Kraina bogów Karakorum

10 czerwiec 2009
Kraina bogów KarakorumZdjęcie: David Kaszlikowski

Przy wijącym się jak wąż skrzyżowaniu lodowców zwanym Concordią wyrastają aż cztery z najwyższych szczytów świata. Wśród nich jest cieszący się złą sławą słynny K2.

U stóp najbardziej spektakularnych gór świata płynie lodowa rzeka. Jej największe dopływy – lodowce Baltoro, Wigni oraz Godwin-Austen – spotykają się w miejscu zwanym Concordią i tworzą lodowiec Baltoro. Ten najdłuższy poniżej kręgu polarnego jęzor lodu liczy 62 km. Co roku pokonują go dziesiątki wypraw himalajskich pragnących zdobyć któryś z ośmiotysięczników oraz liczni trekkersi, którzy na siedziby bogów wolą popatrzeć z bezpiecznej odległości.

Wyprawa w Karakorum zaczyna się tak naprawdę w Islamabadzie, upalnej stolicy Pakistanu, gdzie znajdują się siedziby większości agencji trekkingowych. Bez nich podróż w głąb kraju jest możliwa, ale za to czasochłonna. Agencje załatwiają w ministerstwie turystyki pozwolenie na trekking, organizują transport, przewodnika i tragarzy. Sierpień jest najlepszym miesiącem na wyprawę w góry, za to na nizinach można się wtedy udusić, cieszę się więc, że spędzamy w tym mieście tylko dwa dni. Z Islamabadu do Skardu – ostatniej większej miejscowości położonej już w Karakorum – można dolecieć samolotem w 45 minut. Nie łudzę się jednak zbytnio, że będę należał do tych nielicznych szczęściarzy, którym uda się zobaczyć z lotu ptaka jeden z najbardziej osławionych ośmiotysięczników – Nanga Parbat (8126 m), a może nawet Broad Peak (8047 m) i K2 (8611 m). Pakistan Interanational Airlines (PIA) bywają żartobliwie nazywane Pakistan Inshallah Airline, czyli „odlecisz lub dolecisz jak Allah pozwoli” i nie są specjalnie godne zaufania. Inna sprawa, że w Skardu często nie da się wylądować z powodu porywistego wiatru. Pozostaje nam droga lądowa – podróż legendarną Karakorum Highway (KKH). To 1 200 km asfaltu poprowadzonego przez góry na granicy Hindukuszu, Karakorum i Himalajów.

Od Skardu dzieli nas 800 km, które będziemy pokonywać dwa dni. Długa podróż ma swoje dobre strony – poznamy trochę Pakistan. Na początku mijamy niegościnny górzysty Kohistan. Na tych autonomicznych terytoriach plemiennych ludzie żyją jak przed wiekami i nie zawsze przyjmują przyjezdnych z otwartymi rękoma. Nasz przewodnik przyznaje, że nie rozumie języka niektórych ludzi z okolicznych wiosek. Droga przez góry jest jak przejazd przez kolejne małe państewka. Plemiona z Kohistanu mówią mieszanką paszto, urdu, shina i perskiego, pasztuni używają paszto, słychać też dialekty pendżabskie. Przez dłuższy czas KKH wije się doliną Indusu, którą biegł Jedwabny Szlak. Góry Karakorum znajdują się na krawędzi indyjskiej płyty kontynentalnej i wciąż się wypiętrzają. Skutkiem tego są częste trzęsienia ziemi. Ponadto teren, szczególnie w okresie silnych opadów, jest podatny na osunięcia gruntu i kamienne lawiny. Utrzymanie drogi w stanie przejezdnym przypomina więc syzyfową pracę – zawsze jakiś odcinek wymaga odgruzowania lub odbudowy.

Droga pnie się stopniowo coraz wyżej, mijają nas udekorowane świecidełkami ciężarówki charakterystyczne dla tej części świata. Mimo tragicznego stanu nawierzchni kierowcy pędzą po licznych serpentynach. Droga jest wyczerpująca, ale głównie dla przerażonych pasażerów. Noc spędzamy w Ćilas, małym miasteczku znanym głównie z petroglifów przedstawiających sceny z życia Buddy. Drugiego dnia przejeżdżamy u stóp Nanga Parbat, zatrzymując się na chwilę przy charakterystycznym znaku: „Tu przebiega granica między największymi pasmami górskimi na świecie, Hindukuszem, Karakorum i Himalajami”.

Pod wieczór docieramy do Skardu, stolicy Baltistanu, krainy słynących z wytrzymałości tragarzy z ludu Balti. Miasteczko leży na wysokości 2500 m i nie wygląda na stolicę czegokolwiek. Chociaż stanowi bazę wypadową dla większości himalajskich ekspedycji, daleko mu do atmosfery nepalskich kurortów takich jak Katmandu. Przeciwnie, robi dość przygnębiające wrażenie. Hotele noszą, co prawda, dumne nazwy: K2, Maśarbrum, ale w ich wnętrzach farba odpada z częstotliwością górskich lawin. Główną ulicę pokrywa pył, miasto rozłożyło się bowiem w szerokiej górskiej dolinie wypełnionej wydmami.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-09-07 08:43

    Niesamowite:) Kurcze przeżyć taką wyprawę to musi być coś wspaniałego. Ale ile siły i odwagi też trzeba w sobie mieć, żeby się porwać na taką eskapadę. Czytałam ostatnio książkę pt."Trzy filiżanki herbaty" Grega Mortensona-alpinisty, który zadomowił się na nieco dłużej w Pakistanie po nieudanej próbie zdobycia K2. No właśnie nieudanej...

Autor

  • David Kaszlikowski

    David Kaszlikowski

    Fotograf i wyczynowy alpinista. Publikuje zdjęcia na okładkach największych magazynów górskich na świecie, współpracuje z National Geographic Traveler.

Ostatnio czytali

  • MRQWA
  • Formor
  • David
  • mizantrop
  • pierzgal
  • domela116
  • nafisss
  • grisza
  • ginger
  • Eathan
  • Bog_danek
  • marzocchi
  • Eksplorator

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się