Co jakiś czas wodospady i zapadliska wyłaniające się zza mgły. Widok jest imponujący. Tuszetia i Chewsuretia to krainy wręcz wymarzone na górski trekking.

Wszystko zaczęło się w swanetyjskiej Mestii, na drugim krańcu Gruzji. Nasz stary gruziński przyjaciel Robinson, jedyny człowiek w kraju o takim imieniu, razem z żoną urządzili nam „przedwesele”. Lało się domowe wino, potem czacza, były tańce i łzy. Bo ten Robinson tęskni za spokojem. A tu góry wokół popularnej nie tylko wśród Polaków Mestii rozdeptali turyści, czaczę zmieniono na whisky, rankiem budzi huk helikopterów z nowego lotniska.  

– Gdybym był młodszy pojechałbym jeszcze raz do Omalo – rzucił Robinson, a potem opowiadał historie o Tuszetii. Szczegółów nie pamiętaliśmy następnego dnia. Ale trzy dni później siedzieliśmy już w dżipie 700 km dalej, na nieznanym nam dokładnie wschodzie kraju. 

Giorgi Tsikaradze, przed trzydziestką, miłośnik czaczy i filmów z policyjnymi pościgami, jedzie brawurowo i tylko zerka w lusterko w oczekiwaniu na nasze reakcje. Poskręcana jak jelita, ciągnąca się gliniastym urwiskiem aż do Omalo droga to całe jego życie. Daje pracę, jedzenie, emocje. Co jakiś czas wodospady pozwalają na umycie ubłoconych szyb, wtedy zapadliska wyłaniają się zza mgły. Widok jest imponujący. – W takich chwilach w oczach pasażera można zobaczyć, jakim jest człowiekiem – uśmiecha się filozoficznie Giorgi. 

Gdy w 2012 r. dziennikarze kanału BBC okrzyknęli tę trasę jedną z najniebezpieczniejszych na świecie, zaczęli rozjeżdżać ją motomaniacy i miłośnicy adrenaliny. Giorgi wabi ich wskazówkami w obcych językach i czaczą, ale w głębi duszy za nimi nie przepada. Tacy bowiem uznają Omalo, malutką wioskę, za koniec świata. Może dlatego, że stałych mieszkańców jest tu zaledwie siedmiu. Cała reszta na zimę schodzi w dół. Wtedy drogi są nieprzejezdne, a najstarsi wyjadacze, którzy zostali, poruszają się wśród zasp śniegu. Nie hodują kur, nie stosują pieniędzy (wymieniają się dobrami jak za dawnych lat), a żywność trzymają w drewnianych beczkach. Cieszą się z każdego gościa. Co obrotniejsi zakładają hostele, których w sezonie otwiera się tu kilka; jeden należy do Polaków. 

 

Początek świata

Jest też drugi rodzaj turystów. Gotowi na niewygody długiej drogi i bąble na stopach. Ich Giorgi rozpoznaje już w trakcie samochodowego podjazdu do Omalo. Przekonujemy się, że z nimi podzieli się czaczą podczas rozbijania namiotów, a rano włoży do plecaka chinkali, nadziewane mięsem pierożki, klasyk narodowej kuchni, który narodził się w sąsiedniej Chewsuretii. 

Dla wędrowców Omalo, szumnie zwane „stolicą regionu”, to nie koniec świata, a jego początek. Pierwszego dnia idziemy powoli, w głowie jeszcze szumi czacza. Ale trasa szutrową drogą wiedzie przez 12 km do zjawiskowego Dartlo. 

Następnego dnia rozbijamy się na lancz nieopodal samotnej baszty w Kwawlo. Dalej mijamy osady Chescho i Parsma. Ich wieże przypominają warowne zamki. Wioska Girevi to ostatnia zamieszkała osada w dolinie, tutaj można zahaczyć o posterunek pograniczników oznaczony flagą. Zagadują bardziej towarzysko niż oficjalnie (ale przepustka, którą wydają, jest niezbędna do spacerów w tym rejonie). Dalej trasa wiedzie wzdłuż strumienia Kvakhidisitskali, a potem przez ruiny Chontio. Łąki Kvahidi są idealne na kemping, w okolicy nie brakuje strumieni, wokół nie ma już nikogo. 

Widok na góry, przełęcze i kwitnące na fioletowo łąki robi wrażenie, tak jakbyśmy byli tu całkiem sami, a świat dopiero powstał. Samotność, którą tak reklamował nam Giorgi, tutaj nabiera innego wymiaru. Idziemy każdy swoim tempem, pogrążeni w cichej kontemplacji.  Aż do następnego dnia nie spotkamy żadnych turystów. Błogość.

Wtedy pojawiają się psy pasterskie. W przewodnikach radzono, by w takiej sytuacji zatrzymać się i zawołać na pasterza. Tego jednak nie widać. Gdy wreszcie wyłania się zza wzgórza, oddychamy z ulgą. Żywo gestykuluje i pokazuje na kamienie. Potakujemy zdziwieni. Potem czytamy, że na górskim szlaku wciąż można spotkać miejsca pogańskiego kultu chati – kopczyki z kamieni uformowane w wieżyczki i zakończone porożami baranów lub koziorożców. Według wierzeń nie powinny się do nich zbliżać kobiety. Na szczęście nie mieliśmy takiego pomysłu. Obyło się bez profanacji. 

 

Zapomniane przez Boga

Piątego dnia docieramy do przełęczy Atsunta (3431 m n.p.m.). To naturalna granica między Tuszetią i Chewsuretią. Mówią o nich: krainy zapomniane przez Boga. Nie bez powodu. Wciśnięte w północy wschód Gruzji, graniczące z rosyjskimi republikami Czeczenią i Dagestanem, odizolowane od reszty kraju, wciąż nie są zadeptane. Zachowują swój pierwotny charakter i rytm życia. 

Chewsurowie uważają, że mieszkają na tych terenach od początku świata (choć niektórzy twierdzą, że są potomkami uciekających z Ziemi Świętej krzyżowców). Ich sąsiedzi z drugiej strony przełęczy, Tuszeci, to ostatnia w Gruzji grupa etniczna, która przyjęła chrześcijaństwo. Tradycyjnie, choć nie wiadomo dlaczego, na tuszeckim stole nie znajdziecie zakazanej w regionie wieprzowiny. Za to na żadnej uczcie nie zabraknie baraniny – z końcem maja gruzińscy górale wyruszają na wysokie hale, by przez letnie miesiące wypasać owce. Szczęściarze mogą się załapać na tradycyjną gruzińską suprę, czyli biesiadę wokół zastawionego stołu, którą nieodmiennie dowodzi tamada, wodzirej i mówca. 

O baraninie możemy tylko pomarzyć. Na drodze pojawiają się strumienie, tracimy nieco czasu, by je przekroczyć. Zastanawiamy się nawet, czy nie dać się poskromić żywiołowi, oddać naturze i błogiemu oczekiwaniu na kogoś z końmi. Zwalniamy. Przestajemy się ścigać. Ogarnia nas bezczas. Niebawem skończy się samotność, zaczną pierwsze osady. Gdy na trasie mijamy spektakularną twierdzę Mutso, wartą wspinaczki na wzgórze, nagle czujemy się bezradni wobec monumentalnej historii. To święte miejsce Chewsurów. Zbudował ją mityczny Torgwa Dzagani; jego kamienny tron znajduje się w jednym z najwyższych punktów fortecy.
Na końcu trekku czeka Szatili, XII-wieczna osada 60 wież. Zaułki, przejścia z kamienia nadają jej starej części magiczną aurę. W jednej z baszt można nawet przenocować (choć to najdroższy nocleg we wsi!). Tutaj szlak się rozdziela. Część wędrowców kupuje zapasy i rusza dalej, w kierunku Kazbegi, przez przełęcz Sadzele. Na końcu tej drogi kontemplują w prawosławnym klasztorze Tsminda Sameba. My tym razem odpuszczamy. 

Śmiejemy się, że to wpływ Robinsona z Mestii. Znaleźliśmy już naszą bezludną wyspę, do której jeszcze nie raz będziemy wracać. 

Maria Hawranek i Szymon Opryszek

 

Trekking Omalo - Szatili

Trasa: 77,5 km
Czas: 5 dni
Kiedy? Lato