Oto sposób na uratowanie setek tysięcy ludzkich istnień: zapewnijmy dzieciom w ubogich krajach szczepienia, które w zamożnych państwach są czymś oczywistym.

Proszę pójść zobaczyć dziecko – powiedział Samir Saha. – Po prostu przy niej posiedzieć. Pewnie będą tam jej brat i siostra, których życie też na zawsze się zmieniło. Dlatego szczepionka jest tak ważna – mówi Saha. – Chcemy zmniejszyć tę liczbę do minimum, najlepiej do zera. Tak by nie przytrafiało się to innym dzieciom.

Działo się to w Dhace, stolicy Bangladeszu. Pogrążony w smutku Saha siedział na tylnej kanapie swego samochodu. Jego toyotę prowadził kierowca w uniformie, mijając taksówki zbiorowe, motocykle, riksze, ciężarówki i rozklekotane autobusy z uwieszonymi na zewnątrz pasażerami. – Zobaczy pani, jak to wygląda, to pani zrozumie – dodał.

Saha jest światowej sławy mikrobiologiem znanym ze swoich badań nad bakteriami, pneumokokami. Jego laboratorium mieści się w narożniku Dhaka Shishu, największego szpitala dziecięcego w Bangladeszu. Krótki odcinek korytarza dzieli je od dużych sal pełnych łóżek. W godzinach odwiedzin na każdym z nich leży chore dziecko i siedzą liczni opiekujący się nim najbliżsi.

Pneumokoki są w dzisiejszym świecie wszechobecne. Łatwo się przenoszą, drogą kropelkową i poprzez zwykłe kontakty międzyludzkie. Mogą trwać w jamie nosowo-gardłowej ludzi o sprawnych układach odpornościowych, nie powodując u nich objawów chorobowych. Kiedy jednak naturalny system obronny zawiedzie, pneumokoki są w stanie migrować, namnażać się i wywoływać groźną chorobę zakaźną. Najbardziej narażone są dzieci żyjące w miejscach, gdzie dostępność opieki zdrowotnej i antybiotyków jest mała. Na początku XXI w., kiedy w USA i Kanadzie pojawiła się na rynku pierwsza szczepionka chroniąca przed pneumokokami, choroby powodowane przez te bakterie zabijały na świecie ponad 800 tys. dzieci rocznie. Tyle dzieci w wieku poniżej pięciu lat umiera nie z powodu jakiejś epidemii, o której krzyczą nagłówki prasowe, ale na zapalenie płuc lub opon mózgowych czy też zakażenie krwi wywołane przez powszechnie występujące drobnoustroje. Ogromna większość ofar śmiertelnych tych bakterii przypada na ubogie kraje, takie jak Bangladesz.

W 2015 roku tzw. skoniugowana szczepionka przeciwko pneumokokom, do stosowania u dzieci, dotarła i do Bangladeszu. Zespół prof. Sahy bacznie obserwuje skutki jej stosowania. Jeśli szczepionki tego typu rzeczywiście okażą się na całym świecie tak skuteczne, jak mają nadzieję eksperci, śmiertelność ogromnie spadnie. Będzie to oznaczało wiele tysięcy ocalonych małych dzieci, znacznie mniej chorób, mniej cierpienia.

Lecz jeszcze pilniejszym i bardziej złożonym wyzwaniem jest międzynarodowa współpraca w celu dostarczania nowych szczepionek dzieciom w krajach rozwijających się, gdzie jaskrawo widoczne jest cierpienie wywołane chorobami, którym mogą zapobiec szczepionki. Prof. Saha codziennie widzi na korytarzach szpitala przerażonych najbliższych swoich małych pacjentów.

Dlatego posłał mnie do 11-letniej Sanjidy Sahajahan, córki mechanika naprawiającego riksze. – Proszę iść – ponaglił mnie profesor, gdy zajechaliśmy pod bramę szpitala. – A kiedy pani wróci, porozmawiamy o tym, co pani zobaczyła.

Szpitalna furgonetka podskakiwała na dziurawych, zatłoczonych ulicach Dhaki, które stawały się coraz węższe i węższe, aż w końcu mijaliśmy o centymetry wystawione na sprzedaż stosy batatów, używane ubrania, części samochodowe. Wreszcie w uliczce nie było już miejsca na samochód. Z Jamalem Uddinem, który jest lekarzem i Tasmim Sultana Lipi, pielęgniarką środowiskową, ruszyliśmy dalej piechotą. Posuwaliśmy się między krytymi blachą zabudowaniami, przez kraty w oknach widać było kolejne rodziny żyjące w pojedynczych izbach. Lipi wskazała ruchem głowy wejście do jednego z mieszkań, schyliła się i weszła do środka.

Sanjida trafła do szpitala Dhaka Shishu jako trzylatka chora na, jak się okazało, pneumokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Teraz usadzono ją na plastikowym foteliku obok rodzinnego łóżka. Zapalenie czasem powoduje nieodwracalne uszkodzenia opon, czyli błon otaczających mózg i rdzeń kręgowy. Sanjida nie panuje nad własną głową, grymasami twarzy ani wydawanymi odgłosami. Dziewczynka nie jest w stanie artykułować słów. Gdy przyjechaliśmy, matka Sanjidy, Nazma, była akurat poza domem z najmłodszym dzieckiem. W ich budynku dziewięć rodzin mieszkających w pojedynczych pokojach dysponuje dwoma wspólnymi toaletami i jednym kranem. Nazma weszła do mieszkania, usiadła na stołku i ujęła dłoń Sanjidy.