Redakcja National Geographic testuje ekstremalne przeżycia na terenie kraju. Wspólnie z czytelnikami i marką Wyjątkowy Prezent rysujemy mapę Polski Pełnej Przeżyć! Po lotach w tunelu aerodynamicznym, nadszedł czas na fruwanie pod gołym niebem. Kierunek: Jadwisin. Misja: flyboard.

Odrzutowy Jadwisin

- Nie boisz się? - Słyszę to pytanie nie pierwszy raz. Nie, ale powoli zaczynam bać się swojego braku obaw. Może to dlatego, że o planach na dzisiejsze popołudnie wiem niewiele – będziemy latać, w wodzie, na latającej desce, w odrzutowych butach. Brzmi co najmniej niewiarygodnie.

Uciekamy z Warszawy, ale niedaleko - zaledwie 40 minut od centrum, do Jadwisina nad Zalew Zegrzyński. Przejeżdżamy przez rezerwat przyrody Wąwóz Szaniawskiego i trafiamy do uroczego Klubu Mila. Jeśli Zegrze obrosło w disco-polowe skojarzenia, to to miejsce je zupełnie odczarowuje! Marina, żaglówki, białe leżaki, wszystko utrzymane marynarskim, niebiesko-czerwonym stylu. Czuję się jak na wakacjach, choć jeszcze chwilę wcześniej siedziałam w klimatyzowanym open space’ie.  

Dzielę się tą myślą z instruktorem flyboardu, który niedługo te sielskie chwile zamieni w ekstremalne przeżycie.  - Często mamy takich gości, z korporacji, którzy po stresującym tygodniu przy biurku przyjeżdżają sponiewierać się w wodzie.

„Sponiewierać”. Powtarzam w głowie, sylabizuję... A więc to mnie czeka?! Czy ja się na to piszę? Niech będzie!

 

Trudne początki i szybka nauka

Flyboard to bardzo widowiskowa rozrywka. Oglądając filmy w internecie trudno nie zachwycić się możliwościami latającej deski. Doświadczeni sportowcy potrafią wykonywać na niej naprawdę niesamowite popisy.

Jak to działa?  Mechanizm jest dość prosty: do skutera wodnego podłączony jest 18-metrowy wąż, który dostarcza wodę pompowaną przez silnik pojazdu do deski z dwoma dyszami. Silnik napędza więc wodę, która ujście znajduje dopiero w dyszach przy stopach i tym samym daje odrzutową moc.

Najbardziej niepokoi mnie, czy podołam technicznie, czy nie dojdzie do głosu mój dawno zapomniany dyswuef, beztalencie w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej. Obawy okazują się uzasadnione, gdy po krótkim instruktażu: „Najpierw musisz wskoczyć do wody nogami w dół, położyć się na brzuchu, podciągnąć  kolana do brzucha i  szybko wyprostować nogi…”, zapamiętuję tylko „musisz wskoczyć”. Ubrana w kapok, kask, najdziwniejsze buty, jakie kiedykolwiek miałam na nogach (gumowe obuwie przymocowane do deski, z której odchodzą dwie turbo rury i gruby wąż) – wskakuję.

Tu już działa za mnie adrenalina. Nie zastanawiam się, czy jest chłodno (nie jest, woda w zalewie ma ponad 20 stopni), czy mokro (zdecydowanie), co będzie, czy podołam…. To się po prostu dzieje! Łączność z instruktorem przez mikrofon zamontowany w kasku daje mi poczucie bezpieczeństwa. Siedzący na skuterze instruktor reguluje ciąg i siłę wody, dzięki czemu może zareagować w każdej sytuacji.

Wyzwanie numer jeden to przybrać odpowiednią pozycję – czyli ustawić deskę pod wodą i stanąć prosto. Pierwsza próba wzniesienia się w powietrze – fiasko. Druga – lepiej. Trzecia – zaczynam się unosić! Instruktor zwiększa moc silnika, jestem coraz wyżej.– Aaaaaaaaa - przekonuję się, że umiem piszczeć (tu chciałam przeprosić instruktora Jacka, który słuchał tego wszystkiego w słuchawkach, za to że naraziłam jego błonę bębenkową na szwank).

To niesamowite uczucie -  unosić się w powietrze dzięki utrzymywaniu odpowiedniej postawy i dziwnej sile, która wydobywa się spod stóp. Wyłaniasz się z wody jak Godzilla i wydaje ci się że jesteś wielki! Posejdon Zegrza, który lada chwila zacznie trzaskać piorunami.

Bach! To nie piorun, ale moje zderzenie z taflą wody. Jeden niewłaściwy ruch kolanem i z impetem wpadam do wody. Upadek nie boli, ale oszołamia. Spontaniczne zderzenie z  wodą to uczucie, którego nie doświadczyłam od dzieciństwa (pamiętacie skoki z pomostu „na bombę”?). Jakie to przyjemne, gdy woda zalewa mi twarz! Beztroska!

 

Frajda!

Na szczęście nauczenie się podstaw to naprawdę kwestia kilkunastu prób, po których każdy (przydaje się umiejętność pływania) zaczyna świadomie poruszać się na latającej desce. Doświadczeni mówią, że pierwszych trików można się nauczyć bardzo szybko. Po 15 minutach można już poruszać się do przodu, do tyłu, skręcać, a nawet wykonać prosty trik – twister, czyli obrót dookoła własnej osi.

Flyboard wciąga! (Na szczęście nie dosłownie). Daje frajdę i uczucie niebywałej swobody. Warto spróbować, nawet jeśli nie jest się mistrzem świata w tej dziedzinie. 

Hanna Gadomska, Błażej Grygiel
 


Jeśli też lubisz takie wrażenia, chcesz się z nami podzielić swoimi aktywnościami, zgłoś się i stwórz z nami przewodnik po Polsce Pełnej Przeżyć!