Uzbrojeni po zęby rebelianci buszują w parku narodowym w środkowej Afryce. Uchodźcy tłoczą się u jego granic. Wytwórcy węgla drzewnego bez opamiętania trzebią starodrzew. A latem 2007 r. ktoś z zimną krwią zastrzelił siódemkę wielkich małp.

ZABÓJCY ZACZEKALI, AŻ ZAPADNIE ZMROK. UZBROJENI W PISTOLETY MASZYNOWE WIECZOREM 22 LIPCA 2007 R. NA ZBOCZU WULKANU MIKENO OSACZYLI DWUNASTOOSOBOWĄ, ZNANĄ TURYSTOM RODZINĘ RUGENDO.

Ojciec, ponaddwustukilowy samiec imieniem Senkwekwe, na pewno  zwęszył napastników. Być może zmarszczył szeroki nos, ale nie zorientował się, że coś mu grozi. Widział już tysiące ludzi i traktował ich obecność jak zło konieczne. Rodzina Rugendo czasami wychodziła z lasu, aby przekąsić coś na okolicznych polach, co złościło miejscowych chłopów.

Strażnicy leśni mieszkający niedaleko o ósmej wieczorem słyszeli strzały. Nazajutrz pieszy patrol znalazł trzy zastrzelone samice – Mburanumwe, Nezę i Safari. W pobliżu natknęli się na skulonego oseska, dziecko Safari. Następnego dnia ujrzeli martwego Senkwekwe. Dostał serię w pierś. Trzy tygodnie później odnaleziono trupa Macibiry, innej samicy z rodziny Rugendo. Jej dziecko też musiało zginąć.

Miesiąc wcześniej zaatakowano dwie samice i dziecko z innego stada.  Jedna z samic zginęła od strzału w tył głowy, jakby to była egzekucja. Osesek, żywy, tulił się do martwej matki. Trupa drugiej samicy nie znaleziono. W sumie w ciągu dwóch miesięcy zabito siedem goryli z gór Wirunga.

Podejrzanych nie brakowało. Po parku prócz goryli włóczą się tysiące  uzbrojonych żołnierzy dwóch rywalizujących ugrupowań partyzanckich oraz regularnego wojska kongijskiego, zaangażowanych w trójstronne porachunki. Pełno tu też kłusowników i smolarzy prowadzących nielegalny wyrąb i wytwarzających węgiel drzewny. Po sąsiedzku z parkiem gospodarują ubodzy chłopi, a w pobliżu zorganizowano obozy dla uchodźców. Dziwne byłoby, gdyby wśród tego gąszczu ludzkich nieszczęść los oszczędził zwierzęta. Ale któż mógłby z zimną krwią zabijać goryle? Po co?

PARK NARODOWY WIRUNGA
z powodu swego niezrównanego bogactwa  przyrodniczego można nazwać perłą w koronie parków Afryki. Ustanowiono go w 1925 r. jako pierwszy na kontynencie. Wirunga to wąski pas olśniewających krajobrazów zajmujący mniej więcej 800 tys. hektarów (blisko 15 razy tyle co nasz największy Biebrzański Park Narodowy). Jest matecznikiem takich zwierząt jak okapi (wyglądają jak skrzyżowanie żyrafy z zebrą) czy dujkery (Cephalophus rubidus). Zimuje tu wiele ptaków Syberii, a przede wszystkim – żyją wielkie małpy człekokształtne.

– Występuje tu więcej ssaków, ptaków, gadów, więcej gatunków endemicznych niż w  jakimkolwiek innym parku narodowym na kontynencie afrykańskim – mówi Emmanuel de Merode, dyrektor organizacji WildlifeDirect z Nairobi, założonej przez Richarda Leakeya. De Merode ma 37 lat i jest antropologiem. Do Demokratycznej   Republiki Konga [DRK; do 1997 r. państwo nosiło nazwę Zair – przyp. red.]

przyjechał pracować w 1993 r. Zrobił tu doktorat na temat nielegalnego handlu dziczyzną. – W parku znajdziemy największe jezioro lawy wulkanicznej i największą różnorodność krajobrazowo-ekologiczną (lasy górskie, mokradła, las równikowy, sawanna) w przedziale wysokości od 900 do 4,5 tys. metrów – wyjaśnia de Merode. – Prawdę mówiąc, Wirunga to chyba najwspanialszy park narodowy na świecie.

 


 


Na Ziemi ocalało mniej więcej 720 goryli  górskich. Połowa z tej liczby żyje w ugandyjskim parku narodowym Bwindi, a reszta – 24 km na południe od nich, w górach Wirunga. Istnieją tam trzy parki narodowe: w Ugandzie Park Narodowy Goryli Mgahinga, w którym żyje nie więcej niż kilkadziesiąt goryli, w Rwandzie Park Narodowy Wulkanów (tam prowadziła swe badania Dian Fossey), mogący się poszczycić ok. 120 gorylami, a w Kongu Park Narodowy Wirunga, gdzie żyje ich przynajmniej 200. Goryle górskie były niegdyś główną atrakcją Parku Narodowego Wirunga. Uważa się,   że turystyka może przynieść okolicy do kilkunastu milionów dolarów rocznie. To ważna sprawa, bo parki narodowe Konga nie mają zagwarantowanych środków na działanie, w związku z czym są podatne zarówno na korupcję, jak i na rabunkową eksploatację.

Warto zaznaczyć, że służba ochrony przyrody  była oczkiem w głowie dawnego dyktatora Konga Mobutu Sese Seko, ojca afrykańskiej „kleptokracji”. To on bez wstydu tłumaczył rodakom w jednym z przemówień: Jeśli chcecie kraść, kradnijcie, ale sprytnie i bez przesady. Jeśli ukradniecie za dużo, tak aby wzbogacić się z dnia na dzień, zostaniecie przyłapani. Taka władza musiała mieć dla Wirungi katastrofalne skutki.

EPICENTRUM AKTÓW BESTIALSTWA,
najgorszych, do jakich zdolny jest człowiek, znalazło się właśnie na terenie przepięknych gór Wirunga. W 1994 r. doszło do ludobójstwa w niedalekiej Rwandzie (zabito ponad 800 tys. przedstawicieli plemienia Tutsi) oraz dwóch wojen domowych w Kongu, w latach 1996–1997 oraz 1998–2003, które pociągnęły za sobą ponad 5 mln ofiar. Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń, należy się dziwić, że Park Narodowy Wirunga w ogóle jeszcze istnieje. Jest to zasługa wielkiego poświęcenia 650 strażników kongijskiej służby ochrony przyrody (ICCN).

W ciągu ostatnich 10 lat zabito na posterunku 160 strażników. Większość padła nie od kul kłusowników, lecz została zastrzelona przez żołnierzy którejś z wojujących stron. Sprawcy aktów ludobójstwa w Rwandzie, głównie bojowcy Hutu i żołnierze armii rwandyjskiej, uciekali później na zachód, do Konga, i sprzymierzali się z tamtejszymi zrewoltowanymi wojskami. Z czasem emigranci Hutu utworzyli rebeliancką organizację bojową Demokratyczne Siły Wyzwoleńcze Rwandy, znaną pod skrótem FDLR. Oddziały Hutu opanowały i eksploatują bogactwa naturalne tego regionu – złoto, cynę i inne surowce – posługując się robotnikami przymusowymi. Wycinają także starodrzew w lasach i produkują węgiel drzewny. Dzięki temu mogły się uzbroić i wsączyć jad nienawiści plemiennej następnemu pokoleniu. Mogą też nadal napadać i rabować przedstawicieli plemienia Tutsi, tym razem we wschodnim Kongu. Ta zmowa między Hutu a wojskiem kongijskim sprawiła, że generał Laurent Nkunda, należący do plemienia Tutsi, zbuntował się i utworzył własne siły rebelianckie, zwane Narodowym Kongresem Obrony Ludu, w skrócie CNDP. Żołnierze Nkundy, ciesząc się cichym poparciem władz Rwandy, walczyli z Hutu od lat i zdołali przeobrazić południową część Parku Narodowego Wirunga w pole bitwy. Regularna armia kongijska, zależnie od tego, z której strony wiał wiatr (a raczej płynęły pieniądze), raz sprzymierzała się z Nkundą, a raz z FDLR. Wszystkie trzy strony dopuszczają się okrucieństw wobec ludności cywilnej prowincji Kiwu Północne. Bandy żołnierzy, którym nikt nie płaci żołdu, rabują wszystkich i wszystko. Zgwałcono dziesiątki tysięcy kobiet i dziewcząt, nawet kilkuletnich, często zbiorowo. Gwałtów dopuszczali się żołnierze regularnej armii kongijskiej i bojowcy FDLR, a potem, gdy wioski odbijali żołnierze Nkundy, kobiety gwałcone były znowu. Torturowano tysiące niewinnych ludzi, ponad 800 tys. trafiło do obozów dla uchodźców. Kiwu Północne to ożywione piekło z obrazu Hieronima Boscha.

„PRZEWODNICZĄCY” (tak każe nazywać się Nkunda) przyjął nas na audiencji w zabudowaniach położonej na wzgórzu farmy niedaleko Kirolirwe, w dystrykcie Masisi, kontrolowanym niemal w całości przez jego bojowców. Generała otaczali uzbrojeni ochroniarze, ale sam ubrany był po cywilnemu: w elegancki czarny garnitur, nieskazitelną białą koszulę, okulary przeciwsło-neczne. Wyglądał na muzyka jazzowego, ale lepiej nie dać się zwieść pozorom. Organizacja Human Rights Watch oskarża żołnierzy Nkundy o zbrodnie wojenne, a samym Nkundą „interesuje się” Międzynarodowy Trybunał Karny. Wiadomo, że w szeregi swoich formacji wcielał przymusowo dzieci. Gdy o tym wspomniałem, bagatelizował oskarżenia lekceważącym ruchem ręki. Mówił, że do tych incydentów doszło, gdy jego oddziały współpracowały z regularnym wojskiem kongijskim, a on nie dowodził swoimi ludźmi bezpośrednio.

– Nawet jeśli w przeszłości zdarzyło się coś złego – mówił – tłumaczę ludziom, że trzeba patrzeć w przyszłość.

Oczywiste jest, że Nkunda nie uważał się  już za zbuntowanego generała. Był politykiem. Gdy spytałem go, jak widzi swoją przyszłość, uśmiechnął się znacząco i powiedział: – Kinszasa. Gdy dopytywałem się o goryle, odparł, że ich ochronę uważa za swój obowiązek.

Mówił, że sektor Mikeno odczuwa brak specjalistów z kongijskiej służby ochrony przyrody. Przyjmie strażników leśnych z otwartymi ramionami. – Panów też serdecznie zapraszam. Jedźcie i sami obejrzyjcie goryle z Bukimy. Opowiedzcie światu, co zobaczyliście.

 

Nazajutrz rano postanowiliśmy sprawdzić, na  ile poważna była oferta Nkundy. Najwyraźniej jednak ani on, ani jego oficerowie nie wzięli pod uwagę, że skorzystamy z zaproszenia, bo nie zawiadomili nas, że zaminowali drogę do Bukimy. Sami, na piechotę, wybraliśmy się z Brentem przez ziemię niczyją, podejrzanie pustą drogą, nie wiedząc, co się święci. Mimo rozmów przez telefon satelitarny z oficerami Nkundy wpakowaliśmy się w końcu prosto pod lufy jego żołnierzy. Na szczęście nie zastrzelili nas na miejscu, więc mogliśmy wieczorem razem z nimi napić się mleka prosto od krowy w zadymionej ziemiance i zasnąć ukołysani chóralnym śpiewem partyzantów ukrytych w zamaskowanych okopach. Rankiem, prowadzeni przez siedmiu strażników leśnych i kilkudziesięciu bojowców uzbrojonych w kałasznikowy, pomaszerowaliśmy do lasu. Tropiciele znaleźli goryle po dwóch godzinach. Samiec alfa imieniem Kabirizi, rozdrażniony naszym widokiem, natychmiast odwrócił się do nas plecami szerokimi jak szafa. Przykucnięty na stoku wśród pnączy bacznie obserwował swój harem, żuł zieleninę, od czasu do czasu odwracał głowę i warczał na żołnierzy. Był udzielnym królem, a jego rodzina wyglądała na zdrową i w komplecie.

 


 


GORYLE OBSERWUJE SIĘ CODZIENNIE
Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik, najwyższy rangą strażnik leśny, 45-letni Kayitara Shyamba. Strażnicy nadzorują też kilka innych rodzin. W jednej z nich urodziło się młode. Zanim wróciliśmy z Mikeno, rozmawiałem z kilkunastoma szeregowcami Nkundy. Sporo wiedzą o tych zwierzętach i szanują je – a przynajmniej tak mówią. Młody chłopak (podobno ma 25 lat, ale nie dałbym mu więcej niż 17) powiedział mi na stronie, że nie wolno im krzywdzić goryli pod karą śmierci. Ponura ironia, biorąc pod uwagę, ile okrucieństw wyrządzili ludzie Nkundy niewinnym cywilom.

Wraz z Brentem udało nam się urządzić  jeszcze jedną wyprawę na obszar kontrolowany przez Nkundę, tym razem do Bunagany. Niegdyś roiło się tu od turystów z wypchanymi portfelami, marzących o zobaczeniu goryla. Dzisiaj Bunagana to przygnębiająca, spustoszona przez wojnę osada patrolowana przez wyrostków z kałasznikowami. Przyjął nas Pierre Kanamahalagi, zwany Kaną dla wygody, były strażnik leśny ICCN, który po opanowaniu terenu przez Nkundę urządził się jako nowy naczelnik straży leśnej sektora Mikeno. Przydzielił nam trzech strażników.

Zaraz po przekroczeniu granicy parku napotykamy rodzinę goryli. Stary samiec, władca haremu, zsuwa się po zboczu niczym wielka kula. Dwa młode samce mocują się ze sobą; samica z dala od zgiełku skubie liście. Te goryle też są całe i zdrowe. Dowiadujemy się, że przyszły do parku z Ugandy. Co więcej, za trzy godziny mają przyjechać z Ugandy turyści, pierwsi od pół roku.

– Wszystkie goryle w parku są obecnie bezpieczne i zdrowe – oznajmia tryumfalnie Kana po naszym powrocie do Bunagany. Twierdzi, że ma pod komendą 32 strażników leśnych. Mówi, że gdy Nkunda rozgromił wojsko kongijskie i bojówki Hutu, przepędzając je z Mikeno, rządowa służba ochrony przyrody zabrała stąd wszystkich strażników: – To była decyzja polityczna. Zostali tylko najodważniejsi, i to oni upilnowali goryle.

Tymczasem strażnicy na obszarach niekontrolowanych przez Nkundę opowiadają zupełnie coś innego. Mówią, że rebelianci splądrowali strażnice, ukradli umundurowanie, buty, strzelby i GPS-y, a strażnikom dali do wyboru: przystąpienie do partyzantki Nkundy albo ucieczkę. Pewien strażnik, z którym rozmawiałem, oskarżany o kolaborację z wojskiem kongijskim, został zraniony bagnetem w rękę, pobity pałkami, a następnie wrzucony do dołu wraz z 12 innymi oskarżonymi cywilami. Codziennie, jak opowiadał, wyciągano trzech jeńców i ścinano. Po czterech dniach został sam. Uszedł z życiem tylko dlatego, że jeden z rebeliantów uznał, że przyda się jako przewodnik w dżungli. Gdy opowiadam to Kanie, zaprzecza. Przekonuje, że strażnicy, z którymi rozmawiałem, to kłamcy.

– IDŹ ŚLADEM WĘGLA DRZEWNEGO – powiedział mi w biurze WildlifeDirect de Merode. – Węgiel drzewny to największe zagrożenie dla parku. Przez najbliższe kilka dni przekonujemy się, że w Północnym Kiwu węgiel drzewny jest podstawowym źródłem energii – i zła. Używa się go w 98 proc. gospodarstw domowych. W Gomie chmura dymu przesłania słońce i sprawia, że krzywe ulice usłane bryłami zastygłej lawy, pozostałość wybuchu wulkanu Nyiragongo w 2002 r., wyglądają jak droga do piekła.

Wokół miasta rozlokowanych jest około  7,5 tys. żołnierzy ONZ, głównie Sikhów z Indii. Ich kwatera, jak większość tutejszych budynków biurowych i siedzib organizacji poza- rządowych, to mała forteca: uzbrojeni strażnicy, stalowa brama, betonowy mur czterometrowej wysokości ze zwojami drutu kolczastego na szczycie. Ponieważ wulkaniczna gleba jest żyzna, otaczające park tereny należą do najgęściej zaludnionych obszarów Afryki: 400 osób na kilometr kwadratowy. Schludne, starannie uprawione motyką pola ziemniaków, manioku, bananów, fasoli podchodzą pod granice parku. Nie ma otuliny, strefy buforowej między terenami zagospodarowanymi a szaleńczo bujną zielenią puszczy – tylko kamienny murek schowany wśród listowia. Węgiel drzewny otrzymywany z drewna ściętych drzew podczas wypalania w prymitywnych piecach ziemnych pochodzi właśnie stamtąd. A węgiel z najcenniejszego starodrzewu pali się dłużej i daje więcej ciepła niż ten z młodych, szybko rosnących gatunków o miękkim drewnie. Chcąc ratować las, organizacje takie jak World Wildlife Fund sadzą wokół parku miliony drzew, zwłaszcza eukaliptusów, które mają się stać zastępczym źródłem opału. Podejmuje się też próby wprowadzenia palenisk kuchennych o większej wydajności, a także pieców opalanych butanem, liśćmi, trawą czy trocinami. Ale na razie węglowy interes kwitnie.

 

 


 


70-kilogramowy worek węgla ze starodrzewu wystarcza przeciętnej rodzinie na miesiąc. W strefie do 30 km od południowego krańca Parku Narodowego Wirunga mieszka ponad 100 tys. rodzin, zatem popyt wynosi jakieś  3,5–4 tys. worków węgla dziennie – i to nie licząc Rwandy, gdzie władze, chcąc chronić lasy, zakazały wytwarzania węgla drzewnego.

Takiej ilości towaru nie da się przewieźć bez  taboru ciężarówek. Te zaś ma regularna armia kongijska. Armia ma też dostawców w lesie: partyzantów Hutu. Worek węgla drzewnego kosztuje przeciętnie 25 dolarów. Zróbmy rachunki: de Merode ocenia, że w 2006 r., gdy „turystyka gorylowa” przynosiła dochody rzędu 300 tys. dolarów, obroty w handlu węglem drzewnym przekraczały 30 mln! Robert Muir, kierownik projektu na rzecz Parku Narodowego Wirunga prowadzonego przez stowarzyszenie Zoologische Gesellschaft Frankfurt, twierdzi, że produkcja węgla drzewnego doprowadziła do zniszczenia ok. 25 proc. starodrzewu w południowej części parku.

– Ten proces można i trzeba powstrzymać,  dokonamy tego – zapewnia. Muir objaśnia, na czym polega problem: wojska Nkundy nie wyjdą z Parku Narodowego Wirunga, póki kryją się w nich partyzanci Hutu, a armia kongijska nie wycofa się, póki nie uczynią tego dwie pozostałe strony. Sytuacja jest patowa, ale tak naprawdę nikomu na zmianie nie zależy. Jeśli nie powstrzyma się produkcji węgla, lasy zostaną wyrąbane. Goryle znikną wraz ze swoim środowiskiem. Muir rozumie, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wycofanie się wszystkich żołnierzy z tego obszaru – jakichś 15 tys. wojsk regularnej armii kongijskiej, 4 tys. partyzantów Hutu (FDLR) i kolejnych 4 tys. bojowców Nkundy (CNDP) – ale biorąc pod uwagę sytuację polityczną w Kongu, nim to nastąpi, po lasach nie zostanie nawet wspomnienie.

– Na zebraniach niczego się nie załatwi. Jeśli   chce się rozwiązać jakiś problem, trzeba iść w teren – mówi Muir. – FDLR opanowało lasy i wytwarza węgiel drzewny w bazie Nyiragongo. Od pół roku nie wpuścili tam nikogo. ONZ zgodziła się wysłać tam zbrojny patrol. Możecie się przyłączyć.

WYRUSZAMY NAZAJUTRZ RANO
Nasz oddział liczy ok. 50 osób, w tym 12 strażników i Muir. Trzon oddziału stanowi 18 Sikhów pod dowództwem majora Shalendry Puriego. Żołnierzy ONZ często zwie się „błękitnymi hełmami”, ale ci akurat mają niebieskie turbany. Turyści odbywający wycieczki na liczący 3470 m n.p.m. wulkan Nyiragongo byli niegdyś głównym źródłem dochodu Parku Narodowego Wirunga. Za 175 dolarów można było wspiąć   się na szczyt, zajrzeć w otchłań krateru i przenocować w obozowisku urządzonym na jego koronie. Wycieczki skończyły się w połowie 2007 r., gdy partyzanci Hutu rozwinęli produkcję węgla drzewnego. Strażnicy leśni próbowali kilkakrotnie im przeszkodzić, ostatni raz   dwa tygodnie przed naszym przybyciem, ale   zostali odparci ogniem broni maszynowej. Nasza kolumna wije się przez górską puszczę przerywaną pasmami czarnej lawy z wybuchu w 2002 r. Pada deszcz, ale obecność Sikhów dodaje otuchy strażnikom. To patrol wyzwolicielski, strażnicy są pełni optymizmu po raz pierwszy od miesięcy. W miejscu, skąd musieli się ostatnio wycofać, napotykamy bambusowy krzyż. Ma być ostrzeżeniem. Na majorze Purim nie robi on wrażenia. Rozkazuje Sikhom rozsypać się w tyralierę i ruszyć w górę zbocza. Przeszukują teren metodycznie, porozumiewają się gestami dłoni, palce położyli na spustach karabinów. Przed sobą widzimy strużkę błękitnego dymu wijącą się ku niebu. Major wysyła pięciu żołnierzy na zwiad. Po kilku minutach w oddali widzimy czterech uzbrojonych bojowców Hutu uciekających po piargu. Sto metrów wyżej jeszcze trzech znika w  lesie. Nie pada   ani jeden strzał.

Wychodzimy zza drzew na wielką, kilkuhektarową porębę. Na środku dymi ziemny kopiec. – Mój Boże, jaki wielki! – szepcze z niedowierzaniem Muir. Kopiec ma jakieś 6 m średnicy, 4,5 wysokości. Ze wszystkich stron obłożony jest ziemią. Wygląda jak dymiący wulkan. – To mielerz – tłumaczy rozradowany Muir – pierwszy przechwycony od bardzo dawna. Z takiego kopca uzyskuje się 50–100 worków węgla drzewnego. Muir wzywa strażników, którzy rozbijają kopiec.

Na koronę krateru docieramy o  zmierzchu. Rozbijamy namioty, po czym stajemy na krawędzi i zaglądamy w głąb. Pod nami kłębi się Hades – zbiornik wrzącej pomarańczowej skały. Jezioro lawy bulgocze, czasami pokrywa skrzepłym pancerzem, który po chwili pęka i niknie pochłonięty przez płynną masę w hipnotyzującej metamorfozie.

 

 


 


NA POSTERUNKU KIBATI
przy wejściu do parku obsadzonym przez dwunastkę uzbrojonych strażników trwa poszukiwanie węgla drzewnego. Białe terenowe toyoty organizacji pozarządowych, opancerzone wozy wojsk ONZ, busiki pękające w szwach od pasażerów – te wszystkie pojazdy przepuszczane są przez szlaban w zasadzie bez kontroli. Strażnicy zatrzymują za   to i dokładnie sprawdzają wszystkie ciężarówki. – Jest ich około 20 dziennie. W co drugiej znajdujemy duży ładunek węgla – tłumaczy mi wygadany 35-letni strażnik leśny John Iyamorenye. Ma podarty mundur i buty z oderwaną podeszwą. – Dostajemy tylko 30 dolarów miesięcznie – usprawiedliwia się, widząc moje   pytające spojrzenie – i to nie od rządu, a organizacji pozarządowych.

Strażnicy zatrzymują kolejną ciężarówkę. Kongijscy żołnierze na szczycie ładunku podnoszą się jak ospałe koty. Zaczynają wrzeszczeć i zeskakują na ziemię, celując do strażników z broni automatycznej. Ci wspinają się na ciężarówkę i znajdują worki z węglem ukryte pod chrustem. Żołnierze wymachują pistoletami i wrzeszczą na strażników, żeby się wynosili.

Strażnicy jednak nic sobie z tego nie robią. Worki zrzucone z platformy pękają. W pobliżu stoi źródło niewiarygodnej odwagi strażników: wojskowy pojazd ONZ z kilkunastoma uzbrojonymi po zęby Sikhami w  kamizelkach kuloodpornych. – Normalnie nie mamy szans zatrzymać pojazdu wojska kongijskiego – mówi Iyamorenye.

MALARSKA ALEGORIA CIERPIENIA
 – tak można by opisać wygląd Paulina Ngobobo. Oczy ma  otoczone siecią zmarszczek i wydaje się mieć znacznie więcej lat niż rzeczywiste 45. Gdy został strażnikiem w południowym sektorze Parku Narodowego Wirunga, miał już 20 lat doświadczenia w ochronie przyrody. Wcześniej przez 10 lat prowadził własną organizację pozarządową   – uczył Pigmejów, jak utrzymać się z uprawy ziemi i hodowli zamiast z kłusownictwa. W maju 2006 r. został naczelnikiem straży sektora południowego i od razu wszczął wewnętrzne dochodzenie w sprawie handlu węglem drzewnym. Szybko okazało się, że zarabiają na nim wszyscy. Partyzanci Hutu, armia kongijska, wodzowie wiosek, nawet jego koledzy strażnicy. Góra ICCN zawłaszczała z kolei zyski z „turystyki gorylowej”. W skrajnych przypadkach oficjalnie zgłaszano tylko 20 turystów – po 300 dolarów od osoby – podczas gdy ich rzeczywista liczba wynosiła 200, co dawało 54 tys. dolarów na czysto.

Ngobobo wyrzucił kilku największych malwersantów, dzięki czemu zdołał wygospodarować podwyżki dla strażników. Stopniowo odtworzył w personelu parkowym poczucie dumy i obowiązku, a w akcjach przejmowania transportów węgla brał udział osobiście.

Przed spotkaniem z Ngobobo dwa dni spędziłem w dyrekcji parku w Rumangabo. Rozmawiałem tam z wieloma ludźmi i wszyscy podkreślali wkład Ngobobo w walkę z węglową mafią.

– To była praca skrajnie niebezpieczna – powiedziała mi 53-letnia Marie Therese Nsagira. Ma dziewięcioro dzieci i jest bosa. Jej mąż był jednym z inspektorów pilnujących zakazu handlu węglem. – Któregoś dnia rano był w drodze do pracy, gdy kursowy busik, którym jechał, zatrzymali żołnierze. Wywleczono go z pojazdu i zastrzelono z jego własnego karabinu.

 

 


 


KAMPANIA ANTYWĘGLOWA prowadzona przez Ngobobo jesienią 2006 r. nabrała rozpędu.

I właśnie wtedy, gdy był na patrolu wraz z siedmioma strażnikami leśnymi, napadli ich żołnierze armii kongijskiej i bojowcy FDLR: Ngobobo i jego ludzie skryli się w lesie, przeczekali do nocy i uszli bez szwanku. Nazajutrz poszli od razu do pułkownika dowodzącego obozem wojskowym Rutshuru i złożyli zażalenie.

Paulin, jeden jedyny człowiek, przeciwstawił się układowi, który funkcjonował w Kongu od 50 lat. Oczywiście od razu go uwięziono. Być człowiekiem zasad, to w tym kraju postawa bardzo niebezpieczna. Nikłe światło gwiazd migoce na wodach jeziora Kiwu. Jest już   grubo po północy, gdy Ngobobo opowiada mi, co się wydarzyło.

– Padał deszcz. Ochroniarz pułkownika wywlókł mnie na zewnątrz i ściągnął ze mnie ubranie. Pułkownik powiedział coś do Honoré Mashagiro, komendanta straży parku narodowego i dyrektora ICCN w prowincji Kiwu Północne, a ten odparł, że należy mi się nauczka, więc dostanę 75 batów.

W czasie walki z węglowym przemytem Ngobobo doszedł do przekonania, że jego przełożony, Honoré Mashagiro, jest szefem nielegalnego biznesu węglowego. Ngobobo odkrył sfałszowane księgi rachunkowe, zapisy, układy, łapówki i „podatki” od węgla drzewnego. Mashagiro zarabiał na handlu węglem setki tysięcy dolarów rocznie.

– Ochroniarz zdjął mi kamizelkę, buty i kazał położyć się twarzą do ziemi – opowiada Ngobobo. – Policzył do trzech i zaczął mnie chłostać.

Przyglądam się twarzy Ngobobo, ale widzę tylko lekkie skrzywienie, jakby wciąż czuł te razy. – Najtrudniejsze do zniesienia było to, że chłostę zarządził mój przełożony.

Mashagiro umorzył śledztwa wszczęte przez  Ngobobo. Jego samego oskarżył o uśmiercenie goryli i przekonał gubernatora prowincji Kiwu Północne, że Ngobobo należy aresztować.

– Mashagiro kazał te goryle zabić, by skompromitować Paulina – tłumaczy mi pewien działacz ochrony przyrody. – W Kongu łatwo znaleźć kogoś, kto zabije za skrzynkę piwa.

Ngobobo twierdzi, że trzykrotnie próbowano go zgładzić, ale dzięki czteroosobowej ochronie osobistej, wsparciu miejscowej policji i kilku wojskowych udało mu się ujść bez szwanku.

W ciągu tygodnia od masakry goryli zdjęcia Brenta obiegły cały świat. Mashagiro został usunięty ze stanowiska dyrektora straży prowincji Kiwu Północne. Ngobobo przeniesiono do Kinszasy i oczyszczono z zarzutów. W stosunku do dwóch mieszkańców osady, którym udowodniono udział w zabiciu goryli, sąd orzekł wyrok ośmiu miesięcy więzienia.

Epilog „Przewodniczący” Nkunda swymi planami naraził się prezydentowi Demokratycznej Republiki Konga Laurentowi Kabili. Armia Rwandy (nie bez wiedzy Kabili) w styczniu 2009 r. schwytała Nkundę, gdy ten znalazł się na jej terytorium. Oskarżony o ludobójstwo i zbrodnie wojenne nie może doczekać się procesu. Mimo że po tym wydarzeniu CNDP podpisała porozumienie pokojowe z rządem, sytuacja w górach Wirunga jest daleka od stabilności. Na przykład 24 stycznia 2011 r. zastrzelono trzech strażników parkowych i pięć towarzyszących im osób. O dokonanie zbrodni podejrzewa się rebeliantów Hutu z FDLR. Ugrupowanie to oskarżane jest także o masowy gwałt na około 200 kobietach w osadzie Luvungi w sierpniu 2010 r. I wreszcie pozytywna wiadomość: strażnicy parkowi donieśli, że w początkach 2011 r. zaobserwowali dwa nowo narodzone gorylątka, w tym jedno w zmasakrowanej w 2007 r. rodzinie Rugendo, która liczy teraz sześcioro członków.

Mark Jenkins, 2011