Wysoki dźwig, długa lina i jeden mały krok wyzwalają ogromne emocje.

Pierwszy skok na bungee wykonała wiele lat temu – nie wiedząc jeszcze, że to się tak nazywa – pewna kobieta na wyspie Pentecost (obecnie Republika Vanuatu). Uciekając przed srogim mężem, owinęła wokół nogi pnącze i rzuciła się w przepaść. Jej przypadkowy wyczyn zainspirował młodych mężczyzn i stał się obowiązkowym punktem programu w tamtejszych dożynkach. W 1955 r. opisali go dziennikarze „National Geographic”. W 1979 r. oksfordczycy, członkowie Uniwersyteckiego Klubu Niebezpiecznych Sportów, ubrani w smokingi i cylindry, na linie skręconej z nylonowych włókien i gumowych kabli, skoczyli z 75-metrowego mostu Clifton w Bristolu. Dziś bungee jumping jest jednym z najpopularniejszych sportów ekstremalnych na świecie. – Ludzie rzucają się w przepaść dla przyjemności albo by przełamać strach – mówi Jarosław Nowak z Kamol Bungee Jumping. Większość śmiałków chce ten wyczyn powtórzyć, a około pięciu procent z nich robi to tego samego dnia. W Polsce bungee pojawiło się po raz pierwszy w 1989 r. w Wilczym Jarze, we wsi Strubiny koło Zakroczym

Zabawa na linie

Co powinien mieć skoczek? Odwagę. Za sprzęt w całości odpowiada organizator. Lina musi być elastyczna i trwała, składa się z mnóstwa lateksowych gumek. W zależności od wagi skoczka stosuje się jeden z trzech rodzajów lin: do 65, 90 oraz do 120 kg. Mocuje się ją na uprzęży – zwykle opinającej kostki, ale używa się również uprzęży na korpus lub biodra.

Na bungee można skakać w kilka osób. Popularny jest tzw. tandem, skok w parze. W zależności od wagi śmiałków przypina im się jedną linę albo dwie. Jeśli razem chcą skoczyć trzy osoby lub więcej, muszą to uzgodnić z organizatorem, ale technicznie nie ma przeciwwskazań. 

Czy nic mi nie grozi?

Najważniejsze dla zachowania bezpieczeństwa są prawidłowe zapięcie uprzęży oraz dobór długości i grubości liny. Wszystkie parametry da się dokładnie obliczyć. Bierze się pod uwagę długość liny, jej maksymalne rozciągnięcie, właściwości gumy oraz wysokość nad ziemią. Lina może się rozciągnąć nawet czterokrotnie. Jeżeli skoki odbywają się nad utwardzonym podłożem, skaczący powinien zatrzymać się nie niżej niż 4 m nad ziemią. W przypadku skoków nad wodą można pozwolić, aby skaczący zanurzył w niej ręce, ale nie uderzył ciałem o jej powierzchnię. Naprężona po skoku lina porusza się jak wahadło, więc przyczepiony do jej końca skoczek nie może się w niej zaplątać. Jarosław Nowak zaznacza jednak, że guma gumie nierówna i że każdą należy dokładnie sprawdzić i dopasować, nie wolno wierzyć samym obliczeniom. W idealnych warunkach jedna lina wystarcza na blisko sto skoków, jednak częsty kontakt z wilgocią lub działaniem promieni słonecznych może powodować, że sprzęt niszczy się szybciej (lina na plaży może się zużyć już po 50 skokach). Instruktorzy sprawdzają, czy lina się nie przeciera, a rozciągliwość gumy musi spełniać normę europejską. Poza tym teren, na którym odbywają się skoki, powinien z oczywistych względów być wolny od zabudowań, drzew czy linii wysokiego napięcia.

Jak się to robi?

Przed spotkaniem z własnym strachem warto sprawdzić, czy firma obsługująca skoki spełnia wszystkie wymogi. Organizator powinien mieć wykupione ubezpieczenie OC i NNW oraz zgodę właściciela obiektu. Instruktorzy powinni być przeszkoleni do prac na wysokości. Na pewno warto zapoznać się z regulaminem skoków na bungee, w którym są m.in. informacje o przeciwwskazaniach (nie mogą skakać osoby nietrzeźwe, z chorobami krążenia i kręgosłupa, po ciężkich złamaniach nóg, miednicy oraz kobiety w ciąży). Trzeba wyjąć z kieszeni klucze, monety itp. Według regulaminu organizator nie zwraca kosztów za niewykonany skok (zwykle rezygnuje się po trzykrotnym nieskutecznym odliczaniu). Warunkiem dopuszczenia do skoku jest oświadczenie o dobrym stanie zdrowia, a w przypadku nieletnich dodatkowo zgoda rodziców. Przed wjazdem na gorę każdy jest ważony, aby instruktor mógł dobrać odpowiednią linę (musiałam też przejść badanie alkomatem, choć nie wynikało to z mojego dobrego humoru – była to akurat standardowa procedura). Potem pozostaje już tylko powtarzać sobie: „dam radę!”. Instruktor wydaje komendy, odpowiada na pytania i – przede wszystkim – uspokaja. Patrzenie w dół nie ma sensu, to tylko potęguje strach. Najlepiej nie zamykać oczu i patrzeć prosto przed siebie. Skoczek zostaje wpięty w uprząż, do niej przymocowana jest lina. Drugi koniec łączy się z obiektem, z którego się skacze.

Tuż przed skokiem instruktor odlicza do trzech, po czym rzuca komendę: „bungee!”. Skok może wyglądać bardzo rożnie. Można rzucić się jak przy skoku na główkę albo z rozłożonymi ramionami. Niektórzy wykonują salta i inne akrobacje. Na dole lina się napina i następuje szarpnięcie. To wtedy odczuwa się największą radość.

Bungee na działce

W zasadzie każdy może założyć firmę organizującą skoki na bungee. Teoretycznie nie ma prawnych przeciwwskazań, aby kupić sobie sprzęt i skakać na własnym podwórku, jednak jest to bardzo drogie. Sprzęt kosztuje 40–50 tys. zł, w tym sama lina to 2–3 tys. zł, kolejne wydatki to użytkowanie i konserwacja. W Polsce nie ma jednostki szkolącej instruktorów bungee ( jest ona np. we Włoszech), dlatego w tym zawodzie pracują m.in. absolwenci AWF, osoby z uprawnieniami alpinistycznymi, znające się na linach i przede wszystkim – z doświadczeniem m.in. pracy na wysokościach. Ważne jest też szkolenie pod okiem bungee mastera. Organizator skoków musi zdobyć zezwolenia: zgodę na skakanie z mostów wydaje Rejon Drog Publicznych, a z dźwigów – Urząd Dozoru Technicznego.


Jak dotąd w naszym kraju nie powstało żadne stowarzyszenie skoczków lub instruktorów bungee, jednak są plany powołania organizacji skupiającej firmy, które przestrzegają standardów bezpieczeństwa. Takie jednostki funkcjonują już m.in. w USA, Wielkiej Brytanii i Brazylii.

Joanna Stachowiak