Ameryka w poprzek

5 wrzesień 2011
Ameryka w poprzek

Pokolenia bitników, harleyowców, kowbojów i hippisów ruszały z jednego wybrzeża Północnej Ameryki na drugie. Szukali natchnienia, przygody, ucieczki lub lepszego życia. Ja pojechałem znad Atlantyku nad Pacyfik poszukać najpiękniejszych gór.

A NAJTRUDNIEJ

... to było na samym początku. Bo początek tej podróży był końcem innej. Tak dobrej, że żal było ją kończyć i trudno się było pożegnać. Trwała rok, kiedy mieszkaliśmy całą rodziną w Cambridge. Dla mnie to była cudowna podróż w czasie – powrót na studia i bieg przez półki z książkami akademickimi. Ale również emocjonująca przygoda ze wspinaniem – co weekend bowiem z ekipą studenckich przyjaciół jeździliśmy na północ, od Bostonu – w Góry Białe.

Właśnie podczas jednej ze wspinaczkowych wycieczek jeden z przyjaciół zaczął wymieniać nazwy gór, skał i ścian Ameryki, które zawsze chciałem odwiedzić. Squamish, Smith Rock, Boulder Canyon, Rifle – te nazwy nie istnieją w przewodnikach turystycznych. Nie dotrze do nich nikt, kto puści się w podróż przereklamowaną transamerykańską Drogą 66. Popłakaliśmy więc na pożegnanie i ruszyliśmy spod Bostonu, kierując się na zachód, by wszystkie te wymarzone miejsca zobaczyć.

A NAJŁATWIEJ

... to było kupić samochód. Od razu skreśliliśmy z listy wszystkie szpanerskie coupé, odłożyliśmy zakup kabrioleta na późną starość w Kalifornii, a z najlepszego serwisu ogłoszeniowego Ameryki – Craigslist.com, wybraliśmy „szewcia” G20 – wielkiego zielonego nastoletniego vana ze stajni Chevroleta. Miał pod budą ogromne łóżko, a pod maską sześciolitrowy, ośmiocylindrowy silnik, który palił tyle, że przy dodaniu gazu   w baku tworzył się chyba wir! No, ale za to kosztował zaledwie 1,5 tys. dol.! „Szewcio” był naszą kuchnią, sypialnią, łazienką i środkiem transportu jednocześnie. Przejechał z nami rok, zrobił 20 tys. mil i nigdy się nie zepsuł.

 

Sprawdź swoją wiedzę na temat parku Yellowstone

A NAJBARDZIEJ NUDNO

... to było na preriach Kanady. Kiedy ruszyliśmy z naszego niemal już rodzinnego Cambridge, przejechaliśmy przez monumentalne wodospady Niagara (nad którymi właśnie kręcona była bollywoodzka superprodukcja, o tym że ona go kocha, ale on kocha inną – a może odwrotnie), przetrwaliśmy najbardziej drobiazgową na świecie kontrolę graniczną na wjeździe do Kanady i zanurzyliśmy się w Krainę Wielkich Jezior. Z kilometra na kilometr robiło się bardziej dziko i odludnie. W przydrożnej knajpce napis: „Tu podajemy na PRAWDZIWYCH talerzach”. – Stąd aż do gór nie ma nic ciekawego. Tylko pszenica, pszenica, pszenica – ostrzegł nas spotkany tam myśliwy. Wykrakał! Gdy tylko wyjechaliśmy na prerię, dopadła nas potworna nuda krajobrazu. Jeden wielki płaski naleśnik porośnięty zbożem. Trzy dni! Jedyne urozmaicenie to pojawiające się na horyzoncie elewatory, które przewodnik z nieudaną wzniosłością nazywał „katedrami prerii”. Potraktowaliśmy to jako abstrakcyjny żart. Atmosferę surrealizmu uzupełniła operacja zdjęcia gipsu, jaką przeprowadziłem własnoręcznie. Mój synek złamał (całkiem niegroźnie) rękę jeszcze w Cambridge i wskutek zawiłości systemu ubezpieczeń zdrowotnych za prosty zabieg usunięcia gipsu musielibyśmy teraz zapłacić... kilka tysięcy dolarów! Wybrałem więc opcję (własno)ręczną z sekatorem ze sklepu Wal-Martu. Cena: 4,78 dol. I to kanadyjskiego!

A NAJZIMNIEJ

... to było w kanadyjskich Górach Skalistych. Choć kiedy dojechaliśmy do bram Parku Narodowego Gór Skalistych, zrobiło się gorąco. Krajobraz stanął dęba, a szczyty skalistych gór były tak wysokie, że od zadzierania głowy bolały szyje. – Bilet na trzy dni poproszę – powiedziałem, a strażnik parkowy odparł: – Tu jest tak ładnie, że i tak pan dłużej zostanie. Miał rację!    

Cały park (tak jak wszystkie parki narodowe Ameryki) jest świetnie przygotowany dla turystów samochodowych. Wdrapaliśmy się więc autem nad Lake Louise, gdzie znajduje się najpiękniejsze alpejskie jezioro Kanady (a nad nim   gigantyczny hotel górski) i najwyżej położona miejscowość kraju (1661 m n.p.m.). Jak podaje lokalna stacja meteorologiczna, panuje tu klimat subarktyczny, a średnie opady śniegu przekraczają 3 m rocznie. I to właśnie tam było najzimniej   – spałem w polarze. Rozgrzał nas dopiero szybki marsz w wysokie góry ponad jeziorem nazwanym imieniem brytyjskiej księżniczki i kolejne widoki wielkich alpejskich ścian.  

A NAJBARDZIEJ TO LAŁO

... w Vancouver. Dotarliśmy tam z Gór Skalistych, jadąc chyba najbardziej krętą drogą świata i najwęższą szosą zaznaczoną na mapie jako autostrada. Po drodze zatrzymaliśmy się nad Lake Pavilion, gdzie astronauci NASA nurkują podwodnymi miniłodziami w poszukiwaniu słodkowodnych raf koralowych, i w Whistler, gdzie po deptaku chodzą najlepiej ubrani snowboardziści świata. Planowaliśmy zabawić tam dłużej i powspinać się w niedalekim Squamish, ale spadł deszcz. Padało na zmianę: trochę mżyło, trochę lało. Kiedy przez tydzień zza chmur nie wychynęła największa ściana w okolicy, zwana „Szefem”, skapitulowaliśmy i ruszyliśmy właśnie do Vancouver, docierając po raz pierwszy w tej podróży znad Atlantyku nad Pacyfik! Ale i tam lało. Jak się okazało, miasto jest znane z opadów. David Duchovny, kręcący tam Z archiwum X, zażądał przeniesienia planu zdjęciowego do Los Angeles, mówiąc, że w Vancouver pada 10 m deszczu dziennie! Resztki nadziei na błękitne niebo odebrała nam rzeźba stojąca na deptaku. Przedstawiała spadającą kroplę deszczu. Ruszyliśmy więc śladem Duchovnego – na południe.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Podróżuj z głową - bez wizy ani rusz

    Podróżuj z głową - bez wizy ani rusz

    Mimo starań naszych władz każdy wyjazd do Stanów Zjednoczonych – nawet na wakacyjną wycieczkę czy na Święta do cioci – wciąż wymaga posiadania wizy.

  • Artykuł

    Stany - info

    Stany - info

    Ameryka jest jak garnek wieloskładnikowej zupy – nie tylko klimat czy krajobraz bywają skrajnie różne. Swój odrębny charakter zachowują mieszkające w USA liczne grupy etniczne. Warto zatem zaplanować dłuższy pobyt i odwiedzić kilka miejsc zarówno na obydwu wybrzeżach.

  • Artykuł

    USA - zakupy: tani dolar duża torba

    USA - zakupy: tani dolar duża torba

    W przeprowadzonej przeze mnie prywatnej sondzie na pytanie, co najchętniej przywiózłbyś sobie ze Stanów, najczęściej były wymieniane: laptop, iPod, ubrania, książki, perfumy i robot kuchenny Kitchen Aid. Doradzamy, gdzie co kupić i na co uważać. Na pewno warto zabrać z Polski dodatkową walizkę albo na miejscu zaopatrzyć się w torby podróżne.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-09-05 18:37

    bardzo mi się podoba, POLECAM innym

Autor

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się