Świat chce wyszarpać choćby mały strzępek z misternej materii miasta, które Thomas Mann nazwał „pół bajką, pół turystyczną pułapką”.

Mówi się, ciągle się mówi (to są Włochy) o ograniczeniu liczby turystów, o nakładaniu na nich podatków, zachęcaniu do unikania okresów Wielkanocy i karnawału. Jednak turystyka w połączeniu z malejącą populacją mieszkańców, siłą wpływów hotelarzy, gondolierów i kierowców wodnych taksówek, którzy mają swój interes w tym, by gości przyjeżdżało jak najwięcej, opiera się prostym rozwiązaniom.

– Nie należy zapominać, że utrata populacji nie dotyka jedynie Wenecji, ale wszystkich historycznych miast, nie tylko we Włoszech – zastrzega burmistrz Cacciari. – Jest to zjawisko, które ma długą historię i jest głęboko związane z problemem mieszkaniowym.

Być może nie ma już szans na ocalenie. – Jest już za późno. Niniwa została zniszczona. Babilon upadł. Wenecja pozostanie. To znaczy - pozostaną kamienie. Ludzie nie – mówi Gherardo Ortalli, historyk. Ale dziś jeszcze w Wenecji jest i życie, i śmierć. Franco Filippi spaceruje nocą, poszukując płaskorzeźb na podniszczonych murach. Silvia Zanon wychodzi do szkoły, przechodzi przez Plac Św. Marka, by zakochać się w tym mieście po raz kolejny i zakłada, że (przynajmniej w sezonie) wciąż będzie tu można kupić bakłażana.

– Wenecja może umrzeć, ale nigdy nie zamieni się w muzeum. Nigdy - podkreśla Cacciari. Być może. W 1852 r. krytyk sztuki John Ruskin napisał, że Pałac Dożów nie przetrwa kolejnych pięciu lat. Minęło półtora wieku, a pałac dalej stoi.

Ślizgać się na tafli zielonych wód laguny obok San Giorgio Maggiore w kierunku Bacino San Marco, zbliżając się do Pałacu Dożów z jego ażurowymi arkami i kolumnami... Zobaczyć go tak, jak musieli go widzieć dożowie siedzący w pozłacanej barce kołyszącej się na srebrnych wodach, przy wznoszących się i opadających wiosłach, chorągwiach wypinanych przez wiatr - to widzieć, że to piękno, choć trudne i poranione, przetrwało.

Na przykład niedawno pewnego jesiennego dnia dwoje dzieci z Grosseto w Toskanii, w wieku 12 i 13 lat, postanowiło uciec z domu. Rodzicie nie akceptowali ich uczucia, więc młodzi zaczęli oszczędzać kieszonkowe i wydali je na pociąg do Wenecji. Długo spacerowali po wąskich brukowanych uliczkach, zatrzymując się na mostach wieńczących kanały. Gdy nadeszła noc, para potrzebowała miejsca, w którym mogłaby się zatrzymać. Dzieci dotarły do Hotelu Zecchini, skromnego, z pomarańczowymi markizami. Recepcjonista podszedł sceptycznie do historii o ciotce, która miała niedługo przyjechać, delikatnie zaczął wypytywać dzieci, a potem wezwał karabinierów.

 

 

– Taka niewinność i czułość. Po prostu chcieli być razem – powiedziała Elisa Semenzato, kierowniczka hotelu. Karabinierzy zabrali parę na wycieczkę po mieście w swojej łodzi, a następnie do komendy rejonowej. Tam położyli dzieci spać w oddzielnych łóżkach. Następnego dnia podali im trzydaniowy posiłek na pięknie nakrytym stole, w pokoju, z którego widok rozpościerał się na XV-wieczny dziedziniec.

Miłość triumfuje, ale rzeczywistość skrzeczy. Rodzice, którzy nie byli zbyt zadowoleni z historii Romea i Julii odegranej przez ich pociechy, przyjechali po południu, by zabrać je do domu.

Pocałunki się kończą. Marzenia znikają, i miasta czasami również. Pragniemy doskonałego zakończenia, ale gdy kurtyna opada, gasną nasze nadzieje. Piękno jest takie trudne.

Cathy Newman, 2009