Narciarstwo jest sportem dla ekshibicjonistów, a przynajmniej ekstrawertyków. Kto nie odnajduje w sobie cichej nutki, głęboko ukrytej, może nawet odrobinę krępującej, potrzeby wyjścia na scenę, ten nie pokocha stoku.

Scenariusz narciarskiego striptizu zwykle przebiega tak: Osoba Pierwsza: O jakie fajne okulary! Co to za firma?
Osoba Druga (zdejmując okulary): A taka jak zwykle, zawsze kupuję ich okulary. Masz, popatrz, jak dobrze kontrastują. Kupiłem je razem z tym oddychającym podkoszulkiem (zdejmuje kurtkę, bluzę, pokazuje bieliznę).
Osoba Pierwsza: No tak, a ja widzisz ciągle w zeszłorocznym polarze, ale w rękawice GTX zainwestowałem (wolnym ruchem zdejmuje rękawiczkę i podaje Osobie Drugiej). A, i jeszcze mam skarpety nowe! Do minus 40 wytrzymują. W takich skarpetach zupełnie inaczej się jeździ.
Pokazowi towarzyszy paranaukowa dyskusja na temat zastosowań technologii kosmicznych w produkcji sprzętu sportowego. Samo słownictwo świadczy dobitnie, że nie mamy do czynienia z leszczami, na stoku zwanymi kapeluszami. A potwierdzeniem tego jest sposób, w jaki Osoba Pierwsza i Osoba Druga znikają nam z oczu, połykając kolejne stromizny, oblodzenia, muldy i co tam jeszcze... może kapelusze właśnie.
Kapelusza poznać już po stylu, w ja-kim zbliża się do wyciągu. Jest to nonszalancja pomieszana z rozpaczliwym ratowaniem się przed upadkiem. Najpierw widać złożone w symboliczny krzyż narty, które przyciska do piersi, na przegubach gołych rąk, jak w teatrze lalek, wiszą mu kijki, które obijają się o chodnik. Potem ciągnie się rozpięta, z reguły dużo za długa (być może dla zmyślnej ochrony wiadomej strefy) kurtka. Jest też wełniany szal artystowsko zarzucony, są dżinsy, które jak wiadomo sprawdzają się w każdej sytuacji i symbolizują przywiązanie do pewnych wartości i teraz rzecz ważna – nakrycie głowy. Może nim być wełniana czapka z dyndającym radośnie pomponem, ale lepszy będzie gigantyczny, pikowany welurowy cylinder rodem z karnawału w Wenecji, albo kolorowa czapa z dzwoneczkami lub przynajmniej rogami zwierząt. Ich styl jazdy polega głównie na rozwijaniu prędkości i hamowaniu gdzieś, jakoś, w miarę możliwości.
Inny styl prezentuje autorytarny ojciec rodziny, czasowo samotny, bo narty to męski sport i kawalerów przygoda. Żonę zostawił w kuchni, dzieci w szkole. Najczęściej ubiera się w kombinezon jednoczęściowy, na głowie może mieć opaskę, a w kolejce do wyciągu raczej popchnie dziecko lub zagrodzi mu przejście kijem, niż ustąpi miejsca. Jeździ sztywno, nogi trzyma wąsko, bo taka jest jego, a zarazem najlepsza, szkoła jazdy. Czasem wyskoczy na muldzie, wzbije obłok zdartego z trasy śniegu, bo lubi ostro pojechać. Cecha charakterystyczna – wymachuje kijami. Chodzi o zwrócenie uwagi wyluzowaniem, pewnością siebie i umiejętnościami, czyli tym wszystkim, czego odczuwa bolesne braki. Z reguły jest rosły jak dąb, może więc osiągać naprawdę spore prędkości, nad  którymi często traci kontrolę, dlatego jest zawodnikiem szczególnie na stoku niebezpiecznym.
Z wyciągu krzesełkowego widać też inny typ, kobiecy. To dziewczyna ubrana w wąskie spodnie, spiętą w talii paskiem z dużą klamrą kurtkę. Na głowie ma kaptur obszyty puszkiem i nauszniki z futerka w formie słuchawek. Taki strój wysyła jeden sygnał – zaopiekuj się mną! Do nart podchodzi z nieśmiałością, raczej nie wierzy, że w końcu znajdzie się na dole, i marzy o tym, by to już się skończyło, żeby był zmrok, odwilż, żeby zamknęli wyciągi, zabrakło prądu. Po dwóch zjazdach idzie do schroniska na gorącą czekoladę, gdzie poczeka na swego chłopaka. Zamawia czekoladę, siada przy oknie, patrzy przez szybę i czeka, aż z gór wróci On.
No, chyba że wcześniej pojawi się ktoś zupełnie inny, też gotów do opieki. Może będzie nim właściciel nowych skarpet? I tu zacznie się już inna historia. Bo narty odmieniają, jeśli nie życie, to chociaż tydzień lub dwa w roku.