można się później chwalić, że się widziało szczyt, ale tak naprawdę jest to „fast food dla duszy” – zobaczyło się, ale się nie doświadczyło.

Dla tych, którzy nie lubią wracać tą samą drogą, trek-king kończy się przejściem przez przełęcz Gondogoro (5700 m). Jest to możliwe tylko przy małej ilości śniegu. Trasa wiedzie w górę lodowca Wigni, jednego z „dopływów” Concordii. Stroma ośnieżona ścieżka na niektórych odcinkach wymusza użycie lin, a najtrudniejsze technicznie jest podejście do przełęczy. Widok z góry na okolice Concordii to najwspanialsze uwieńczenie trekkingu. Od przełęczy Gondogoro pozostają trzy dni drogi do cywilizacji. Z kolorowej wsi Hushe jedziemy do Skardu samochodami. Niedoceniane wcześniej miejscowości jawią się teraz jak najlepsze kurorty. Można wziąć porządny prysznic, zjeść coś dobrego w restauracji. Poczuć smak życia. Bo czyż nie po to wychodzimy w góry?

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-09-07 08:43

    Niesamowite:) Kurcze przeżyć taką wyprawę to musi być coś wspaniałego. Ale ile siły i odwagi też trzeba w sobie mieć, żeby się porwać na taką eskapadę. Czytałam ostatnio książkę pt."Trzy filiżanki herbaty" Grega Mortensona-alpinisty, który zadomowił się na nieco dłużej w Pakistanie po nieudanej próbie zdobycia K2. No właśnie nieudanej...

Autor

  • David Kaszlikowski

    David Kaszlikowski

    Fotograf i wyczynowy alpinista. Publikuje zdjęcia na okładkach największych magazynów górskich na świecie, współpracuje z National Geographic Traveler.

Ostatnio czytali

  • MRQWA
  • Formor
  • David
  • mizantrop
  • pierzgal
  • domela116
  • nafisss
  • grisza
  • ginger
  • Eathan
  • Bog_danek
  • marzocchi
  • Eksplorator

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się