Kapadocja

25 maj 2010
Kapadocja

W tej krainie obok lasu skalnych fallusów tworzących osobliwe muzeum seksu pod gołym niebem mnisi wydrążyli dziesiątki kościołów i ozdobili je uduchowionymi malowidłami.

Początek jest wielce obiecujący. Mój pokój zarezerwowany przez Internet wygląda, jakby ktoś wydłubał go łyżką w skale, ściany i podłogę dekorują ręcznie tkane dywany, a na łożu w królewskim rozmiarze spoczywa futro barana. Otwieram drzwi łazienki i... zamiast balii z glinianym dzbanem na wodę widzę jacuzzi, bidet, kryształowe lustro. Prysły marzenia o romantycznym prymitywizmie, kąpielach przy świeczkach... Pragnęłam czegoś pierwotnego, jednak wygląda na to, ze w Göreme w Kapadocji, krainie zagubionej w centralnej Turcji, raczej tego nie znajdę. Jaskiniowcy (tak o sobie mówią mieszkańcy) może i żyją tu w domach wydrążonych w skałach, ale dawno temu wyrośli ze skór i używania wygódek w miejsce łazienek. Göreme zajmuje dolinę przypominającą kształtem krater wulkanu, co czyni wioskę praktycznie niewidoczna z zewnątrz. Jej środek przecina wyschnięte rzeczne koryto, teraz rozjarzone kolorowymi lampionami niczym dyskoteka – dookoła kwitną handel, konsumpcja i rozrywka; wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Tłumów rozbawionych turystów brak.

Mam potrzebę ucztowania w haremowym stylu, wiec wybieram restauracje z wielkimi poduchami przykrywającymi ławki ocienione drewnianym baldachimem. Są idealne, zapadam sie w nich i rozluźniam. Kelner, dwudziestoletni Kanadyjczyk Chris, na powitanie zamiast menu streszcza mi historie swojego życia, nie powiem, ciekawa (cos w stylu: przyjechałem, zakochałem sie, zostałem), i poleca danie dnia. Po 10 minutach jest przy moim stoliku ponownie i pyta, co właściwie zamówiłam. Po 20 wraca sprawdzić, czy aby na pewno chce herbatę. Godzinę później serwuje mi zimnego kurczaka z warzywami i frytkami oraz naleśnika z serem. Jak wiadomo, pospiech jest wynalazkiem diabła...

Mam zamiar spędzić w Kapadocji trzy dni i choć to zdecydowanie zbyt krótko, postanawiam zwolnic tempo, osiągnąć stan Tumiwisizmu kelnera Chrisa. Puszczając obłoki dymu (pale w sziszy jabłkowy tytoń – w Turcji to obowiązek), kontempluje otoczenie. Monstrualne skalne grzyby, walce, stożki podziurawione oknami i drzwiami rozpychają się wśród współczesnych, kremowych budynków i wyglądają jak ciała obce. To jednak właśnie one są esencja Kapadocji. Sprawiają, że nie mogę sie zdecydować, czy jestem w najbardziej baśniowym, czy raczej najbardziej kosmicznym miejscu na świecie. Wiem jedno – bardzo sie cieszę, ze tu dotarłam!

Bladym świtem, krążąc miedzy budynkami a kurami grzebiącymi w piasku, trafiam na bazar, gdzie wąsaci rolnicy w przykurzonych garniturach sprzedają cebule, winogrona, ziemniaki, stare miski i pamiątki o frywolnych kształtach. Kupuje wielkiego arbuza i od razu zjadam połowę. Drugą wręczam rozczochranemu dziecku, polewającemu wodą klepisko przed domem, by pył nie dostawał się do wnętrza. Malec chwyta prezent i ucieka, chyba z obawy, ze mu go odbiorę.

Kilkaset kroków za wioską krajobraz, a raczej jego nieprawdopodobnie kapryśna i cudowna zmienność, zwalają mnie z nóg. Jestem tu zaledwie parę godzin, a już czuję, że w moim słowniku za mało jest przymiotników z przedrostkiem naj-.

Za pierwszy cel zwiedzania obieram twierdzę Uçhisar, która wieńczy najwyższe z okolicznych wzgórz. Dawno temu była częścią systemu obronnego ostrzegającego mieszkańców Kapadocji przed intruzami. Dziś to doskonały punkt widokowy. Postanawiam ułatwić sobie życie i na miejsce dotrzeć taksówką. Gdybym chciała je sobie utrudnić, wynajęłabym osiołka – kłapouchy zawsze coś zmajstrują po drodze. Wydrążona w kremowej skale forteca z bliska przypomina drożdżową babę, z której ktoś powydłubywał bakalie.

Kilkadziesiąt stopni wyżej otwiera się przede mną panorama. Jest jak gigantyczna scenografia do filmu fantasy. Rozmach prawdziwie hollywoodzki. Daleko w tle majaczy biała czapa wulkanu Erciyes. Miliony lat temu monstra Erciyes, Hasan i Gollu wypluły taką ilość materii, że pokryła ona obszar Kapadocji kilkusetmetrową warstwą popiołów i lawy. O ile bazalt jest twardy, o tyle w popiołach, które zbiły się w tuf, można z łatwością rzeźbić. Wykorzystali to przedstawiciele naszego gatunku, wygryzając w nim, niczym wygłodniałe myszy w serze, domostwa. Lawiruję właśnie między takimi rezydencjami przypominającymi genetycznie zmodyfikowane opieńki, nazywane tutaj „kominami wróżek”. Podobno starożytni globtroterzy widząc je rozświetlone od środka przez lampki oliwne, uznali, że mieszkają w nich wróżki. O takich miejscach wypada sądzić, że żyją w nich gnomy, skrzaty i smoki. My, ludzie, kompletnie do tego krajobrazu nie pasujemy. Jesteśmy jakby z innej bajki.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Słoneczny maj

    Słoneczny maj

    Sprawdźcie, gdzie można spędzić ciepłe i słoneczne dni w maju.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-11-16 02:07

    polecam jazdę na quadach! niezapomniane przeżycia! :-)

  • Do moderacji
    2010-07-05 18:34

    Super było by tam spędzić chociaż weekend....

  • Do moderacji
    2010-06-09 15:13

    ja tez ma wspaniale wspomnienia i polecam!

  • Do moderacji
    2010-05-27 19:43

    Bardzo romantyczne przeżycia.

Autor

  • Agnieszka Franus

    Agnieszka Franus

    Zastępca redaktor naczelnej National Geographic oraz Traveler. Od lat zafascynowana krajami arabskimi.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się