Majestatyczne lasy Borneo znikają wśród dymu i trocin. Sławnej Bioróżnorodności wyspy zagraża gorączkowa pogoń za drewnem i olejem palmowym.

Przede wszystkim opowiem wam o Borneo waszych marzeń.

Dzień zaczyna się sporo przed wschodem słońca dzikimi wrzaskami gibonów, tych budzików lasów deszczowych. Z koron drzew dobiegają miłosne nawoływania kochanków i ostrzegawcze krzyki rywali w natarczywym języku małp, którego znaczeń mogę się tylko domyślać.

Ścieżka z mego obozowiska do lasu wiedzie wzdłuż ogromnych drzew – do najniższych konarów jest jakieś 30 m. Przez zielony gąszcz koron przenika nikłe słoneczne światło. Makak jawajski spaceruje wzdłuż strumienia w nadziei na śniadanie z ryb lub żab. Gdy małpa znika w dole strumienia, do brzegu w podskokach zbliżają się dwie mangusty.

Na polanie para dzioborożców żałobnych z szumem skrzydeł nadlatuje żerować na owocującym drzewie. Ptaki wielkością przypominają indyki, są prawie całe czarne, lecz  nad dziobami mają ogromne czerwono-żółte, lśniące w słońcu hełmy. Podziwiam ich niezwykłość, gdy nagle na wysokości mego pasa pojawia się jakiś kształt wielkości dłoni. Jest aksamitnie czarny, ale z dodatkiem szkarłatu i neonowej zieleni: to Trogonoptera brookiana. Przy rozpostartych skrzydłach osiąga niemal 18 cm.

Spływam małą łodzią w dół szerokiej rzeki Kinabatangan, a potem płynę w górę wąskiego bocznego dopływu. Nade mną grupa nosaczy wspina się po gałęziach. Brzuchaty samiec, z karykaturalnie wielkim nosem zwisającym niczym dojrzały owoc, jest tak brzydki, że aż rozczulający. Większość spiczastonosych samic z jego haremu nosi przy piersi młode. Z góry popatrują na nas lutungi, z brzegu jakaś świnia brodata. Dwumetrowy waran ześlizguje się do wody. Borneański karłowaty słoń płynie przed łodzią, wydychając powietrze jak wieloryb. Widzę, dokąd zmierza: stado złożone z kilkudziesięciu osobników żuje pnącza porastające brzegi głównego nurtu rzeki.