Lubi, kiedy czuje, że jest ciężko. Trudno mu się zmęczyć. Dlatego na swoja dyscyplinę wybrał biegi ultradługie. Znalazł się w światowej czołówce. Na zakończenie kariery przebiegł świat.

Z Piotrem Kuryłą rozmawia Julia Lachowicz

 

 

Pobiegamy?

Dziękuję, nie biegam.

Brzmi jak odpowiedź alkoholika, gdy proponuje się mu kieliszek wódki.

No bo od biegania tez się można uzależnić.

Wie pan coś o tym?

Tak. W pewnym momencie bieganie było dla mnie wszystkim. Gdy przygotowywałem się do ultramaratonów, które maja dystanse nawet powyżej 200 km, potrafiłem dwa razy w tygodniu biec maraton. W ramach treningu. A w pozostałe dni po kilkanaście kilometrów.

Bieg na 200 km? Tego przecież nie da się przebiec bez przerwy.

Oczywiście, że się da! Jeżeli chce się zająć dobre miejsce, nie można sobie pozwolić na przystanki. Dwukrotnie brałem udział w Spartathlonie. To bieg z Aten do Sparty na dystansie 246 km. W 2007 r. pokonałem go w 24 godz. 29 min i 41 s. Biegłem non stop, średnio poniżej sześciu minut na kilometr. Byłem drugi.

Jak wyglądał pana trening do tak morderczych zawodów?

Po prostu przebiegłem z Augustowa do Grecji. W sumie 4 tys. km przez Polskę, Czechy, Węgry i Serbię. Cały czas ciągnąłem za sobą wózek z ekwipunkiem.

Zakrawa na masochizm.

Bo ja zawsze lubiłem dostawać po dupie. Jak byłem mały, z moim bratem bliźniakiem byliśmy zmuszani do pracy na polu tytoniu. Także w soboty. To był mój znienawidzony dzień tygodnia. Ojciec dawał w palnik i się na nas wyzywał. Od tego czasu lubię, jak jest ciężko. Musze czuć, że jest źle. Pierwszy mój maraton w życiu biegłem w Warszawie. Prawdziwa masakra. Za szybko wystartowałem, ostatnie kilometry musiałem iść. Na nogach miałem buty za 20 zł, które poobcierały mi doszczętnie nogi. Normalny człowiek by sobie po takim debiucie odpuścił. Ja nie.

Widać to po ścianach w pana domu. Są jak kapliczka zrobiona z medali, pucharów i dyplomów z biegów.

Trochę się tego nazbierało. Gdy zorientowałem się, że na dystansie maratońskim nie mam szans na miejsca w czołówce, przerzuciłem się na ultradługie biegi. Świetnie się w nich czułem i konkurencja była mniejsza. Był moment, że nie miałem równych w Polsce.

I mimo to rzucił pan bieganie.

Bo przez to, że dla biegania zrezygnowałem z roboty, poczuliśmy biedę. Żona poszła do pracy, ale to nie wystarczało, żeby utrzymać rodzinę z dwiema córkami.

Była tez afera z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Podobno sugerowali, żeby pan odszedł.

Przed startem w Grecji wdałem się w bójkę. Człowiek przed zawodami przez kilka dni nie może biegać, w związku z czym jest cholernie nabuzowany. Ktoś mnie sprowokował...

Jak?

Podszedł do mnie i powiedział: „Rozmawiałem z twoją żoną, mówiła mi, że wolałaby długodystansowca niż sprintera”. Nerwy mi puściły, miałem z tego kłopoty. To wszystko się nałożyło na siebie i obiecałem żonie, że skończę z bieganiem.

Tak po prostu?

No, pod jednym warunkiem. Że będę mógł pobiec ostatni bieg. Dookoła świata.

I co ona na to?

Nie miała juz nawet siły komentować.

A po co coś takiego robić?

Dla pokoju na świecie.

Banał. Jak podczas wyborów Miss World.

Może się pani śmiać, ale według mnie pokój jest jedyną uniwersalną wartością, o która wszyscy walczymy. Chciałem swoją postawa inspirować ludzi do działania.

Jak wyglądały przygotowania?

Wziąłem globus i po prostu narysowałem na nim linie – przez Rosję, Stany i Europę. Tak wyznaczyłem trasę. Przygotowania trwały aż pół roku, w końcu zrobiłem te trasę że wschodu na zachód.

A sprzęt?

Wziąłem ze sobą obcinacz do paznokci, nożyczki, kleje błyskawiczne, dwie szpulki mocnej nici, kilka igieł, scyzoryk, dwa zegarki, dwie latarki, notatnik, dwa długopisy i czarny wodoodporny mazak, dwie pary butów, trochę ciuchów, leków i jedzenie. Dziesięć litrów wody, trzy litry mleka, kilka chlebów, suchary, dżem, miód, konserwy, czekoladę gorzką i snickersa.

Największym wyzwaniem było zbudowanie specjalnego kajaka z opuszczanymi kołami, który zarazem mógł służyć jako przyczepka. Wtedy jeszcze planowałem, że oprócz biegu będę spływał rzekami. Brałem tez pod uwagę, że być może będę musiał przepłynąć na nim ocean.

Plany się zmieniły?

80 km za Madrytem, na rzece Tag. Wpadłem tam w wiry wodne. Dwa razy udało mi się wyciągnąć kajak, ale poziom wody podnosił się, bo otwarto zaporę. Nie miałem szans. Musiałem porzucić cały mój ekwipunek i po skałach wydostać się z kanionu. Byłem wyczerpany, przez chwile naprawdę chciałem umrzeć.

Przerosło to Pana?

Gdy byłem pod wodą, usłyszałem głos, który kazał mi nabrać wody w płuca i spokojnie pójść na dno. Na szczęście pojawił się też drugi głos, który przed oczami postawił zdjęcie moich dwóch córek. Wtedy wiedziałem, że muszę się dla nich uratować. Po tej sytuacji poczułem się silny. Wiedziałem, że jakaś siła nade mną chce, żebym ukończył mój ostatni bieg.

Co pan zrobił po utracie całego ekwipunku?

Spałem w lesie, pod gołym niebem. Jadłem tylko suchy chleb. W Lizbonie konsul pomógł mi się ogarnąć, wyleciałem do Nowego Jorku. Na miejscu miałem się zgłosić do organizacji polonijnej, ale bez angielskiego nie potrafiłem nawet trafić pod wskazany adres. Przez trzy dni koczowałem w Central Parku.

Ale Polonia się w końcu panem zajęła.

Tak, bardzo mi pomogła. Dopiero tam się okazało, że na moim koncie zostało 19 dol., a ja mam przebiec całe Stany. W gazetce polonijnej napisano więc apel o wsparcie mojego projektu. Po kilku tygodniach na koncie było 10 tys. dol. Wyobraża sobie pani?

Nie bardzo. Skąd te pieniądze?

Ludzie bardzo mi kibicowali. Podobał im się mój projekt. Ale naprawdę to nie kasa najbardziej mi pomogła, tylko ludzka życzliwość. Raz biegłem w ulewie, było zimno, beznadziejnie. I nagle pewna pani wychodzi z kubkiem ciepłej herbaty.

Nie mógł pan sobie jej przyrządzić?

Nie miałem ze sobą kuchenki. Jadłem tylko chleb lub bułki, popijałem mlekiem. Ważne, że cztery razy dziennie. Zawsze jeden posiłek przed snem. Dzięki temu trochę się rozgrzewałem i mogłem się zdrzemnąć. Czasem spałem w temperaturze –10°C. Nauczyłem się też zawsze zabierać butelkę wody do śpiwora, żeby nie zamarzła. Zwłaszcza gdy doleciałem do Władywostoku w Rosji. Mrozy w nocy dawały mi w kość.

Jak się pan rozgrzewał?

Biegiem. Średnio pokonywałem 70 km dziennie. W Rosji zdarzało się, że nawet 150. Najtrudniejsze były zachody słońca. Tęskniłem i chciałem jak najszybciej dotrzeć do domu. W tych momentach nie zatrzymywałem się i biegłem, aż padłem.

Jak radził pan sobie z samotnością?

Nie radziłem sobie. Odmawiałem zdrowaśki. Jak teraz zgrzeszę i ksiądz za pokutę daje mi 10 do odmówienia, to czuję, że to nic. Chcę więcej. Ja dziennie odmawiałem ich setki.

Pomagało?

Nie zawsze. Załamywałem się wiele razy. Na przykład gdy na Syberii zobaczyłem znak, że do następnego miasta – Czyta, jest 2,1 tys. km. Miałem dość. Kombinowałem, jakby tu złamać nogę albo się poślizgnąć, by nie musieć już dalej biec.

I co, nic? Żadnych kontuzji?

Jak bolały mnie stawy czy ścięgna, robiłem okłady z pokrzyw albo lodu. Działało. Przebiegłem te 20 tys. km dookoła ziemi praktycznie bez szwanku.

Dobiegł pan o własnych siłach do samego domu, do Pruski Wielkiej.

Do Augustowa. Stąd zaczynałem swój bieg. Miałem wrócić dokładnie tu, dokładnie rok później, czyli 6 sierpnia 2011 r.

Udało się wycelować?

Biegłem trochę za szybko i byłem w Polsce dwa dni przed planowanym oficjalnym powitaniem. Czatowałem więc przez dwa dni w okolicznych lasach, w namiocie i wbiegłem, tak jak to ustaliliśmy.

Żona nie była wkurzona, że jest pan tak blisko, a zamiast w domu śpi w lesie?

Trochę tak. Ale szczerze, to na pół godzinki wpadłem do domu. Ucałować ją i córki i zostawić trochę sprzętu. Potem wróciłem do namiotu. Nie chciałem nikomu psuć przygotowań.

W dniu mojego wbiegnięcia była scena i ktoś zagrał utwór Weare the champions zespołu Queen, który słyszałem wcześniej tylko raz. Podczas mojego pierwszego maratonu w życiu. Teraz już wiem, że przypadki nie istnieją.

Jak pan się wtedy czuł?

Z jednej strony czułem ulgę, bo bardzo tęskniłem za córkami i żoną i chciałem zacząć normalne domowe życie. Z drugiej jednak im byłem bliżej domu, tym więcej niepokoju we mnie było, jak będzie wyglądać moje życie bez biegania.

I jak wygląda?

Szczerze, to gdybym wiedział, że tak będzie, to nie zdecydowałbym się na ten bieg. Córki nastolatki bardzo zmieniły się w przeciągu tego roku. Wydaje mi się teraz, że to był kluczowy rok, który straciłem. Oddaliły się ode mnie. Z żoną powoli staramy się odbudowywać więź. Nie jest łatwo. One w ogóle o moim wyczynie nie chcą słuchać. Czasem mam wrażenie, że bardziej kochają psa, którego kupiły, gdy mnie nie było. Są dni, że tęsknię za bieganiem. Ale nie wrócę do tego, bo człowiek jest wart tyle co jego słowo.

To czym pan to zastępuje?

Jeżdżę na rowerze. Myślę o podróżach, planuję już wyprawę na Syberię. Rowerem. Ćwiczę też na siłowni, którą zbudowałem sobie w domu. Ale mówię pani, dobrego biegania nic nie zastąpi. Nawet seks.