W pierwszym roku mojej pracy na Półwyspie Arabskim, gdy nie istniało jeszcze Google Earth, wynająłem beduińskiego przewodnika.

Na pytanie o wynagrodzenie odparł: − Jesteśmy braćmi, to dla mnie radość, że mogę cię oprowadzić po tych okolicach. Ucieszyłem się na te słowa, bo budżet naszej ekspedycji, z którego musieliśmy opłacić sprzęt, wynajęcie samochodów, paliwo, jedzenie i zakwaterowanie dla ośmiu osób, wynosił zaledwie 12 tys. dolarów. Trzy dni później, gdy nadszedł dzień rozstania, Beduin spytał, ile mu zapłacę. Nie miałem pojęcia, jaka suma go usatysfakcjonuje. Zaproponowałem 50 dolarów za dzień. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy − coś pomiędzy załamaniem a wściekłością. Nie wziąłem pod uwagę faktu, że pracowaliśmy w sercu omańskiego zagłębia naftowego, gdzie ludzie przywykli do stawek oferowanych przez koncerny naftowe, a nie małe archeologiczne projekty badawcze. Poczułem, że nasze letnie wykopaliska stanęły pod dużym znakiem zapytania. Sprawę komplikował fakt, że w miejscu, do którego zabrał nas przewodnik, widzieliśmy duży potencjał archeologiczny. Beduin myślał, że jest to trochę warte. Przewodnik polecił nam wsiadać do samochodu i na pełnym gazie wróciliśmy do jego wioski. Tam jego ojciec szejk nakazał mi zapłacić 100 dolarów dniówki i za kolejne 100 kupić kozę, aby uczcić sukces projektu. Nie miałem wyjścia. Gdybym się nie zgodził, zapewne wylądowałbym w więzieniu. Zrobiłem, jak mówił szejk, Beduini zarżnęli kozę i wszyscy świętowaliśmy. Potem szybko wynieśliśmy się stamtąd. Teraz najbardziej interesują nas jaskinie, gdzie osady i narzędzia z kamienia są najlepiej zachowane. Miejscowi uważają, że w jaskiniach mieszkają dżiny, czyli demony − i unikają ich. A nam się to podoba. Jeff Rose badacz National Geographic Specjalizacja  archeolog Miejsce  Oman