Kolorowa koszulka, luźne spodnie, szpanerskie okulary najlepiej “ray-bany”, tlenione włosy – tak wygląda typowy pirat grasujący na amazońskich wodach na brazylijskim terytorium pomiędzy Tefe a Manaus. Niczym nie przypomina Johny’ego Depp’a z “Piratów z Karaibów” czy choćby Kapitana Hooka z “Piotrusia Pana”. Nie szuka też skrzyni ze złotem, interesuje go nieco inny rodzaj łupu – narkotyki.

W ciągu kilku dni podróżujący rowerami po Amazonce bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński na własnej skórze trzykrotnie przekonali się, że spotkanie z piratami nie ma nic wspólnego z przygodowymi opowieściami w stylu “Wyspy skarbów” Stevensona czy “Kapitana Blood” Sabatiniego.

Gość w dom, Bóg w dom

Po świętach spędzonych z kolumbijskimi przyjaciółmi w Tabatinga, bracia z nową werwą wskoczyli na swe amazońskie rowery i poszli jak burza. Już pierwszego dnia pobili swój rekord pokonując odcinek 100 km. Wspomagani szybkim nurtem rzeki wkrótce osiągnęli kolejny sukces – 130 kilometrów w ciągu jednego dnia.

Pierwsze dni w Brazylii upłynęły jednak pod znakiem tęsknoty za peruwiańską serdecznością. Przyzwyczajeni do sympatycznych spotkań z miejscową ludnością, bracia zderzyli się z panującą na pograniczu peruwiańsko-kolumbijsko-brazylijskim wręcz wrogością w relacjach pomiędzy tymi narodowościami. Niejako rykoszetem, Polakom też się dostało.

- Pierwszą noc spędziliśmy na plaży – opowiada Dawid. – Druga noc, fajna wioska, no to podpływamy i pytamy napotkanego mężczyznę, czy możemy przenocować. A on zaczął wrzeszczeć: won stąd! Spływajcie! Wynoście się natychmiast! Pierwszy raz od czterech miesięcy spotkaliśmy się z taką reakcją. Płyniemy dalej, jest barka. Pytamy właściciela, czy możemy u niego spać. On odpowiada po hiszpańsku, że jasne, nie ma sprawy. Okazało się, że to Peruwiańczyk.

Zdaniem Dawida to niemiłe podejście wynika głównie z tego, że brano ich za Peruwiańczyków – mówią po hiszpańsku, Dawid nosi kapelusz peruwański, a do tego jest mocno opalony.

– Dawid, ale jak oni mogą myśleć, że jesteś Peruwiańczykiem, jak ty masz prawie 1,90 m wzrostu? – śmieje się Hubert.

Im dalej w głąb Brazylii, tym spotkania stawały się bardziej przyjazne, a poziom gościnności rośnie z każdym pokonanym kilometrem. Bracia zaczęli się już nawet przyzwyczajać, że na brzegu wita ich tłum mieszkańców, którzy najpierw zgarniają cały ich dobytek i przenoszą do któregoś z domów. Potem rozdzielają, u kogo podróżnicy będą spać, u kogo zjedzą kolację, a u kogo śniadanie.

- My to najchętniej spalibyśmy w namiocie, zwłaszcza że upał w nocy w pomieszczeniach jest trudny do zniesienia – mówi Dawid. – Ja mieszkam w Arizonie, więc jestem przyzwyczajony do gorąca, ale Hubert rzęzi pół nocy próbując złapać powietrze. Trudno też wypłynąć wcześnie rano, zwykle o 6-6:30 byliśmy już w drodze, a tu z rana dostajemy zaproszenie: “panowie, kaweczka, ciasteczka” i …wypływamy o 8.

Jednak gdy widzą, jak ludzie wykrapiają dla nich pomieszczenia do spania preparatami odstraszającymi moskity, jak przygotowują różne odmiany ryb i farinę, czyli  suszoną jukę, jacy są dumni, że mają pod swoim dachem “Polonês”, to nie są w stanie odmówić tej gościnności na miarę polskiego powiedzenia “Gość w dom, Bóg w dom”.

Piracka psychoza

W każdej brazylijskiej wiosce w dorzeczu Amazonki głównym tematem rozmów z rowerzystami było bezpieczeństwo. A raczej grożące im na rzece niebezpieczeństwo. Mieszkańcy sami boją się wypływać na odległość 20-30 km, w obawie przed spotkaniem z piratami, więc nie kryli zdumienia, że bracia pokonali taki kawał rzeki i … jeszcze żyją. Zasypywali ich zatem opowieściami o fatalnych i tragicznych w skutkach wydarzeniach, o których słyszeli, albo które widzieli albo nawet …wymyślili. W każdej niemal miejscowości  mówili o tym, jak w ubiegłym tygodniu zabito grupę Peruwiańczyków, inną grupę ograbiono, innych z okrucieństwem poraniono, a w jednej nawet piraci trzy tygodnie temu spotkali na rzece trzech Polaków na rowerach i … trrratatatatata …  wystrzelali ich wszystkich!

- W tych rozmowach czuć było troskę ludzi o nasze bezpieczeństwo. Ale czasem miałem już dość tych ostrzeżeń, przygnębiało mnie to i właściwie nie chciałem już więcej ich słuchać. Co mieliśmy zrobić? I tak trzeba było jakoś pokonać ten odcinek, fakt, licząc na szczęście.

Bracia już przed rozpoczęciem wyprawy świadomi byli ryzyka, o którym mówili Brazylijczycy, sporo dowiedzieli się o przykrych doświadczeniach z udziałem piratów z relacji i opowieści swoich poprzedników, w tym także ode mnie. Przygotowując się do przeprawy przez strefę zagrożenia, spakowali w Tefe sprzęt elektroniczny i inne cenniejsze przedmioty w paczkę, którą zamierzali jakoś wysłać do Manaus. Traf chciał, że w hotelu, gdzie nocowali spotkali Włodka – Polaka, który samolotem miał za kilka dni polecieć nie gdzie indziej, jak właśnie do Manaus! Zabrał więc dobytek braci ze sobą, a Dawid i Hubert wyposażeni tylko w niewielki aparat fotograficzny, telefon komórkowy i DeLorme’a – urządzenie wskazujące bieżącą lokalizację, wyruszyli w drogę, by poznać kolejne oblicze Amazonki.

Młodzi piraci

To było niedługo po opuszczeniu Tefe. Bracia płynęli już w stronę pobliskiej wioski, gdzie zamierzali przenoconować. Nie wiadomo skąd, tuż obok nich pojawiła się nagle łódź. Na pokładzie dwójka młodych – 20-25 lat – chłopaków. Nic nie mówią, tylko patrzą. Jeden spluwa cały czas do wody. Na rufie leży sieć rybacka – kompletnie sucha.

- Cześć chłopaki, jesteście z tej wioski, którą widać z brzegu? Płyniemy tam zdrzemnąć się – pierwszy odzywa się Dawid.

Brak odpowiedzi.

- A czym się zajmujecie?

Wreszcie jest odpowiedź:

- Byliśmy na rybach.

Bracia już wiedzą, że to nie przelewki. Swoim sposobem zagadują przybyszy, ile się da, choć strasznie drętwa ta rozmowa.

- To może papieroska? – wreszcie Hubert wyciąga paczkę w kierunku łodzi.

Jeden mówi, że nie pali, ale drugi bierze papierosa i przy okazji zapalniczkę. Dalej się nie odzywają, tylko badawczo mierzą wzrokiem rowery i rowerzystów. Kołysana przez fale łodź piracka odpływa nieco, zwiększając dystans pomiędzy konfrontującymi sie stronami. Jeden z młodzików chwyta nagle za wiosło, bierze zamach, łódź gwałtownie dobija do roweru Huberta. Pirat wyciąga rękę i … zwraca zapalniczkę. Chyba nie jest źle.

- Wiecie co, chłopaki. To my już popłyniemy – mówi Dawid – do wioski jeszcze ze dwie godziny zostało, a niedługo ciemno się zrobi. Może przywieźlibyście trochę ryb na kolację.

Chwila ciszy.

Ok. Przywieziemy.

Oczywiście, do wioski nie przypłynęli. Ryb też nie przywieźli.

Giwera jak na słonia

Do Manaus zostało jeszcze około 330 km. Bracia minęli Coari. Dawid sądził, że tym samym minęli już strefę zagrożenia – tak przynajmniej wynikało z relacji ostatnich eksploratorów Amazonki. Wkrótce miał się przekonać, że zasięg terytorialny działalności pirackiej jest jednak znacznie szerszy.

Popołudniowe słońce rzucało coraz szerszą smugę światła, rozlewającego się już powoli na wodzie. Jeszcze ze trzy godziny i zrobi się ciemno. Dawid podjął chyba jedną z ostatnich akcji gonienia Huberta w czasie przeznaczonym na odpoczynek. Wkurzył się na młodszego brata, który pędzi “jak wariat” (“smarkacz, lepszy napęd sobie zrobił” – powtarza Dawid za każdym razem, gdy mowa o tempie płynięcia), zwiększając dystans pomiędzy rowerzystami. Po 15 minutach ostrego pedałowania robią 5 minut przerwy. Dawid 2 minuty z tych 5 zwykle przeznacza na dogonienie Huberta. Ostatnio jednak się zbuntował i stwierdził, że zamierza “swoje 5 minut wylegiwać się na płozach, a nie ganiać wariata po rzece”. Tym razem coś go jednak pchnęło w kierunku brata i dołączył do niego tracąc te cenne chwile odpoczynku. Teraz płynęli już razem, snując rozważania o tym, dlaczego za Coari kończy się obszar grasowania piratów.

- Może to dlatego, że tutaj jest taka otwarta przestrzeń i łatwo ich dostrzec, zwłaszcza, że na rzece jest kompletnie pusto – zastanawiał się Hubert.

Faktycznie na rzece pusto, na brzegach pusto. Tylko dwa rowery płyną sobie po Amazonce. A raczej dwa rowery …i jedna łódź.

- Patrz Hubert, piraci płyną – mówi Dawid patrząc na zbliżającą się łódź.

To miał być żart. Często podpływają do nich rybacy albo inni zainteresowani dziwnymi pojazdami przemieszczającymi się po rzece. Sądzili, że i tym razem ktoś chce sobie z nimi porozmawiać, albo zrobić wspólne zdjęcie.

Ładna ta łódź – czerwona, z zadaszeniem, wygląda na turystyczną. Podpływa coraz bliżej. Na pokładzie widać dwie postaci. Jeszcze pięć metrów dzieli ją od rowerzystów. Jeszcze trzy metry. Jeszcze dwa, jest już całkiem blisko i nagle zza burty wyskakuje jeszcze trzech uzbrojonych drabów, krzycząc: STOP! STOP! Ręce na głowę,

- Zatrzymaliśmy się, stając na przeciw 5 mierzących prosto w nas napastników. Ten, co we mnie celował, miał giwerę jak na słonia – opowiada Dawid.

W charakterystyczny dla siebie sposób znowu zaczyna rozmowę. Zagaduje o wyprawie, o rzece, o rowerach. Jeden z bujną czupryną i wąsikiem, jak muszkieter zaczął się dopytywać skąd i dokąd płyną. To chyba przywódca. I najważniejsze, co jest w tej peruwiańskiej torbie na rowerze Huberta. Ten chce pokazać zawartość. Znowu wrzask: Ręce na głowie! Nie ruszaj się!

Młodszy z napastników wskakuje do wody, nurkuje i zaczyna badać pontonowe płozy. Przejeżdża dłonią wzdłuż każdej, opukuje. Na szczęście nie przychodzi mu do głowy rozcinać ich, szukając narkotyków. Zabiera się za sprawdzanie sakw i toreb. W jednej znajduje kuchenkę, trochę benzyny i kilka kabelków. Warknięciem pyta, co jest w tej pod spodem, tej peruwiańskiej. Hubert nogą wskazuje napęd od swojego roweru – napędy tam są. Wreszcie pływający pirat wrócił na pokład łodzi. Chyba nie jest źle, pomyśleli bracia, niczego nie zniszczyli, nie powyrzucali do wody, przestali mierzyć z broni.

- Macie może piwo? – zagadnął Dawid, wywołując osłupienie nie tylko u piratów, ale także u Huberta, który nie podejrzewał brata o “taką bezczelność”. 

Przybysze roześmieli się, mówiąc, że niestety nie mają. No to Dawid poszedł na całość:

- A może dragi jakieś macie?

Też nie mieli. Zaśmiewając się zawołali  tylko “OBRIGADO!” (dziękujemy) i odpłynęli.

- Obrigado! – chórem krzyknęli Dawid z Hubertem nie lada zaskoczeni takim kurtuazyjnym zakończeniem akcji.

Natychmiast ruszyli pedałując już niemal bez przerw. Na szczęście szybka woda pomagała im w przesuwaniu się w tempie 11-12 km/h. Do najbliższego miasteczka dotarli około 21.

Psychiczne męki

Następnego dnia fale na rzece były ogromne. Niosły rowerzystów nawet bez konieczności pedałowania. Dryfowali więc sobie obserwując okolice, pomni wczorajszych wydarzeń.

Około południa na ich drodze znowu pojawiła się łódź. Zatrzymała się na środku rzeki i bez ruchu tkwiła tam dłuższy czas. Może się zepsuła, myśleli bracia próbując samych siebie przekonać do tej ewentualności. Intuicja podpowiadała jednak coś odmiennego. I słusznie, bo gdy fale ustały i rowerzyści zaczęli pedałować wprost na łódkę, ta w jednej chwili prześlizgnęła się po wodzie w bok i zatrzymała po stronie lewego brzegu.

- Łódź cały czas chodziła na włączonym silniku – opowiada Hubert. – Płynęła z prądem, razem z nami, korygując od czasu do czasu tor. I cały czas obserwowali nas przez lornetki.

Zalana wodą lornetka braci nie nadawała się do podglądania śledzących. Wpadli jednak na pomysł przyjrzenia im się przez obiektyw aparatu fotograficznego.

- Dawid wyjął aparat, zaczął robić zdjęcia, a w tym momencie łódka wrrrruuuuum! Poszła! – kontynuuje swoją opowieść młodszy z braci.  – Odsunęła się około 500 metrów, potem znowu zbliżyła, ale płynęła już bokiem.

Łódź tak przysuwała się  i oddalała następne 4 godziny. Skonsternowani braci myśleli, że już lepiej jakby piraci do nich podpłynęli i “zrobili, co chcą, a nie męczyli podchodami i niepewnością”.

Nieoczekiwanie z pomocą braciom przeszedł … dzwonek telefonu komórkowego. Wpłynęli właśnie w strefę, gdzie aparat wyszukał sygnał i rozdzwonił się, niosąc po wodzie donośny  dźwięk. Właśnie w tym momencie dodzwoniłem się wreszcie do braci, po alarmującym komunikacie, jaki wysłali mi jakiś czas wcześniej z DeLorme’a. Łódź zatrzymała się. I stała tak, niknąc w oczach oddalających się od niej z każdym metrem rowerzystów.

- To była prawdziwa udręka psychiczna – ocenia Dawid sytuację. – To było najgorsze wydarzenie naszej wyprawy.

Już bez pirackich incdentów bracia dopłynęli dwa dni później do miejscowości Manacapuru. Tam zdemontowali płozy, zamontowali do ram rowerowych koła i drogą lądową dotarli do Manaus. 

Autor: Piotr Chmieliński