"Pojechałam w Bieszczady śladem serialu Wataha. Wróciłam zaskoczona i zachwycona." Iza Klementynowska

Wysiadłam z autobusu relacji Warszawa– Ustrzyki Dolne z mocnym postanowieniem, że do chaty przyjaciela w Polanie dostanę się stopem. Wcześniej jednak chciałam zobaczyć kilka miejsc, które znałam z serialu Wataha. Czekałam jakiś czas pod lokalnym kościołem z czerwonej cegły, miejscem, z którego bardzo często zabiera się autostopowiczów. Kierowca zmierzał w okolice zapory w Solinie. Z bliska robi ona ogromne wrażenie. Gdyby chcieć obejść sztuczne jezioro dookoła, zajęłoby nam to pięć dni. Tama liczy sobie 664 m długości, a w porze największych opadów zbiornik wody osiąga głębokość nawet 60 m. Widziałam ją kilka lat temu, myślałam więc, że nic mnie już nie zdziwi ani nie zachwyci, ale na szczęście człowiek to istota zaskakująca samą siebie i już na miejscu stanęłam jak wryta. Wyjeżdżając z Ustrzyk, nasz samochód przemykał pośród drzew niczym w zielonym tunelu, co wyglądało nieco klaustrofobicznie. Dopiero nad Soliną poczułam przestrzeń, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mała jestem wobec potęgi przyrody. Z wysokości tamy jezioro przypominało ogromną kroplę wody, która niechcący skapnęła z pędzla malarza uwielbiającego zieleń. Ciemnoszafirowy, mętny odcień wyraźnie odcinał się kolorem od otaczających jezioro drzew. Szum wody nie zdołał zagłuszyć odgłosów i trzasków dochodzących z lasu. Przyciągał mnie ten las z dużą siłą, ale wiedziałam, że jeszcze na to nie pora. Pójdę w niego w swoim czasie. Tymczasem wyszłam na drogę i w niecałe 15 min zatrzymał się kolejny samochód. – Do Baligrodu jadę – powiedział kierowca.

W bazie.

Tuż za Baligrodem, w okolicach studenckiej bazy namiotowej Rabe, znajdowała się filmowa Chata Szeptuna. Tej z serialu już tam nie znajdziemy, ale w okolicy jest kilka podobnych; położonych w lesie, z dala od zabudowań. Tego szukałam. Pozostało jedynie jakoś się tam dostać. W telefoniczny GPS wbiłam współrzędne i poszłam. Zeszłam z szosy w dobrym kierunku, oprócz mnie nie było nikogo, kto szedłby w tę samą stronę, ale specjalnie mnie to nie martwiło. Nie musiałam z nikim rozmawiać, nikt mnie nie zaczepiał; zachwycająca samotność. Tym bardziej gdy przyroda próbuje się z nami porozumieć. Nie za bardzo wiedziałam, jak długo idę. Im dalej i wyżej, tym bardziej zdawało mi się, że zaraz zapadnie wieczór. Ale to las był tylko coraz gęstszy i coraz wyższy, i już zupełnie nie było słychać szumu samochodów; w Bieszczadach i tak rzadkiego. Terkotały w drzewach dzięcioły, pohukiwały sowy, co wydało mi się za dnia nieco dziwne. Czasem zdawało mi się, że słyszę powarkiwania. Wiedziałam, że wilk nie podchodzi do człowieka, że to wilk bardziej się go boi niż odwrotnie. A mimo to czułam ciarki na plecach. Dlatego kiedy dotarłam do bazy, odetchnęłam. Nieopodal stała stara wiata zbudowana w całości z drewna. Niby nic szczególnego, ale jeśli ktoś ceni sobie mroczny klimat Watahy, tu go na pewno poczuje. Weszłam do chaty. Byłam sama w środku lasu i wiedziałam o tym tylko ja. Było za późno, żeby wracać do wioski. Miałam latarkę, gaz pieprzowy i kilka chwil na to, żeby rozbić namiot.

Dziesięć minut później zapadła ciemność i była to najczarniejsza ciemność, przez jaką kiedykolwiek próbowałam przedrzeć się wzrokiem. Cisza dorabiała jeszcze swoje. Kiedy wydawało mi się, że zapadam w sen, byle szelest za namiotem powodował lekki dygot. Wyobrażałam sobie łapę niedźwiedzia rozrywającą materiał, jakby rozcinał cienką bibułkę. Innym razem wydawało mi się, że słyszę nieludzkie głosy ludzi naradzających się, co ze mną zrobić. Przeklinałam się za tę wyobraźnię, ale chyba bardziej za pomysł samotnego noclegu w głuszy. Jakimś cudem zasnęłam. Rano słońce wtaczające się przez maleńką dziurkę w poszyciu i śpiew ptaków zawstydziły mnie całkowicie. Przyroda nie domagała się mojej ofiary, przeciwnie – przyjęła mnie z radością, a ja odwdzięczyłam się jej makabrami, które dzieją się zwykle tylko w ludzkich umysłach. Zwinęłam namiot, wytrzepując z niego kilka małych pająków i chrząszczy, dopięłam do plecaka i wróciłam na szosę. Chciałam dotrzeć jak najszybciej do Polany, do przyjaciela, który z naturą jest więcej niż za pan brat. Po drodze minęłam – czego dzień wcześniej nie dostrzegłam – starą retortę, czyli dawno już nieużywany metalowy piec do wypalania drewna. Jeszcze nie tak dawno temu produkowano w ten sposób węgiel drzewny, teraz wyparty przez masową produkcję. Ludzie mieli pracę, czasem tylko tę jedną jedyną, ale dającą jako takie utrzymanie w tym biednym regionie. Podobno w tej właśnie okolicy jest więcej nieczynnych retort, w pobliżu których lubili osiedlać się miejscowi znachorzy, szeptuni. To trochę tłumaczyłoby nocne, słyszane przeze mnie głosy.

W komunie.

W kolejnych dniach lawirowałam po bieszczadzkich drogach i bezdrożach. Na trasie miałam m.in. watahową Kwaterę Markowskiego (w serialu granego przez Andrzeja Zielińskiego) i filmowe miejsce przeprawy uchodźców. Byłam w tzw. Wąwozie Przemytników i w kryjówce jednego z najważniejszych serialowych bohaterów – kapitana Straży Granicznej Wiktora Rebrowa (Leszek Lichota). Wreszcie udało mi się dotrzeć do Polany. Musiałam tylko wskazać kierowcy, w którym miejscu się zatrzymać, bo żadnej znaczącej ścieżki do chaty mojego przyjaciela nigdy nie było i nie będzie. Na szczęście. Przedzierałam się przez wyższe, niż zapamiętałam, chaszcze składające się głównie z pokrzyw, nie wiedząc, czy rzeczywiście dobrze idę. Ale kiedy doszłam do małej rzeczki, nad którą wisiał mostek ze szczebelków i lin, odetchnęłam. Mostek tak został skonstruowany, żeby nie każdy chętny mógł przez niego przejść. Niezgrabne stąpnięcie grozi bowiem kąpielą w potoku. Wspięłam się na wzgórze, wciąż pokonując pokrzywy i coraz bardziej nierozpoznane rośliny, wreszcie zobaczyłam znajomą chatkę. Cała z drewna i gliny, jednoizbowa z – powiedzmy – antresolą, dużym gliniano-kamiennym kominkiem i podłogą z konarów drzew. Przed chatką na drewnianym leżaku opalał się mój znajomy. Takich chat w Bieszczadach jest bardzo dużo, niektóre służą jedynie za weekendowe dacze, ale są tacy, którzy mieszkają w nich cały rok. Również zimą, co wymaga niezwykłej gimnastyki logistycznej, by porobić zapasy – nie tylko opału. Polana i okolice to miejsce, które przed laty ukochali sobie hipisi, i wielu osiedliło się na wzgórzach, budując mniejsze lub większe domki z widokiem na łagodne zbocza porośnięte lasem. Podobnie jak w Caryńskiem, jednym z piękniejszych miejsc w Polsce, w Bieszczadzkim Parku Narodowym rozciągniętym na połoninach, w których częściej można spotkać wilka niż człowieka. To dobre miejsce, żeby się schować,jeśli ktoś potrzebuje na jakiś czas kryjówki. Las jest tu jeszcze gęstszy i wyższy niż w innych partiach Bieszczadów. Mnie interesowała jedna chata, w której żył kiedyś i próbował stworzyć komunę hipisowską Wieńczysław Nowacki. Miało to być przytulisko dla wszystkich nieprzystających do ówczesnych, PRL-owskich realiów. Jego mieszkańcy pracowali na roli, zajmowali się hodowlą zwierząt, ale dbali też o sąsiadów, którzy początkowo podchodzili do nich z dystansem. Jednak tej chaty już nie ma, została spalona przez milicję jako miejsce, gdzie – zdaniem funkcjonariuszy – „panowały sodoma i gomora”. Byłam teraz w punkcie, w którym stał ów dom, i w oddali widziałam inne chatki, dużo od niego mniejsze, ale w których i dzisiaj żyją ludzie pragnący spędzać czas na swoich zasadach, z dala od tzw. cywilizacji, funkcjonujący zgodnie z czasem natury. Z hipisami łączy ich jeszcze jedno – jeśli ktoś ucieka z miejsca dla niego trudnego lub zwyczajnie poszukuje schronienia, zawsze może na nich liczyć. Zaszyci w gęstym lesie mogą z niego nie wychodzić latami i nikt ich tu nie znajdzie. Zdarza się, że do chatek trafiają uchodźcy, którzy jakimś cudem nielegalnie przedostali się przez pobliską granicę i potrzebują choć chwili wytchnienia, by zdecydować, co dalej. „Moje miejsce”, pomyślałam.

BIESZCZADY ■ TRANSPORT Autobus z Warszawy do Ustrzyk Dolnych jedzie ok. 8 godz. i kosztuje ok. 70 zł. Moja trasa w Bieszczadach liczyła ok. 120 km i biegła przez: Ustrzyki, Solinę, Rabe, Polanę i Caryńskie. ■ JEDZENIE Wilcza Jama w Lutowiskach – dla tych, którzy lubią dziczyznę i np. rosół z bażanta. Siekierezada w Cisnej – kultowa restauracja z wyśmienitą kwaśnicą. Restauracja Niedźwiadek w Ustrzykach Dolnych – pyszne gołąbki z kaszą gryczaną i wątróbka po lwowsku.