Zaczynamy wspinaczkę. Michał Kochańczyk, podróżnik, mruży oczy z niedowierzaniem, fotograf Marek Arcimowicz pogwizduje z podziwem, a ja, balansując na mokrej skale, rozmyślam: „Ta góra naprawdę istnieje...”.

Tramén Tepui i sąsiadujące z nim Ilú Tepui otwierają od północy pasmo Roraimy położone w regionie La Gran Sabana, gdzie Wenezuela styka się z Gujaną i Brazylią. Niełatwo je znaleźć, bo zdają się wędrować na mapach. Nie dość, że na każdej mają inną lokalizację, a rozbieżność wysokości waha się od ok. 2400 do 2700 m n.p.m., to jeszcze zamieniają im się nazwy. I tak, Tramén staje się Ilú, Ilú – Tramén, a samo słowo ilú występuje czasem w brzmieniu irú lub urú. Niezmienne jest tylko słowo tepui, które w języku Indian Pemón oznacza górę. Tych różnic nie można tłumaczyć faktem, że przez większość roku tepui są niewidoczne, bo toną w chmurach. Leżące w niedostępnych obszarach południowo-wschodniej Wenezueli są po prostu bardzo słabo poznane. Na ich szczytowe plateau dostawały się nieliczne ekspedycje, i to helikopterem, by badać jaskinie i formacje geologiczne. Nikt jednak, jak mówią Indianie, wenezuelscy tepuieros (eksperci od wspinaczek na tepui) i dostępna literatura, nie wybrał najbardziej tradycyjnej drogi eksploracji Tramén Tepui – własnymi siłami, od podnóża do szczytu. Zespół się nieco zmieniał, a my od 2009 r. wraz z Michałem Kochańczykiem, znawcą gór całego świata, staraliśmy się doprowadzić drogę na szczyt. Za trzecim razem, w lutym 2012 r., zdobyli go: fotograf Marek Arcimowicz oraz dwóch wenezuelskich wspinaczy Alberto Raho i Mario Osorio. Dzięki współpracy z Muzeum Zoologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego dostaliśmy wsparcie Wenezuelskiego Instytutu Badań Naukowych, które pomogło nam ustalić, że odkryte przez nas endemiczne gatunki motyli i żaby jeszcze nie zostały opisane.

Przyrodnicy i eksploratorzy nie bez kozery nazwali badany przez nas obszar Pan-tepui, czyli wyspy na niebie. Są to bowiem góry o pionowych ścianach wybijające się nawet na 1000 m z zielonego morza sawanny. Do grona entuzjastów tego obszaru należał Arthur Conan Doyle. Zainspirowany wykładem Everarda Im Thurna, pierwszego zdobywcy najwyższego tepui Roraima, opublikował w 1912 r. książkę fantastyczno-przygodową Zaginiony świat. Opisuje w niej dinozaury, małpoludy, naukowców i poszukiwaczy przygód w prehistorycznej scenerii tepui odizolowanych od świata przez miliony lat. Nawet dziś, gdy wydaje się, że na ziemi niewiele pozostało miejsc do eksploracji, region Pantepui wciąż jest niczym róg obfitości dla taksonomów.

Kłótnia o wyspy na niebie

Skąd to bogactwo endemitów fauny i flory tepui? Biogeografowie spierają się o to od dekad. Jedni mówią, że gatunki górskie, często znajdowane wyłącznie na szczycie jednego tepui, są reliktami taksonów dawniej powszechnie występujących na całym płaskowyżu La Gran Sabana. Erozja skał prekambryjskich i miejscowe ich wypiętrzanie odizolowały przyrodę na miliony lat, tworząc niepowtarzalne warunki dla rozwoju endemitów. Tak głosi hipoteza zwana wikaryjską, która zakłada wspólne pochodzenie gatunków z Afryki, Ameryki Południowej i Australii, niegdyś tworzących jeden prakontynent Gondwanę. Coraz więcej badań genetycznych i taksonomicznych przemawia jednak za przeciwstawną hipotezą dyspersalistów. Zakłada ona, że obszar tepui został zasiedlony przez gatunki, które przemieściły się z Andów. Nie byłoby to możliwe we współczesnych warunkach klimatycznych i biotycznych, ale w plejstocenie, podczas zlodowaceń i roztopów, tworzyły się korytarze ekologiczne sprzyjające tego typu procesom.

Spór, która hipoteza jest prawdziwa, mają rozstrzygnąć badania nad grupami modelowymi. Dotychczas najwięcej uwagi poświęcono roślinom naczyniowym i kręgowcom lądowym, w tym najlepiej poznanym pod względem systematycznym i biogeograficznym ptakom. Tymczasem dużo liczniejszymi grupami systematycznymi niż ptaki są owady, np. motyle. – Spośród tych należących do rzędu łuskoskrzydłych poznaliśmy już 200 tys. gatunków – mówi dr hab. Tomasz Pyrcz z Muzeum Zoologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego posiadającego jedną z najwspanialszych w Europie kolekcji motyli z Ameryki Południowej. Z tego właśnie powodu to motyle są głównym obiektem naszej eksploracji na Tramén Tepui, a wyniki badań morfologicznych i genetycznych mają przyczynić się do udzielenia odpowiedzi na pytanie, skąd pochodzą gatunki zasiedlające góry tepui. – To mój rekord! 16 za jednym razem! – obwieścił triumfalnie Alberto, wenezuelski wspinacz sportowy, i strącił z dłoni meszki puri-puri, które unicestwił klaśnięciem. Było to jednak niczym wobec nadciągającej chmary ich pobratymców kąsających bezszelestnie dzień i noc i pozostawiających po sobie niedopitą kroplę naszej krwi. Puri-puri stały się znakiem rozpoznawczym La Gran Sabana. Nieznośne owady w tropikach? Nikogo to dziwić nie powinno. Jednak nawet wytrawny eksplorator Alexander von Humboldt, badając w 1800 r. połączenie dorzecza Amazonki i Orinoko (Casiquiare) położone we wschodniej części regionu Pantepui, uciekał się do zakopywania w błocie, spania w drzewach, wcierania w skórę tłuszczu kajmanów i żółwich jaj – wszystko, by się uwolnić od insektów i nieznośnego swędzenia. Nas wilgotność, upał i litry wcieranych w skórę repelentów wprawiały w deliryczne wizje. Nawet dinozaur wędrujący po Gran Sabana chyba by nas wówczas zbytnio nie zaskoczył. El capitan – wódz wioski Wuarapta, ostatniego posterunku cywilizacji przed puszczą – obserwował nas z rozbawieniem. Sam stosował inny środek – podpalał bogate w węgiel termitiery i sawannę. Dym przeganiał mazak – komary. Metoda miała jednak skutki uboczne, zdarzało się bowiem, że ogień zajmował krytą strzechą chatę. Niewiele brakowało, by pochłonął i tę, w której zostawiliśmy część naszego cennego ekwipunku.

Tajemnice karłowatego lasu

Cisza. Upływa kolejne 10 minut, stoję i czekam. Cisza. Wyjścia są dwa: podążający za mną Wenezuelczyk Mario też rozpoczął kontemplację ciszy albo wpadł w dziurę w misternie uplecionym hamaku z unoszących się metr nad ziemią korzeni krzewów z rodzaju Bonnetia.

Tu zakonna surowość. Las gęsto splątany, niski, niemal karłowaty. Ciche, utajone życie, melancholijne objęcie się sękatych ramion, nawzajem powczepianych w siebie. Nie po to, by dławić i wzajemnie obalać, ale podtrzymywać. Razem stawiać opór. Tu na gołych skałach pozbawionych gleby, gdzie korzenie mogą tylko pełzać po litym kwarcycie, możliwość przetrwania daje tylko gromada. To pocieszające słowa Macieja Kuczyńskiego, autora książki Tajemniczy płaskowyż, który miał, podobne jak ja, trochę niepokojące odczucia wobec tajemniczej plątaniny karłowatego lasu powyżej 1800 m n.p.m. W 1976 r. Kuczyński kierował polsko-wenezuelską wyprawą eksplorującą wznoszącą się nad Orinoko dziewiczą część tepui Sarisariñama i największe naturalne studnie świata wraz z labiryntem pierwszych znanych jaskiń w kwarcycie. Na skalnym podłożu, na którym stoję, trwa nieustanna walka roślin o każdy centymetr kwadratowy powierzchni pozwalającej uzyskać dostęp do promieni słonecznych i uniknąć kontaktu ze spływającymi po stoku potokami wody opadowej. To jedna ze strategii przetrwania. Co innego mogą bowiem zrobić rośliny, gdy większość azotu, fosforu i innych składników mineralnych jest wypłukiwana hektolitrami deszczu z i tak już ubogiej gleby? Zjeść zwierzę. Na szczęście Maria nie są w stanie pochłonąć, o czym wkrótce się przekonuję, gdy wyłania się zza zielonej ściany lian.

Rośliny na polowaniu

Rośliny mięsożerne – przewrotność łańcucha troficznego – fascynowały Darwina. Skłoniły go do eksperymentów na rosiczkach i publikacji książki Insectivorous Plants (Owadożerne rośliny). Ich wenezuelską plejadę otwiera endemiczna dla obszaru Pantepui Heliamphora. Jej nazwa nie pochodzi od greckiego helios – słońce, a helos – błoto, pośród którego występuje. Tymczasem ja, przyczajona w plamie słońca z siatką na motyle, zauważam w gąszczu wysokich na półtora metra bromelii plątaninę białych, półprzezroczystych „korzeni” zakończonych pęcherzykami. Pływacze!

– Takie wspólne występowanie dwóch roślin mięsożernych: pływacza Utricularia humboldtii i bromelii Brocchinia tatei to prawdziwe kuriozum – już w Polsce przyznaje dr Bartosz Płachno z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pływacze wykształcają pułapki przypominające pęcherzyki, które służą do chwytania drobnych organizmów, np. skorupiaków. Funkcjonują one tylko w środowisku wodnym. A tutaj oczek wodnych brak, więc korzystają z wody opadowej zgromadzonej przez rozetowy układ liści bromelii. I nie ma między nimi interakcji pasożytniczej! Kolejna unikatowa cecha U. humboldtii to błyskawiczne kiełkowanie nasion: już parę godzin po wpadnięciu do wody.

Mięsożerny gospodarz tej interakcji – bromelia Brocchinia tatei – wykształca korzenie, które pełnią głównie funkcję czepną do podłoża i nie pobierają substancji mineralnych czy wody. B. tatei poprzez absorpcyjne mikrowłoski po wewnętrznej stronie liści wchłania wodę i mikroelementy. Są one uwalnianie z rozkładających się zatopionych owadów i skorupiaków tworzących mikroekosystem bromelii. Taką biologiczną zupę trzeba wpierw wydobywać z rośliny, a następnie filtrować, by zdobyć wodę. Choć deszcz nie był sprzymierzeńcem wyprawy, stanowił jedyne źródło wody, gdyż wszystkie strumienie Tramén Tepui są pochodzenia pluwialnego (deszczowego).

Każda modyfikacja zielonej plątaniny ma swoje podłoże ekologiczne i ewolucyjne. Liście Aspidosperma steyermarkii pokryte są woskiem ograniczającym parowanie z ich powierzchni, a ich grubość zabezpiecza je przed silnymi podmuchami wiatru. Jak długie wąsy z każdej niemal gałęzi zwisa oplątwa brodaczkowata (Tillandsia usneoides), nadając chmurnemu lasowi górskiemu mistyczny wygląd. Jest ona skrajnym epifitem – nie ma korzeni ani liści, a wilgoć chłonie całą powierzchnią splątanych pędów. Zaś rośliny z rodzaju Chimantaea – niskie w rozetkowatym kształcie – są tak bogate w węgiel, że można nimi palić podczas deszczu.

Rozmyślania nad dostosowaniami ewolucyjnymi tutejszej fauny i flory przerywa mi bzyczenie. Po chwili z obserwatorki mikroświata zmieniam się w obiekt obserwacji – staję twarzą w... dziób z endemicznym rudobrzuchym kolibrem Campylopterus hyperythrus, który metr ode mnie zawisa w powietrzu. Spłoszony podmuchem wiatru znika tak jak się pojawił – niezauważalnie.

Efemeryczne odkrycie

Rytmicznie dysząc, cała pięcioosobowa ekspedycja oraz Indianie docierają do „tęczowego lasu” – obozu, którego nazwy nie trzeba wyjaśniać. Nad naszymi głowami w jednej sekundzie pojawia się efemeryczny zwiadowca – motyl z rodzaju Erateina, który szybko dołącza do kolekcji z Tramén Tepui. Jednak zupełnie nie pasuje do okazów zebranych do tej pory – niedużych, w brązowych kolorach maskujących. Ten jest wielobarwny, z delikatnymi ogonkami. Przykuwa moją uwagę na dłużej, ale konieczność rozłożenia obozu przed zmrokiem sprawia, że zapominam o znalezisku. Już w Polsce okaże się, że jest to najważniejsza entomologiczna zdobycz wyprawy. Tomasz Pyrcz, który sam odkrył i opisał 250 nowych dla nauki gatunków motyli, tłumaczy, nie kryjąc emocji: – Bardzo liczny rodzaj Erateina występuje głównie na obszarach Andów, gdzie znajduje się jego centrum bioróżnorodności. Jedynie pojedyncze gatunki są znane z innych pasm górskich Ameryki Południowej, zaś z całej wielkiej Wyżyny Gujańskiej jest to zaledwie drugi wykazany gatunek! Na podstawie wstępnych badań stwierdzono również, że nie jest on bliżej spokrewniony z żadną znaną grupą gatunków andyjskich. To spostrzeżenie dorzuca drew do ognia sporu o pochodzenie fauny z obszaru Wyżyny Gujańskiej. Niezbędne są badania genetyczne.

Ginące we mgle labirynty przedziwnych formacji skalnych z wietrzejącego od milionów lat piaskowca więżą mnie na dłuższy moment. Z oddali dobiega trochę niecenzuralna mieszanina angielskiego i hiszpańskiego, kiedy Marek, Alberto i Mario atakują szczyt, ja zaś błądzę po rozległym plateau 200 m poniżej. Nie jestem jednak sama – niechcący trącony kamień odsłania maleńką ropuchę w smolistym kolorze. To Oreophrynella nigra. Obie zamieramy, jednak nie trwa to długo, bo przez radiotelefon słyszę głos Marka: „Znalazłem jakąś żabę w ścianie, chcesz ją?”. Jak się potem okazuje, jest to bliska koleżanka mojego znaleziska z endemicznej rodziny Oreophrynella, w której ropuchy nie skaczą, a spacerują między oczkami wodnymi na najwyższych plateau tepui. Co niezwykłe, to czarne trzycentymetrowe maleństwo zaatakowane przez drapieżnika broni się nietypowo – zwija się w kulkę i wytacza z miejsca zagrożenia. Choć preferuje wolne spacery, rozmnażanie przebiega u niej ekspresowo. Już minutę po wyjściu z jaja ropucha gotowa jest do życia – zupełnie pomija fazę kijanki. Młode osobniki mogą zaś liczyć na niezwykłą w świecie płazów opiekę rodzicielską!

Tepui gości nie zachęca

Na górnych plateau tepui środowisko jest wyjątkowo niegościnne. Życie toczy się w nieprzemijającej chmurze deszczowej z silnymi podmuchami wiatru. Słońce wizytuje je rzadko, a jeśli już się pojawi – pali skórę w ciągu paru chwil. Nic dziwnego, że organizmy robią wszystko, by zaoszczędzić energię, poprzez bardzo wolne przemieszczanie się czy „niepełne” rozmnażanie.

Zaskakujące jest to, że w porównaniu z górskim lasem chmurnym Andów bioróżnorodność Pantepui jest bardzo niska. Występuje tu np. około 30 gatunków motyli górskich, podczas gdy w Andach na podobnych wysokościach jest ich jakieś 3 tys. Zapytany o przyczynę tego stanu rzeczy Tomasz Pyrcz zamyśla się.

– Można sięgnąć po hipotezy masowego wymierania wywołanego drastycznymi zmianami środowiskowymi, regionalnym ochłodzeniem klimatu czy też jego osuszeniem – odpowiada. – Nie dysponujemy jednak jakimikolwiek danymi na ten temat.

Czy warto się zatem spieszyć z badaniami nad Pantepui? Fluktuacje klimatu, które zauważają również Indianie, mogą doprowadzić do wyginięcia wyjątkowych, wrażliwych ekosystemów, szczególnie na najwyższych partiach tepui, nim zdążymy je poznać i opisać. Niekontrolowany ruch turystyczny też stanowi zagrożenie. Nie tylko to, co nad ziemią, kusi ludzi – podziemne złoża złota i diamentów przyciągają na La Gran Sabana nie zawsze legalnie działających przedsiębiorców, dla których ochrona przyrody to puste hasło.

– Hurra, jesteśmy na szczycie! – słyszę nagle krzyk moich towarzyszy wyprawy.

Odmienność. To wspólny mianownik dla całego Pantepui. Każda kolejna ekspedycja naukowa dorzuca jakiegoś odmieńca ze świata fauny i flory. To wielki poligon eksperymentalny ewolucji, na którym naukowcy starają się dociec, w jaki sposób powstał ten unikatowy ekosystem. Czy rośliny i zwierzęta odbyły wędrówkę w odległych okresach geologicznych, czy też są efektem ewolucji w izolacji, która od ukształtowania tarczy gujańskiej doprowadziła do powstania fascynujących form? Zaginiony świat tepui wciąż ma swoje tajemnice.