Dżipem przez Himalaje

1 marzec 2010
Dżipem przez Himalaje

Trasa Śrinagar–Kargil–Leh–Manali rozpoczyna się w stolicy indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir. Tereny te są przedmiotem sporu między Pakistanem, Chinami a Indiami. Jeszcze kilka lat temu Śrinagar był ostrzeliwany przez Pakistańczyków.

Dlatego nikogo nie dziwią tu wojsko, wozy opancerzone, worki z piaskiem, rewizje samochodów. Śrinagar leży nad malowniczym jeziorem Dal, po którym płyniemy łodzią turystyczną zwaną sikara. Wokół majestatyczne Himalaje, na wyciągnięcie ręki kwiaty lotosu, ptaki i ciepła woda. Niebiański spokój kończy się, z chwilą gdy wyruszamy w drogę.

Godzina 5.00, obskurny dworzec autobusowy, a na nim oryginalna poczekalnia utworzona z dwupoziomowego angielskiego autobusu. Bilety kupiliśmy wcześniej, więc nie martwimy się o miejsca. Nasz wehikuł, według miejscowej klasyfikacji „super deluxe”, przypomina metalowe pudło na ogromnych kołach. Za 10 rupii mało sympatyczny Hindus mocuje bagaże na dachu (brak luku bagażowego). O zabraniu plecaków ze sobą nie ma mowy.

Za towarzyszy podróży mamy rdzennych Hindusów, uchodźców z Tybetu, ale także troje Francuzów, żądnych przygód jak my. Zostawiamy za sobą Śrinagar. Super deluxe zaczyna wspinaczkę. Silnik wyje jak na mękach. Za szybą widoki niczym z okna samolotu. Czasem lepiej nie patrzeć w dół, bo przepaście mrożą krew w żyłach. Wystarczy chwila nieuwagi kierowcy, abyśmy wylądowali 360 m niżej. Przez zepsute okno wpada wyjątkowo chłodne górskie powietrze. Jest 6.00 rano, zimno, coraz zimniej. Mam gęsią skórkę i ciepłe rzeczy w plecaku na dachu. Może uda się je wyciągnąć na najbliższym postoju? Dwie godziny później kierowca zatrzymuje deluksa przy burym namiocie, dumnie nazywanym restauracją, i ryczy: – Ten minyts! (to znaczy przerwa). Wychodzimy rozprostować kości i rozpocząć pertraktacje z bagażowym. Stanowczo odmawia zdjęcia plecaka i uwięzionych w nim ciepłych rzeczy. Na szczęście inny tubylec lituje się nad białasem i pożycza mi sweter. Następny postój trwa łan ałer. Zatrzymujemy się na obiad w urokliwej dolince w połowie drogi do Kargil, na której przez osiem miesięcy zalegają śnieg i lód, stanowiąc zaporę dla zmotoryzowanych.

Kargil


O 18.00, po 12 godzinach jazdy i pokonaniu około 200 km, docieramy do KARGIL. Francuzi zostają natychmiast porwani przez naganiaczy. My, ignorując zaczepki, szukamy hotelu polecanego przez przewodnik (błąd). Ma być tani, czysty, z widokiem na góry. Niestety, obiekt jest w remoncie. Nagle jak spod ziemi wyrasta sympatyczny młodzian i proponuje nocleg u siebie. Tak mu dobrze z oczu patrzy, tak przyjacielsko się uśmiecha. Korzysta z chwili naszej słabości i wabi do siedmioosobowego brudnego i pozbawionego prądu lokum. Na pytanie o ciepłą wodę tylko rozbrajająco się uśmiecha. Marną pociechą jest wciśnięta w kąt trójka żabojadów. Opuszczeni przez siły i wolę walki postanawiamy przenocować w tej norze.

Dochodzi 20.00. Nie mamy jeszcze biletów na jutrzejszy autobus do Leh. Niespecjalnie uśmiecha się nam drugi nocleg w tym miasteczku. Z powrotem na dworzec. Okienko z napisem „Tickets” bezczelnie zamknięte. Rozkładu jazdy brak. Pozostaje tylko prywatna indyjska inicjatywa transportowa – dżip. Dwukrotnie droższy od autobusu, ale za to szybszy i bezpieczniejszy (podobno dżipy rzadziej spadają w przepaście). Za 600 rupii kupujemy bilet do Leh, spokojny sen i dwie godziny dłuższą noc.

Kargil–Leh


Kargil rozdziela żyzne i zielone tereny Kaszmiru od mniej urodzajnych skalistych wyższych rejonów Ladakhu, krainy zwanej Małym Tybetem. Dziś mamy do pokonania 230 km. Będzie trudniej: przejazd przez przełęcze na wysokości 4500 m n.p.m., dający się we znaki kurz i wyjątkowo suche powietrze. Ruszamy punktualnie. Za Kargil krajobraz zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znika zieleń, gdzieniegdzie tylko widać rachityczne krzaczki. Powietrze zmieszane ze wszechobecnym pyłem staje się mordercze dla błon śluzowych nosa, gardła i krtani. Do tego prażące bez zmiłowania słońce. Jednak ludzie tu jakoś żyją. Mijamy osady, miasteczka, wsie, kolonie. Pniemy się ostro w górę, zjeżdżamy. Co jakiś czas przepuszczamy konwój ciężarówek indyjskiej armii. Do Leh, miasta położonego 3 500 m nad Zatoką Bengalską, docieramy po 10 godzinach. Szybko znajdujemy wolne lokum. Nie mamy siły się targować. 400 rupii to dobra cena za pokój z łazienką, ciepłą wodą i widokiem na góry.

Kiedy emocje związane z podróżą maleją, dopada nas choroba wysokościowa. Leki przeciwbólowe nie działają, nocą mózg usiłuje przebić czaszkę. Zasypiamy nad ranem, ale sen nie przynosi ukojenia. Dopiero po 20 godzinach nasze ciała przestają się buntować. Możemy zwiedzać miasto. Leh jawi nam się jako oaza pełna restauracji, salonów masaży, herbaciarni, kawiarenek internetowych i innych luksusów. Masz ochotę na zimne piwo? Proszę bardzo! Chciałbyś skorzystać z usług masażysty? Noł problem. A może ciasteczko? Zapraszam. Tak zdaje się szeptać do nas to miasteczko.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-03-01 22:01

    interesujacy artykul

  • Do moderacji
    2010-03-01 14:32

    Ciekawy artykuł ... Trudna wyprawa, lecz jak to powiedział J.W. von Goethe " Chociaż podróż długa, same trudy wróży, nikt nie doznał przygody bez trudów podróży" ;)

Autor

  • Marek Rachoń

    Marek Rachoń

    Aktor (Teatr Ślaski), logopeda, trener. Przemierzył Indie i Madagaskar, uciekał przed słoniami na Sri Lance, degustował wina w Chile i Argentynie, w Boliwii pływał z delfinami. Za relację z podróży dżipem przez Himalaje zdobył nagrodę Odyseusz 2008 portalu www.odyssei.com.

Ostatnio czytali

  • roxa1
  • arekb
  • LowcaPrzygod
  • AdamKrzoska
  • milrohir2
  • tenzin
  • isul
  • Kapa
  • BabciaB
  • monika085
  • monika p
  • mefume
  • macias
  • Eksplorator
  • markoo
  • mdrab91
  • orzeł

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się