Doktor Tadeusz Mizera pracuje w Instytucie Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Jego pasją są ptaki drapieżne. Od niemal 30 lat jest zaangażowany w ich ochronę w ramach Komitetu Ochrony Orłów.

To m.in. dzięki jego niestrudzonej działalności edukacyjnej i popularyzatorskiej udało się w naszym kraju objąć ochroną większość populacji bielika, rybołowa, orła przedniego i orlika grubodziobego. Zainteresowania ornitologiczne zaowocowały ponad 200 publikacjami w czasopismach fachowych. Co sprawiło, że tak bardzo zaangażował się Pan w ochronę ptaków?

Mówiąc nieco górnolotnie, jako Homo sapiens czuję się odpowiedzialny za całe zło, jakie nasz gatunek wyrządził zwierzętom; także i ptakom. Swoją pracę zaczynałem od obserwacji małych ptaków miejskich. Z przyczyn utylitarnych zresztą. Po prostu do badań naukowych potrzebna jest duża próba, trzeba opisać wiele ptaków, żeby móc odpowiednio przeanalizować i zinterpretować wyniki obserwacji. Podobne badania na drapieżnikach byłyby o wiele trudniejsze, bo w latach 70. XX w. było ich niezwykle mało.

Skoro mówi Pan „małych”, to dlaczego jednak orły?

Najprościej mówiąc – są piękne, majestatyczne, no i obserwacja ich zachowań łowieckich dostarcza wiele satysfakcji. Honoriusz Balzac opisując symbole piękna, nie uwzględnił wśród nich sylwetki szybującego orła chyba tylko dlatego, że nie miał okazji jej podziwiać. Poza tym, np. bieliki, które darzę szczególną sympatią, a które zgodnie z systematyką nie należą do orłów właściwych, lecz do grupy orłów morskich, są wzruszająco wierne. Wiążą się na całe życie. Ptak, który straci partnera, naprawdę ciężko to przeżywa, choć instynkt przedłużania gatunku każe mu po pewnym czasie szukać nowej „drugiej połowy”.

Niewiele brakowało, żeby bieliki zniknęły z naszego krajobrazu. Podobno na przełomie XIX i XX w. gniazdowało ich w całej środkowej Europie 20–30 par?

To prawda. Wszystkie ptaki drapieżne były zresztą intensywnie tępione przez całe stulecia. Tragiczne żniwo zebrało też rozpowszechnienie w rolnictwie po 1945 r. nawozów i środków ochrony roślin zawierających DDT, PCB i metale ciężkie. Wszystkie toksyczne substancje latami gromadziły się w ich organizmach, osłabiając dorosłe ptaki i zmniejszając liczbę ich potomstwa. To ostatnie było zarówno skutkiem zaburzeń w gospodarce wapniowej, co sprawiało, że skorupki jaj stawały się coraz cieńsze i mniej odporne, jak i zamierania zarodków.

W wyniku ludzkiej działalności ciągle kurczą się ich siedliska i zasoby pożywienia, a w dzisiejszych intensywnie eksploatowanych lasach coraz trudniej o drzewo, które utrzymałoby gniazdo bielika – ważącą nawet tonę konstrukcję o dwumetrowej średnicy i wysokości do 4 m. W starych borach nadaje się do tego ledwie jedno na 1 000 drzew. Wciąż jednak pokutują u nas poglądy każące tępić wszystko, co mogłoby „zabrać” człowiekowi pożywienie. Drastycznym przykładem są rybołowy (Pandion haliaetus), prześladowane moim zdaniem głównie z powodu nieszczęśliwej polskiej nazwy. Po angielsku ten gatunek to osprey (z łac. avis praedae – ptak drapieżny) albo sea hawk, czyli morski jastrząb, co specjalnie źle się nie kojarzy. U nas z powodu nazwy ten piękny ptak jest zaciekle tępiony, zwłaszcza w okolicach gospodarstw rybackich, tak że do dziś pozostało zaledwie ok. 30 par. Tymczasem rybołów wcale nie zjada tak dużo. Przynajmniej w Polsce, bo drugie pół roku spędza w Afryce. W sezonie lęgowym na całą rodzinę wystarcza mu ok. 170 kg ryb, a należy pamiętać, że to jego jedyny pokarm, podczas gdy np. bielik ma dość urozmaiconą dietę, choć z przewagą ryb.


Próbujecie przekonywać, że rybołów nie może znacząco zmniejszać połowów?


Próbujemy. Z różnym skutkiem. Kiedyś Komitet Ochrony Orłów, którego mam zaszczyt być współzałożycielem, wypłacał nawet właścicielom gospodarstw rybnych nagrodę w wysokości równej cenie 170 kg ryb, byle nie niszczyli gniazd rybołowa (a ptaki zdołały wychować młode), ale gdy fundusze się skończyły, prześladowania wróciły. Warto podkreślić, że choć obecnie mamy dobre przepisy chroniące nasze ptaki szponiaste, to jeszcze do 1975 r. można było najzupełniej legalnie polować na jastrzębie, krogulce i błotniaki stawowe, a ponieważ konia z rzędem temu, kto potrafił (i chciał) zidentyfikować gatunek drapieżnego ptaka kołującego kilkadziesiąt metrów w górze – strzelano do wszystkiego, co miało sylwetkę drapieżnika. Do dziś z powodu luki w przepisach pracownicy gospodarstw rybackich – tzw. stawowi – są legalnymi posiadaczami broni palnej. I niestety, zbyt często robią z niej niewłaściwy użytek.

To dlatego powstał Komitet Ochrony Orłów?


O, nie. W czasie gdy tworzyliśmy nieformalny zalążek KOO, ptaki drapieżne miały o wiele poważniejsze problemy: powszechny odstrzał i (a może przede wszystkim) stosowane w rolnictwie DDT. Postanowiliśmy sprawdzić, czy sytuacja w Polsce jest równie zła. Na fali przemian 1980–1981 roku stworzyliśmy grupę zapaleńców, którzy chcieli chronić nasze, herbowe bądź co bądź, drapieżniki. Spiritus movens tego ruchu był Wojciech Król ze Stacji Ornitologicznej w Gdańsku.

Herbowe? Przecież w popularnym wierszyku stoi „jaki znak twój – orzeł biały”, a skoro – jak Pan wcześniej mówił – bielik nie jest orłem, to co tak naprawdę mamy w herbie?

Moim zdaniem zdecydowanie bielika (Haliaeetus albicilla), choć ortodoksyjni ornitolodzy nie zaliczają go do „prawdziwych” orłów (Aquila). Proszę przyjrzeć się polskiemu godłu od najwcześniejszych czasów. Co na nim widzimy? Ptaka z wielkim, grubym dziobem i „gołymi łydkami”. Jedno i drugie malowano na złoto, czyli – jak można się domyślać – odwzorowywano w ten sposób naturalny kolor żółty. Tak właśnie wygląda dorosły bielik. Orzeł przedni (Aquila chrysaetos), którego wielu chciałoby widzieć jako pierwowzór dla naszego herbu, nie przystaje do tego wizerunku. Różnicę najszybciej dostrzegamy na nogach, które u tego gatunku są opierzone aż po palce. Krótko mówiąc, ma „długie portki”. A i dziób orzeł przedni ma o wiele skromniejszy od bielika, choć poluje na większą zdobycz. Tak naprawdę bieliki mają te dzioby głównie na pokaz, chyba lubią się nimi chwalić przed samicami i odstraszać rywali, bo do jedzenia ryb wystarczyłby spokojnie organ o połowę mniejszy.

Osobiście zaobrączkował pan ponad 600 orłów, z czego 550 to właśnie bieliki. Jak się obrączkuje orła?

Trochę jak anegdotyczne jeże – ostrożnie. Potrzebne są do tego zwykle dwie osoby i grube rękawice.


Dziobią?

U bielików, podobnie zresztą jak u wielu innych skrzydlatych drapieżców, o wiele groźniejsze od dzioba są szpony. Wystarczy jeden nieostrożny ruch i można mieć rękę przebitą pazurem na wylot. Same obrączki też muszą być bardzo wytrzymałe, tak by zdołały przetrwać minimum 30 lat. Muszą znieść nie tylko próby zdjęcia ich z nogi, ale i – zwłaszcza w przypadku bielików i rybołowów – ciągły kontakt z wodą, bo to gatunki, które polują przede wszystkim w środowisku wodnym i nadwodnym. Nasz herbowy drapieżnik jada głównie ryby i ptaki wodne, nimi też karmi młode. Tylko zimą, gdy o taki pokarm trudniej, przerzuca się na padlinę. To kolejny „dowód” na to, że właśnie on jest naszym godłem. Orły przednie gniazdują w gęstych lasach lub w górach, z dala od ludzkich siedzib. Tymczasem bielik ma swój rewir nad wodą, a tam właśnie nasi przodkowie zakładali pierwsze osady. Widok potężnego ptaka (samica bielika może ważyć nawet ponad 6 kg, a jej skrzydła mają rozpiętość 250 cm, samce bywają nieco mniejsze) siedzącego na gałęzi drzewa nad wodą i obserwującego rzekę musiał być wtedy pospolity. A że te drapieżniki często długo siedzą nieruchomo, wypatrując zdobyczy – były też zapewne wyjątkowo wdzięcznym modelem dla dawnych artystów.

Jak dziś, w zurbanizowanym środowisku, wygląda ich rozrodczość? Niełatwo im chyba wykarmić młode?

O tak, małe bieliki mają nielichy apetyt. Przez trzy miesiące, gdy są na rodzicielskim wikcie, każde wymaga 50–60 kg ryb, nie wspominając o innego rodzaju przekąskach. Nic dziwnego, że choć samice składają czasem nawet 3 jaja, parze rzadko udaje się odchować więcej niż dwójkę młodych. To potrafi tylko doświadczony samiec, który dodatkowo wywalczył sobie bogate łowisko. Zresztą, najmłodsze pisklę wykluwa się, zwykle gdy najstarsze ma już tydzień albo i więcej, a w walce o pokarm wygrywają najsilniejsi, którzy pierwsi dopadają dostawy jedzenia. Poza przepychankami przy stole małe bieliki i tak są na tle innych ptaków drapieżnych stosunkowo zgodnym rodzeństwem. Zjawisko kainizmu, czyli zabijania młodszego pisklaka przez starsze, jest u nich rzadkie. Bardzo często gniazdo opuszczają dwa młode ptaki, a sam miałem niedawno szczęście kontrolować leg z trzema pisklakami, z których wszystkie wyleciały spod rodzicielskich skrzydeł w dobrej formie. Co innego orliki grubodziobe i krzykliwe (Aquila clanga i Aquila pomarina). U nich kainizm jest obligatoryjny. Choć samica składa dwa jaja, młodsze pisklę juz po kilku dniach jest zadziobywane i zjadane przez starsze.

Z ludzkiego punktu widzenia strasznie okrutny to zwyczaj. Czy ma jakieś uzasadnienie?

O tak. Podobnie jak wszystkie dzienne ptaki drapieżne, orliki rozmnażają się tylko raz do roku. Poluje głównie samiec, na drobne gryzonie i ptaki, a gdy ich brakuje – na mało kaloryczne żaby. Zasoby pokarmowe w łowisku pozwalają wykarmić tylko jedno pisklę. Bliźnięta u orlika krzykliwego to prawdziwa rzadkość. U orlika grubodziobego takiego przypadku w Polsce jeszcze nie było. Można powiedzieć, ze drugie jajo jest dla pary orlików swoista polisa ubezpieczeniowa na wypadek, gdyby pierwszemu cos się stało (np. wyziębiło sie) albo pisklę padło ofiarą innego drapieżnika. Wtedy drugie daje szanse na dochowanie sie potomstwa w tym samym lęgu. W przeciwnym razie ptaki musiałyby czekać na przychówek kolejny rok.


Powiedział Pan „dzienne”. Czy to znaczy, ze np. sowy składaja jaja kilka razy w roku?

Ściśle biorąc, sowy nie są ptakami drapieżnymi, tworzą w systematyce osobny rząd – Strigiformes, ale maja z nimi wiele wspólnego: równie ostre dzioby i szpony oraz dobry wzrok. A co do rozrodu, to tylko te mniejsze, jak płomykówka, regularnie wyprowadzają drugie (a czasem nawet trzecie) lęgi. Nasza największa sowa – puchacz (Bubo bubo) wyprowadza tylko jeden leg rocznie i długo (nawet przez 4 miesiące) opiekuje się potomstwem. Dlatego bywa, że zaczyna składać jaja bardzo wcześnie, jeszcze gdy leży śnieg. Puchacze zresztą nie budują gniazda. Na nizinach najczęściej zajmują opuszczone „domy” innych ptaków drapieżnych, a zdarza się, że spodoba im sie zbudowany przez człowieka paśnik albo nawet… myśliwska ambona. Czasem w ogóle obywają się bez typowego gniazda, składając jaja bezpośrednio na ziemi, np. pod jakimś zacisznym wykrotem. Nasz Komitet Ochrony Orłów zapoczątkował program budowy sztucznych gniazd, i Coch są one przeznaczone głównie dla bielików, to w kilku przypadkach stwierdzono, że w takim właśnie gnieździe zadomowiły się puchacze.

Dużo się teraz mówi o ochronie przyrody w ramach unijnego programu Natura 2000… Pana zdaniem to dobry system?

Tak, choć uważam, że polski model ochrony ptaków drapieżnych, oparty na rezerwatach i ochronie strefowej, skuteczniej zapewnia bezpieczeństwo poszczególnym gniazdom. Przez lata ułożyliśmy sobie efektywna współprace z leśnikami. Oni w końcu najlepiej wiedzą, na którym drzewie w lesie jest gniazdo bielika czy orlika i że w promieniu 100–200 (a w okresie lęgowym nawet 500) metrów od niego nie wolno prowadzić żadnych prac. W 2007 r. to oni przesłali połowę kart zgłoszeniowych o stanowiskach lęgowych bielika. Lasy Państwowe dofinansowują też budowę sztucznych gniazd. Powiększanie w ramach sieci Natura 2000 tzw. Obszarów Szczególnej Ochrony Ptaków (OSOP) nie gwarantuje odpowiedniego poziomu ochrony, zwłaszcza w odniesieniu do tych skrzydlatych drapieżników, które gniazdują i polują głównie na polach i łąkach, a nie w lasach. To w otwartym krajobrazie, który ze względu na rozwój rolnictwa podlega dynamicznym zmianom, znajdują się łowiska większości polskich ptaków szponiastych. A nawet u typowo leśnego orlika krzykliwego tylko 40 proc. populacji rejestruje sie w zasięgu obecnych OSOP. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że ochrona ptaków wszędzie tam, gdzie stwierdzono ich występowanie, jest skuteczniejsza, niż gdy ogranicza się ją do nawet najskrupulatniej wyznaczonych obszarów. Taką właśnie ochronę zapewniają strefy wokół gniazd. Z satysfakcją muszę powiedzieć, że w tym zakresie nasza współpraca z leśnikami układa się coraz lepiej, choć początki nie należały do łatwych… Na szczęście młode pokolenie leśników, z których spora część to zresztą studenci moi lub moich kolegów z KOO, są już wyedukowani w zakresie ochrony środowiska. Wiedzą, że las to nie tylko zbiór kubików drewna. Widzą w nim fascynujący ekosystem i potrafią go w rozsądny sposób chronić, prowadząc jednocześnie swoją podstawową działalność gospodarczą, czyli pozyskiwanie drewna. Chciałbym, żeby w przyszłości udało nam się zjednać dla ochrony ptaków drapieżnych także rolników i właścicieli gospodarstw rybackich.

Żeby skutecznie chronić ptaki, trzeba poznać ich zwyczaje. W przypadku dziennych drapieżców wydaje się to zdecydowanie łatwiejsze niż u nocnych.

To fakt. Obserwacja krążących nad rewirem orłów, sokołów czy jastrzębi pozwala w miarę dokładnie oszacować ich populację na danym terenie. Uzupełniająco wyszukujemy i kontrolujemy gniazda na określonym obszarze, by ocenić sukces reprodukcyjny. W przypadku ptaków nocnych musimy uciekać się do innych metod. Zwykle polegamy na tzw. liczeniu z nasłuchu, czyli ktoś z poświęceniem siedzi przez całą noc w lesie i zapisuje wszystkie „u-hu”. Puchacze są jednak wyjątkowo płochliwe i w okresie lęgowym najmniejsza ingerencja w obszar wokół gniazda może sprawić, że samica porzuci wysiadywane jaja albo nawet młode. Dlatego wówczas rezygnujemy z wszelkich obserwacji.

Liczenie, obserwacja, kontrola gniazd – kto to wszystko robi?


Sami ornitolodzy nie daliby rady, jest nas za mało. Na szczęście wspiera nas coraz liczniejsza grupa wolontariuszy. Tylko w KOO jest ich 450. Na początku była nas ledwie garstka, głównie w dużych ośrodkach akademickich z wydziałami biologii, ale ruch szybko się rozszerzał. Ornitolodzy w naszym kraju urośli w siłę w latach 70. XX w. Wtedy rozpoczęła się słynna już Akcja Bałtycka obrączkowania ptaków wędrownych. Prężnie działały też studenckie sekcje ornitologiczne, studenckie zresztą tylko z nazwy, bo zapisać się mogli i uczniowie podstawówek. Dziś to już – można powiedzieć – rzesza amatorów. Wzrost liczby wolontariuszy, którzy zgłaszają się np. do liczenia bocianów, jest moim zdaniem świetnym wyznacznikiem wzrostu zamożności i „ucywilizowania” naszego społeczeństwa. Mamy coraz więcej czasu, który możemy poświęcić na zajęcia niezwiązane bezpośrednio z zaspokajaniem podstawowych potrzeb życiowych. Taką potrzebą staje się dziś dla coraz większej liczby ludzi obcowanie z naturą. Ludzie zauważają, że trzeba ją aktywnie chronić, by nasze dzieci i wnuki nie musiały oglądać orłów i sokołów już tylko na filmach. Pozostaje mieć nadzieję, że taka postawa będzie coraz powszechniejsza.