Bangkok

16 marzec 2009
BangkokZdjęcie: Agencja Forum

Senna epoka, gdy Bangkok zwano Wenecją Orientu, z racji przecinających go klongów (kanałów), wydaje się dziś odległa jak paleolit. Gdy wybuchł boom budowlany, zasypywane klongi przegrały z asfaltowymi arteriami ciągnącymi się bez końca.

Bangkok znalazł się w stanie gorączkowego, chaotycznego rozwoju, który nie przestaje galopować. W ciągu ostatnich lat miasto zapadło na swego rodzaju urbanistyczną elephantiasis, przekształcając się w molocha bez wyraźnego kształtu, ziejącego oparami spalin, dławionego skrzepami gigantycznych korków samochodowych.

Choć metamorfoza, jakiej uległ Bangkok, nie przydała mu urody, za to obciążyła rozlicznymi wadami nowoczesnej metropolii, to mimo wszystko pozostał on miastem na swój sposób magnetycznym. Przy dobrej woli można się dopasować do jego zwariowanego rytmu i znaleźć w nim nietypowy nastrój. Tworzą go nie tylko świątynie, pałace i przydomowe oazy bujnej tropikalnej roślinności, ale również symbioza z wodą, tak charakterystyczna dla tego obszaru położonego metr poniżej poziomu morza. Ocalało jeszcze trochę klongów i domostw na palach, nie zniknęły z kanałów pływające bazary, potężna rzeka Nam Chao Phraya jak zawsze służy handlowi i komunikacji – tak samo ważna dla Tajów jak Nil dla Egipcjan.
Dobrze wiedział o tym król, który – po upadku zrujnowanej w 1767 r. przez Birmańczyków stolicy Ayutthayi – przeniósł swoją siedzibę właśnie nad brzeg wielkiej rzeki. Z początku na jej zachodnią stronę, do miejscowości Thon Buri. Nazwa rzeki, Nam Chao Phraya, wzięła się od imienia generała i późniejszego króla Ramy I, założyciela panującej do dziś dynastii Czakri. Władca doszedł do wniosku, że Thon Buri to niedobre miejsce na stolicę, bo od zachodu mogli ją łatwo napaść Birmańczycy, i w 1782 r. przeprowadził się na wschodni brzeg rzeki. Znajdowała się tam osada o nazwie Bangkok, co znaczy „wioska dzikich oliwek”, ale Czakri przemianował ją na Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Tajlandczycy między sobą nadal tak go nazywają. Gwoli ścisłości, Miasto Aniołów to tylko początek nazwy miasta, które ma długi szereg dalszych, patetycznych przydomków. Po tajsku jest to jedno słowo, liczące w zlatynizowanej postaci 170 liter, co zostało zapisane w Księdze Re-kordów Guinnessa. Nazwy Bang- kok używają tylko cudzoziemcy.
Obcokrajowiec – czyli fa-rang – w stolicy Tajlandii ma dwa problemy. Jedna z trudności polega na ekonomicznym pokonywaniu ogromnych odległości. Miejskie autobusy i mikrobusy są zatłoczone i potwornie duszne. Taksówki oferują większy komfort, ale cóż z tego, skoro są droższe i tak samo grzęzną w zatorach ulicznych. Bodaj najpraktyczniejszy jest samlor, czyli trzykołowa riksza zwana też tuk-tuk, tyle że w koszty jazdy nią wliczyć trzeba ryzyko ogłuchnięcia i oddychania głównie dwutlenkiem węgla.
Kolejny kłopot to nadmiar. Jest po prostu za dużo do zobaczenia podczas pobytu, który zawsze okazuje się za krótki. Wyboru musimy zatem dokonać podług indywidualnych zainteresowań, choć naturalnie są rzeczy, bez obejrzenia których wyjeżdżać po prostu nie wypada. Na pierwszym miejscu stoi niewątpliwie kompleks zabudowań dawnej rezydencji królewskiej, tzw. Wielkiego Pałacu, którego architektura i kolorystyka to gotowy wzór dla ilustratorów baśni. Tamże znajduje się Wat Pra Keo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy, najważniejsza w Tajlandii. Taj chcący podkreślić swą prawdomówność zaklina się na tamtejszego Buddę, wyrzeźbionego z bloku zielonkawego jaspisu.
Pałac jest tuż nad rzeką, gdzie można wziąć wodną taksówkę i popłynąć na drugi brzeg do bliźniaczego Thon Buri, by popatrzeć z bliska na Wat Arun, czyli Świątynię Brzasku. To ogromna, błyszcząca w słońcu jak tropikalny kwiat piramida zwieńczona strzelistym prangiem (okrągła spirala), pokryta szczelnie barwnymi kawałkami chińskiej porcelany. Jeden z klongów w Thon Buri to miejsce słynnego pływającego bazaru, na który naprawdę warto się wybrać – pozo- staje ciągle autentyczny, mimo naszpikowania różnojęzycznymi farangami. Rzeczną barką można również popłynąć na wycieczkę do imponujących ruin Ayutthayi, dawnej stolicy Tajlandii, która miała więcej mieszkańców niż współczesny jej Londyn. Wycieczka w obie strony zajmuje 6 godzin, a atrakcją drogi powrotnej jest naznaczony osobliwą melancholią zachód słońca.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-03-06 19:58

    ciekawy artykuł i piękne zdjęcia

  • Do moderacji
    2010-02-02 20:50

    Cudowny krak, cudowni ludzie, cudowne jedzenie ! I napewno znowu tam powrócę .

Autor

Ostatnio czytali

  • maciek29
  • bozwie
  • justyna87
  • AdamKrzoska
  • JennyM
  • astrum89
  • monika p
  • mdrab91
  • maggdda
  • Adam_nt
  • ogla

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się