W dwa tygodnie Pokonałam 4 tys. km. Podróżowałam pociągiem, autobusem, statkiem, na grzbiecie wielbłąda. Stanęłam pod piramidami, głaskałam sfinksa po łapach, szukałam skarbów w dolinie królów, zwiedziłam kilkadziesiąt świątyń i targując się, kilkunastu sprzedawców doprowadziłam do łez. A miały to być leniwe wakacje w Egipcie z jednym z biur podróży.
Pan Marek, przewodnik, wita nas na lotnisku w HURGHADZIE i niczym dobry pasterz sprawnie zapędza 40-osobowe stado amatorów piramid do autokaru. Z miejsca zaczyna przepraszać za standard hotelu. Tym błyskotliwym posunięciem kupuje mój głęboki szacunek – kto się teraz odważy poskarżyć na zły widok z okna albo żółte plamy na niegdyś białej pościeli? Przygotowana na najgorsze, widząc mój bungalow, stwierdzam, że nie jest tak źle! Co prawda po podłodze biegają mrówki faraona, ale jest łazienka, wygodne łóżka. Szkoda tylko, że gdy włączam klimatyzację, przestaję słyszeć własne myśli, a gdy ją wyłączam, też ich nie słyszę, bowiem za ścianą trwa techno party. No tak, czytałam, że Hurghada to kurort zasypiający nad ranem. Awantura, którą robię o 1.00 rano, kończy dyskotekę, na której bawi się, a właściwie drzemie na krzesłach, para Rosjan.
Jest 3.00. Mocno zaspana pakuję się do autokaru. Przede mną 450 km drogi do Kairu, którą pokonam w konwoju. To właśnie przez konieczność podróżowania w konwojach zrezygnowałam z samodzielnej wyprawy do Egiptu. Teraz wiem, że mądrze postąpiłam. Jedziemy w niekończącym się sznurze samochodów i autobusów. Ochronę zapewniają uzbrojeni żołnierze i policja turystyczna. Środki bezpieczeństwa godne delegacji państwowej. Spisano nas i policzono z dziesięć razy. Na trasie posterunki, wstrzymany ruch lokalny. Mimo zmęczenia nie jestem w stanie zmrużyć oka. Doprawdy, trudno zasnąć w autokarze ze sprawną klimatyzacją, co oznacza, że ci, którzy nie mają kożuchów, szczękają zębami z zimna. Oczywiście nie sposób jej wyłączyć, można się jedynie modlić, aby się zepsuła.
Nie bez powodu turyści zaczynają przygodę z Kairem od Cytadeli pamiętającej czasy Saladyna, pogromcy krzyżowców. Z wysokiego wzgórza, na którym wzniesiono fortyfikacje, meczety, medresy, a nawet pałac i więzienie, widać miasto spowite szarożółtą zawiesiną. Wyłaniają się z niej niczym widma chaotyczne rzędy kremowych domów z płaskimi dachami, nad którymi niczym strażnicy porządku dominują minarety meczetów.
Kairu nie da się ogarnąć wzrokiem, podobno z zachodu na wschód ma 65 km długości i 35 km z północy na południe. Podobno żyje tu 20 mln ludzi, a na metr kwadratowy przypada 3 razy więcej mieszkańców niż w Paryżu. Pewnie dlatego wszędzie otacza nas tłum. Horda sprzedawców papirusów dopada nas przy wyjściu z Meczetu Alabastrowego (wzorowanego na świątyniach tureckich) i nie opuszcza nawet w autokarze. Cena wywoławcza – 5 dol. za jeden obrazek, końcowa – 1 dolar za tuzin. Turystki, które nie przystały na początkową cenę, teraz robią świetny interes. Te, które już kupiły, są rozżalone. Kiedy przewodnik wyjaśnia, że to nie papirus, ale stemplowana podróbka z bananowca, wszyscy tracą humor.
W Kairze spędzimy w sumie cztery dni wypełnione atrakcjami. Na dziś zaplanowano wycieczkę do położonej za miastem Sakkary – nekropolii najstarszej dynastii faraonów rządzących Egiptem. Tutaj znajduje się niezwykle ważna dla historii architektury budowla – piramida schodkowa Dżosera, która wygląda jak 62-metrowa kupa kamieni ułożonych w sześć stopni. Po tych schodkach po śmierci faraon miał udać się w stronę wieczności. Choć dziś niepozorna – 4,5 tys. lat temu była kamieniem milowym wyznaczającym nowy trend budownictwa cmentarnego. Kolejni władcy nie chcieli już spoczywać w mastabach, lecz w budowlach bardziej okazałych, czego przykładem są piramidy w Gizie.
Gdyby nie potworny upał, do oddalonego o 3 km Dahszur poszłabym piechotą. Z piasków pustyni wyrastają tam m.in. dwie piramidy wzniesione dla faraona Snofru, ojca Cheopsa. Dlaczego dwie, czyżby Snofru był aż tak próżny? Okazuje się, że pierwsza piramida, zwana Łamaną, nie udała się, zbudowano więc drugą. Z zapałem pokonuję kilkadziesiąt schodków prowadzących do Piramidy Czerwonej, której sylwetka osiągnęła kształt idealnego ostrosłupa. Wciskam się w wąski, niski i bardzo długi korytarz biegnący stromo w dół do komory grobowej. Z każdym krokiem coraz bardziej brakuje mi powietrza. Na dodatek konstrukcja jęczy, jakby miała się za chwilę zapaść. Przebyłam 40 m i nie zamierzam zrobić ani kroku dalej. Zawracam. Pierwszy haust świeżego powietrza działa niczym gaz rozweselający. Nawet nie bardzo mi wstyd, że się poddałam, zwłaszcza że ci, którzy dotarli do celu, zamiast rozpływać się w zachwytach, wspominają zapach przepoconych skarpet.
Świetny artykuł! Czułam się, jakbym tam była naprawdę! ~Paulina

Środek dnia, mocne słońce oświetla kolorowe kamienice przy r...

Miliony lat temu Madagaskar oderwał się od Afryki, stając si...

Zakochani chętnie celebrują tu zawarcie małżeństwa, spragnie...

Miliony lat temu Madagaskar oderwał się od Afryki, stając si...
Jak wygląda Dzień Zakochanych w innych krajach.
Już 15 marca w siedmiu największych miastach Polski rusza 12. edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego, imprezy od lat pokazującej ...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.